Studio Emka, Warszawa 2009, s. 12-13

Hobby animacja. Kino Daniela Szczechury

red. Jerzy Armata

Polska autorska animacja zaczęła się – po przełomie październikowym 1956 roku – od filmów Jana Lenicy i Waleriana Borowczyka. To oni przetarli drogę innym. Filozoficzno-refleksyjne, przekazywane oryginalną kreską, opowieści Mirosława Kijowicza czy Stefana Schabenbecka, zaprawione satyrą, niezwykle skondensowane w swej budowie filmy Daniela Szczechury, ruchome malarstwo Witolda Giersza czy Piotra Szpakowicza, ciągle poszukujące nowych form wypowiedzi utwory Kazimierza Urbańskiego, ascetyczne, przejmujące psychologiczną głębią dramaty Ryszarda Czekały czy późniejsze kontemplacje Jerzego Kuci i wielu innych jakże oryginalnych artystów tworzyły bogaty i zróżnicowany pejzaż polskiego kina animowanego lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Za granicą nazywano go polską szkołą animacji. 


A oceniano ją wcale nie gorzej – czego dowodem istna lawina nagród na najpoważniejszych festiwalach – niż tę „właściwą” szkołę polską spod znaku Andrzeja Wajdy, Andrzeja Munka czy Jerzego Kawalerowicza. O ile jednak stosunkowo łatwo określić główne cechy szkoły polskiej w filmie fabularnym, o tyle w animacji jest to praktycznie niemożliwe, chyba że za jej główny wyznacznik uznamy… różnorodność propozycji. Nawet w fundamentalnych sprawach – choćby takiej: czy ważniejsza jest forma czy treść – krzyżowały się poglądy diametralnie odmienne.

Twórców animacji można z grubsza podzielić na dwie grupy: tych, którzy przy realizacji filmów zwracają większą uwagę na założenia literackie (np. Mirosław Kijowicz), oraz tych, którzy kładą szczególny nacisk na plastykę, próbując włączyć ją do pełnienia funkcji narracyjnych (np. Kazimierz Urbański). „Nie może być priorytetów dla plastyki akurat dlatego, że w filmie animowanym zużywa się więcej tuszu i farby” – twierdził Kijowicz. „Celem moim jest pomnożenie środków wyrazowych plastyki kinetycznej, a nie wyprodukowanie filmu na temat” – ripostował Urbański.

Wydaje się, że złoty środek między treścią a formą znalazł właśnie Szczechura, mimo, że otwarcie głosił prymat treści nad formą, anegdoty nad plastyką. Fotel jest jego najlepszym przykładem. Postaci zredukowane do plastycznych znaków, uproszczony rysunek rzeczywistości, w której przyszło im działać, a wszystko pokazane w rzucie z góry, czyniły obraz wręcz zgeometryzowaną abstrakcją, dodającą uniwersalnych i ponadczasowych walorów przekazywanym treściom.