Gazeta Wyborcza 2000, nr 69

Obiektyw życia (Takiego pięknego syna urodziłam, Oni)

Tadeusz Sobolewski

Dwa głośne ostatnio filmy – debiut Marcina Koszałki „Takiego pięknego syna urodziłam” i „Oni” Ewy Bo­rzęckiej, autorki głośnej „Arizony” - wykraczają poza tradycyjne normy polskiego dokumentu. Koszałka łamie barierę rodzinnej intymności. Borzęc­ka ukazuje ludzi z dołów społecznych i nie wyprowadza z tego żadnych kon­struktywnych wniosków. Oba filmy do­tykają patologii życia, a ich sens zawie­ra się w samym akcie obserwacji.


Koszałka małą kamerą wideo sfilmo­wał własną matkę w trakcie niekończą­cych się rodzinnych awantur. Matka wy­lewa z siebie potok pretensji do syna, przerzuca na niego swoje niezadowole­nie z życia, poczucie niespełnienia. Słu­chając jej monologów, nabieramy po­dejrzenia, że wszystko to jest grane, a matka jest postacią podstawioną jak we wczesnych dokumentach Piwow­skiego.

Jednak nie - to tylko życie wygląda jak gra. Reżyser zapewnia, że ogląda­my autentyczny materiał, a rodzice zgo­dzili się na emisję filmu. Dopiero ten drugi fakt stanowi o niezwykłości przedsięwzięcia. Dla rodziny Koszał­ków ten film będzie wstrząsową tera­pią, w jakiejś mierze stanowi terapię także dla widza, który rozpozna w je­go bohaterach siebie lub swoich bli­skich. Na naszych oczach toczy się po­jedynek matki z synem. Jej bronią są wyzwiska, jego bronią - kamera. Czy filmując swoją matkę, syn w gruncie rzeczy nie walczy o akceptację z jej stro­ny?

Jak wiele zaufania ma młody reżyser do terapeutycznej siły mediów! Artyści XX-wieczni przerobiliby sytuację rodzinną na wiersz, opowiadanie, humo­reskę lub horror. Młody Gombrowicz czy młody Bergman swoje kompleksy rodzinne odreagowywali w sztuce. Współczesne dziecko mediów nie prze­rabia życia na sztukę - ono je tylko pod­patruje, ujawniając automatyzm ludz­kich zachowań. W ostatniej scenie fil­mu syn pyta matkę: „Obejrzałaś materiał? Co o tym myślisz?”. Jej reakcja jest zaskakująca: „Cóż, przykre... jak człowieka poniosą nerwy, to rani swoich najbliższych...”. Dzięki synowi prze­konała się, jak okropną rolę odgrywa w teatrze życia codziennego. Imponu­jące, że miała odwagę pokazać nam sie­bie w tej roli.

Czy to nie świadczy o powszechnej zmianie stosunku do mediów? To, co kiedyś mogło być dostępne w wąskim gronie odbiorców, zostaje wywlekane na forum publiczne. Przesuwa się gra­nica między tym, co jest dopuszczalne publicznie i prywatnie. Nowa technika wideo pozwala wchodzić między ludzi z kamerą w sposób prawie niezauwa­żalny, rejestrować to, co widzimy, bez ingerowania w materię rzeczywistości. Gdzie przebiega granica między epato­waniem a dążeniem do prawdy? Kiedy czujemy więź z człowiekiem na ekra­nie, kiedy oglądając jego nędzę czy pa­tologię, mówimy sobie: to także mnie dotyczy, na jego miejscu mógłbym być ja lub ktoś z moich bliskich, wtedy pier­worodny grzech kina - podglądanie zostaje zgładzony.

Dokument Ewy Borzęckiej „Oni” oparty jest na odwrotnej zasadzie niż film Koszałki. On próbował obcym okiem zobaczyć własny dom, swoje własne życie. Borzęcka próbuje oswa­jać to, co obce, odrażające. Słucham w jej filmie dialogu dwóch starych pi­jaczek, które zaczepiają mężczyzn przed bramą warszawskiej kamienicy. Nagle odkrywam, że znam to miejsce - mieszkałem kiedyś w tym domu, znam z widzenia te kobiety, podobnie jak żebraków z Centralnego występu­jących u Borzęckiej; podchodzili nie­raz po prośbie do mojego stolika.

Ambicją dokumentalistów polskich lat 70. była synteza; cząstkowy obraz rzeczywistości zastępował całość, na zasadzie pars pro toto. Film Borzęckiej nie prowadzi do żadnej syntezy - cho­dzi o uchwyconych migawkowo konkretnych ludzi. Borzęcka porusza się po peryferiach życia społecznego z dezynwolturą, która niektórych oburza, i z bezinteresownością, która imponuje. Myślę, że więcej w jej filmach senty­mentalizmu niż okrucieństwa. Można zarzucić im wiele, ale nie to, że reży­serka manipuluje ludźmi. Przeciwnie, Borzęcka pokazuje swoich nędzarzy „na surowo”, takich, jakimi są na pierw­szy rzut oka, i jak sami siebie chcieli­by przedstawić. Każdemu z tych „zbęd­nych ludzi” daje pięć ekranowych mi­nut. Chaotyczna mozaika scen nie ma charakteru socjologicznej sondy - to raczej kronika podróży autorki przez podziemny świat, jak z przyszłościo­wej noweli Wellsa; świat, który jest obok nas, na wyciągnięcie ręki, i do którego teoretycznie każdy może trafić.

Przebiegamy dworce, noclegownie i kanały ciepłownicze, gdzie koczują bezdomni. Meliny pijackie, wysypiska śmieci. Razem ze śpiewającym żebra­kiem pukamy do drzwi mieszkań. Tra­fiamy na ludzi upośledzonych, starych samotnych. Mężczyznę w grubych szkłach, który przed kamerą występuje z misiem, w dzieciństwie mamusia „uderzyła siekierą w głowę”. Brodacz siedział w stalinowskim więzieniu. Ko­goś innego wyrzucili z domu pasierbo­wie. Ten żebrze z fantazją, tamten przy­jaźni się ze szczurami, jeszcze inny ko­cha się w nienormalnej z kanałów. Bo­rzęcka pokazała tych ludzi jak jedno plemię. Tworzą oni rosnącą armię nie­dostosowanych, odrzuconych, nieudacznych, żyjących poniżej cywilizacyjnej normy.

Nie ma żadnego radykalnego rozwią­zania ich sytuacji. Omijamy ich wzro­kiem, Borzęcka zatrzymuje na nich spojrzenie. Czy to mało? Na dnie od­najdziemy wszystko co ludzkie: poczu­cie godności, lojalność, przyjaźń, mi­łość. Może to niewłaściwa analogia - ale z podobnym uczuciem oglądałem przed laty „Dotknięcie” Marcela Łoziń­skiego, dokument o kolejce pacjentów czekających na uzdrowiciela Harrisa. Sam reżyser nie ceni tamtego filmu. Kiedyś doszukiwano się w nim metafory „Solidarności”. Ale mnie wystar­czał nagi obraz tej ludzkiej kolejki. Pamiętam go już 20 lat.

Za mało było w polskim dokumencie bezinteresownej obserwacji życia, kina bezpośredniego, kina prawdy. Za dużo mentorstwa. Teraz nadrabiamy zaleg­łości.