Gazeta Telewizyjna 2000, nr 41

Takiego pięknego syna urodziłam

Leszek Talko

Dobry film sensacyjny powinien jak wiadomo zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć. Ten film właśnie tak się zaczyna i jedyną różnicą jest to, że w filmie sensacyjnym reżyser od czasu do czasu daje widzowi chwilę oddechu. Reżyser debiutant Marcin Koszałek oddechu nie daje.


Nie widziałem bardziej osobistego fil­mu dokumentalnego, choć może trzeba by powiedzieć - ekshibicjonistycznego. Bo ten film wywleka na światło dzienne wszystkie brudy. Jest brutalny, wulgarny, jaskra­wy, szokujący. I gdyby filmom dokumen­talnym przyznawać kategorie wiekowe, to powinien być dozwolony od 21 lat, bo słów na k..., ch... i p... pada w nim więcej niż w filmach Tarantino, Ferrary i Pasikow­skiego razem wziętych i jest daleko bar­dziej ekshibicjonistyczny niż dowolny film pornograficzny. O czym jest ten film?

O zwykłej polskiej rodzinie.

Reżyser wszedł z kamerą do swojego domu rodzinnego. Tylko on, rodzice i ka­mera, ale to wystarczy, żeby wcisnąć wi­dza w fotel. Ta rodzina się nienawidzi. Mat­ka nienawidzi ojca i syna. Ojciec nienawi­dzi żony i syna. A syn? Syn leży na kana­pie i nic nie mówi.

Matka ma nieustający słowotok. Ma pretensje do syna, że nie zarabia, przesia­duje nocami w knajpach, że jest głupi, ły­sieje, szlaja się z k... Epitety: ty gnoju i pół­główku należą do tych najłagodniejszych. Do męża: ty warchlaku, miernoto, coś ty w życiu osiągnął.

Ojciec siedzi i ogląda telewizję. Cza­sem tylko rzuci żonie: wyp..., a synowi przypomni, że jest debilem.

Czy to rodzina z marginesu? Nie, to polska klasa średnia. Dobrze sytuowani mieszczanie z Krakowa. Rodzina jakich wiele.

To film wyjątkowy, bo prawdziwy i osobisty aż do bólu. Koszałka wystawił na sprzedaż wszystko: swoją rodzinę, swo­je życie, siebie. Ten film rodzi dziesiątki pytań: o granice swobody artystycznej, o moralność. Czy jest dopuszczalne nakręcenie tak osobistego filmu? Wejście z ka­merą w tak daleko posuniętą prywatność?

U wielu ten film wywoła niesmak, zaże­nowanie, tak jakbyśmy weszli do sąsiadów

 I zastali ich w dezabilu. Przecież ci starzy ludzie z pewnością nie kojarzyli, że to, co tam kręci ich syn, zobaczy cała Pol­ska, a sąsiedzi dowiedzą się, że ci mili star­si państwo co drugie słowo mówią k... albo g...

Ale z drugiej strony reżyser nie osz­czędza też siebie, bo dowiadujemy się, że narobił długów i kiepsko sobie radzi w ży­ciu. To pewnie prawda, bo inaczej dawno już uciekłby z tego domu. Właściwie aż dziw bierze, że na końcu matka nie zabi­ja ojca albo syna albo mąż nie morduje reszty rodziny. Dziwi raczej nieoczekiwa­na troska matki, kiedy pyta syna, czy zjadł barszczyk. - Zjedz, bo we wrzody wpad­niesz i kamery nie uniesiesz – zachęca i opowiada, jakim był słodkim dzieckiem. A potem codzienny koszmar zaczyna się od nowa.

To film o zwykłej codziennej niena­wiści schowanej na co dzień pod fałszywy­mi uśmiechami. Ten film wciska w fotel. Jest niesmaczny, obrzydliwy i trzeba go obejrzeć.