Gazeta Wyborcza 2000, nr 181

Dwugarbna metafora (Duże zwierzę)

Anna Kisicka, Iwona Małaszewska

Co robi wielbłąd dwugarbny we wsi Piastowo pod Elblągiem? Zdarzyła się tam historia niemalże przeniesiona z najnowszego filmu Jerzego Stuhra „Duże zwierzę’’. Młode małżeństwo od dwóch miesięcy hoduje wielbłąda.


W filmie urzędnik bankowy (grany przez Stuhra) z żoną przygarniają wielbłą­da porzuconego przez cyrkowców. Film opowiada o niechęci społeczności małego miasteczka do tych dwojga.

A w Piastowie? Jedziemy na miejsce. Wielbłąd pasie się nad jeziorkiem. Bez powrozów czy ka­gańca biega po ogromnej zagro­dzie.

Katarzyna Nazarewicz i Artur Krawczyk prowadzą tu od tego roku małe gospodarstwo agrotu­rystyczne: 13 hektarów łąk i pól, dom, dziewięć koni, no i Sułtan. - Odkąd pamiętam, marzyłem, żeby mieć del­finy - opowiada Artur Krawczyk. Marzenie oka­zało się zbyt kosztowne, więc pomyślał o wielbłą­dzie. Szukali go w zoo, w cyrku. Nie dość, że żądano tam wiel­kich pieniędzy, to jeszcze zwierzęta z cyrku (tresowane, żyjące w klatkach) były agresywne. - Nam zależało na ła­godnym stworzeniu, żeby każdy nasz gość mógł je pogłaskać, podejść bez obawy, że stanie mu się krzywda - mó­wi Katarzyna Nazarewicz.

Sułtana wyszukali w ogłoszeniu w czasopiśmie „Konie i rumaki”. - Po­jechaliśmy po nasze marzenie. Kiedy do niego podeszliśmy, wyciągał łeb nad ogrodzeniem, jakby domagał się piesz­czot - opowiada Nazarewicz.

Wybieg Sułtana ogrodzony jest wyso­kim płotem. Przy ziemi poprowadzono drut z prądem o niskim napięciu, bo wiel­błąd usiłował przeczołgiwać się pod pło­tem.

Sułtan najchętniej zjada osty i liście dębu. Nie gardzi owsem, sianem, mar­chwią i buraczkami ćwikłowymi.Zimą także nie powinno być z nim problemów, bo wielbłądy jedzą to samo co konie - dodaje Nazarewicz. - No i uwielbiają tarzać się w śniegu. Ale ze względu na garby robią to odwrotnie niż inne zwierzęta - nie na plecach, tyl­ko na brzuchu.

Do wielbłąda docierają już wycieczki. Pewnego razu nie mogli do nas trafić znajomi - opowiada Artur Krawczyk. Zapytali we wsi, podając nasze nazwi­ska, opisując, jak wyglądamy. Ludzie krę­cili głowami, nie wiedzieli. Aż w końcu znajomy zapytał, gdzie mieszka wielbłąd - od razu wskazano nasz dom.

Iwona Małaszewska

Jerzy Stuhr komentuje specjalnie dla „Gazety”

Anna Kisicka: Historia jak z Pana filmu. Różnica, że małżeństwo z Pia­stowa ma wielbłąda nie z przypadku, tylko z wyboru.

Jerzy Stuhr: Sądziłem, że scena­riusz filmu jest poetycką metaforą.

„Duże zwierzę” jest właściwie nie o wielbłądzie, ale o tym, jak inni rea­gują, gdy ktoś postanawia wyjść poza szablon. Okazuje się jednak, że życie płata figle i taka metafora może się urzeczywistnić.

Mieszkańcy Piastowa przez pierwsze tygodnie przyglądali się z daleka wielbłądowi i jego opiekunom - no­wym ludziom w wiosce. Tylko nie­liczni decydowali się przyjść, poroz­mawiać.

Podobnie zaczyna się mój film. Realizując go, zastanawiałem się, ja­kim tropem podąża ludzka mental­ność. Gdy człowiek nie rozumie czegoś lub kogoś, to zaczyna się bać. Wtedy bardzo blisko do agresji. Pod wielbłąda możemy podłożyć różne odmienności między ludźmi i zoba­czymy szkołę, która miała nosić imię Brzechwy, czy ataki na ośrodki Mo­naru. To się rodzi wśród „zwykłych, porządnych ludzi”, a nie faszyzują­cych dewiantów.

Dlaczego akurat wielbłąd?

To jak pytanie z filmu (śmiech). „Dlaczego nie jakieś inne polskie, pro­ste, ludzkie zwierzę?”

I jaka pada odpowiedź?

„Nie wiem”.

No, ale dlaczego właśnie wielbłąd?

Trzeba by zapytać Kazimierza Or­łosia, autora opowiadania, na podsta­wie którego powstał scenariusz. Ja tyl­ko sprawdziłem, czy to się przekłada na obraz. Przekładało się. Specjalnie wybrałem górską miejscowość, gdzie absurdalność tego zwierzęcia urosła jeszcze bardziej. Pewien krytyk napisał: „Pierwszy obraz, w którym z górskiego krajobrazu wyłania się wielbłąd, jest najsmutniejszym obra­zem współczesnego kina”.

Wielbłąd, który mieszka w Piasto­wie, wręcz domaga się, aby go głaskać.

Ja musiałem wydać zakaz całej ekipie, bo wszyscy łasili się do mojego wielbłąda. A chodziło o to, żeby oni miał we mnie pana.

Udało się go Panu oswoić?

Wielbłąda nie da się oswoić, moż­na go tylko przyswoić. Jest zwierzę­ciem bardzo niezależnym. Np. biega wtedy, kiedy sam chce. Nie można go zmusić do niczego, bo ma swój włas­ny rytm. Po dwóch dniach zdjęć po­wiedziałem ekipie: „Popatrzcie na niego, jak on się rusza. Taki ma być rytm tego filmu”. Dziś wszyscy tak szybko, szybko, szybko - a tu nagle coś tak spowolnionego. Tadeusz Lu­belski napisał w „Kinie”, że jako re­żyser dokonałem czegoś niewiarygod­nego - on sam zapragnął mieć wiel­błąda.

Może ci młodzi ludzie z Piastowa w jakiś dziwny sposób już dawno obejrzeli Pana film?

Tak, jakoś telepatycznie się skon­taktowaliśmy. Życzę im wszystkiego najlepszego, choć pewnie będą też na­rażeni na niezrozumienie. W trzecim tygodniu zdjęć w tej naszej małej miej­scowości czuło się, że ludzie mają nas i wielbłąda trochę dosyć. Ktoś pokrzy­kiwał, że zanieczyszcza, że łazimy po wsi nie wiadomo jak.

Polubił Pan swojego wielbłąda?

Tak. Bardzo. Cieszę się. bo podob­no ma być na premierze filmu w War­szawie.

Rozmawiała Anna Kisicka.