"KINO" 2004, nr 10, s. 20

Królewski szczep piastowy

Bożena Janicka

W prastarym moty­wie chłopskiego wesela zawsze coś jest nie tak z pan­ną młodą


W ob­razie Pietera Bruegela Starszego panna młoda siedzi na honoro­wym miejscu, ale nie wiadomo dlaczego sama, na weselu Boryny Jagnę po prostu przehandlowano staremu za morgi, Zuzia z opo­wiadania Marii Dąbrowskiej „Na wsi wesele” idzie za mąż za wy­branego, ale Pan Bóg raczy wie­dzieć, jak Zuzi będzie za tym Cześ­kiem, on coś za bardzo lubi wódkęa najulubieńsza panna młoda Po­laków, Jagusia z „Wesela” Wy­spiańskiego po kolejnym wylewie uczuć pana młodego powie mu dość cierpko: Cięgiem ino godos o tym. No a Młoda z „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego jest już po prostu z dzisiejszej średniej statystycznej: panna w ciąży, sprawca dał nogę. Trzeba więc by­ło znaleźć zastępcę, bo na wsi panna z dzieckiem to ciągle dyshonor. Ale to uwagi w trybie dy­gresji, bo nie panna młoda ani na­wet obydwoje młodzi są na weselu najważniejsi, wesele jest w istocie wydarzeniem o charak­terze społecznym. Opis wesela stanowi okazję do zarysowania panoramy obyczajów, dążeń, po­staw, słowem obrazu czasów, gdy odbywa się owo jakże symbolicz­ne, zrozumiałe dla ludzi wszyst­kich kultur i ras, epok i kontynen­tów święto.

A jednak my mieliśmy wesele wyjątkowe: dramat, który napi­sał Stanisław Wyspiański. I tak to już będzie, że każde następne, przybierające kształt wypowiedzi artystycznej musi w pewien spo­sób odwoływać się do tamtego. A żeby nie było wątpliwości, że tak właśnie jest, umieszcza się ja­kiś dość abstrakcyjnie brzmiący cytat. Tutaj: Trza być w butach na weselu, co oczywiście sto lat te­mu, kiedy na co dzień chodziło się na wsi boso, miało sens do­słowny, a dziś pełni tylko rolę swoistego znaku wywoławczego.

Film Smarzowskiego nic ma bowiem – oczywiście - ambicji tamtego „Wesela"; któż by się zresztą na coś takiego po Wy­spiańskim porwał. Jeśli - to jest swoistym suplementem, przypi­sem do tamtego dramatu, próbą pokazania, jak po przeszło stu la­tach zmienił się ludzki pejzaż, wi­dziany z tego samego punktu wi­dokowego. Lecz pewne cytaty z „Wesela” Wyspiańskiego, na­wet nie przywołane, przypomina­ją się same. Dwugłos Jaśka i Chochoła: Już ich odszedł Smęt, już nie mają pęt. Chwytajom się w tan. Już nie czują ran. Jaśkowe: Złoty wór wysypie ludziskom przed ślipie. No i słowa Dziennikarza: Patrzeć na przebiegi zdarzeń, dalekie, dalekie od marzeń, tak odlegle od wszystkiego, co było wielkie w tym kraju.

Bo Smarzowski zrobił oczy­wiście pamflet. Przypomnijmy: Pamflet to utwór literacko-publicystyczny, będący demaskatorską krytyką osoby, instytucji, grupy społecznej (...); uprawiany zwłasz­cza w okresach gwałtownych po­lemik ideowych, sporów politycz­nych; termin używany niekiedy wymiennie z terminem paszkwil, choć w przeciwieństwie do niego oznacza formę akceptowaną w ra­mach kultury polemicznej („Wiel­ka Encyklopedia Powszechna PWN”). Wszystko się zgadza, nawet z pewnym naddatkiem: jest w filmie Smarzowskiego „de­maskatorska krytyka” i osób i in­stytucji i grupy społecznej. Wię­cej: grup społecznych, bo nie tylko „wieśniaków” (w sensie w jakim używa się dziś tego okre­ślenia) sfotografowano na tym zbiorowym zdjęciu.

Ojciec panny młodej, miejsco­wy bogacz, pan Wiesiek, spełnia marzenie swego - być może - prapradziadka Jaśka, co to chciał złoty wór wysypać ludziskom przed ślipia. Sto lat wystarczyło, żeby ów złoty wór zdobyć, ale okazało się za mało, by dowiedzieć się, iż tym, co czyni chama jest ulubiona od­zywka Jaśkowego prawnuka: Bo mnie stać. Stać więc pana Wiesia nie tylko na Audi dla nowożeń­ców (zresztą kradzione, więc tań­sze), stać go na opłacenie wszyst­kiego. „Przysługi” księdza, który obiecuje kogoś na coś namówić, „grzeczności” policjantów z dro­gówki, kiedy przyłapią pana Wie­sia pijanego za kierownicą a po­tem udzielą fachowej pomocy w przebijaniu numerów skradzio­nego Audi, „uczynności” notariu­sza, gotowego przyjechać w nocy, by sporządzić akt darowizny na­wet wtedy, gdy się okaże, że dar­czyńca nie zdążył złożyć podpisu, bo przeniósł się na tamten świat, „przyjaźni” kumpla-weterynarza, który panu Wiesiowi w tym wszystkim pomaga itd.

Ale prawdę mówiąc rzecz na­wet nie w tym, że pana Wiesia stać. Pan Wiesio, który spełnił marzenie Jaśka z „Wesela” jest właściwie jedyną postacią, która od pewnego momentu zaczyna budzić coś w rodzaju litości, jeśli nie współczucia. „Złoty wór lu­dziskom przed ślipia”; wiadomo, cham, Natomiast coraz bardziej mdli od całej reszty. Bo ta reszta - to nie prostoduszne, pyszałkowate chamy, lecz swoiści morali­ści. Nie co innego, jak oburzenie moralne każe żachnąć się policjantom z drogówki, kiedy wysokość łapówki wydaje im się niska w stosunku do wagi zadania; notariuszowi, kiedy musiał uprzytomnić panu Wiesiowi, że honorarium za taką przysługę powinno wynosić dziesięć razy więcej, niż mu się proponuje; przyjacielowi wreszcie, dotknię­temu na honorze, że na podwie­zienie notariusza daje mu się drobne, to znaczy pięćdziesiąt czy sto złotych. Nawet przyczyna całego zdarzenia - panna młoda wobec nagłej szansy odzyskania dawnego ukochanego oskarży te­raz ojca, że chciał ją sprzedać.

Pamflet ma swoje prawa, lecz ile w tym filmie pamfletowej przesady, a ile szczerej prawdy - nie podejmuję się rozstrzygnąć. Problem jedynie w tym, z jakim natężeniem uczuć, by tak rzec samokrytycznych wychodzimy z te­go „Wesela”. Widzowie tamtego, sprzed przeszło stu lat doznali (nie licząc reakcji osobistych i anegdotycznych) głębokiego wstrząsu. Oglądając film Smarzowskiego doświadcza się przede wszystkim wstydu. Pam­flet ma swoje prawa, ale żeby wstydzić się przynależności do królewskiego szczepu piastowego? (Pod koniec filmu zalani na sztywno goście weselni odśpie­wują „Rotę”). I tak oto wstydzi­my się, by nie powiedzieć: brzy­dzimy marząc o tym, żeby ten szczep przestał być wreszcie „królewski i piastowy” a stał się po prostu cywilizowany. Za na­stępne sto lat, może dwieście, może trzysta - ale kiedyś jednak.