„Film”, 1964, nr 7, s. 11

Dowcip, absurd, satyra, czyli o filmach Daniela Szczechury

Jacek Fuksiewicz


Oto Maszyna, film składający się w całości z jednego ujęcia. W pusty kadr wchodzi kilku ludzików, którzy wytyczają duży prostokąt. Następnie wnoszą czarne krechy – belki czy szyny. Kadr zapełnia się – belki tworzą rusztowanie, liniowa kompozycja czarnych krech wzbogaca się coraz bardziej. I oto, z góry, na dźwigu, zjeżdżają kolejno elementy maszyny, w stylu dawnych rycin, i nakładają się niby elementy collage’u. Wreszcie maszyna jest gotowa i następuje rozruch; z góry wsuwa się do niej koniec gigantycznego ołówka, który przy akompaniamencie wycia i warkotu zostaje precyzyjnie zatemperowany.


Filmy Szczechury mają zawsze budowę dobrze spointowanego dowcipu. Wyróżnia je to korzystnie spośród większości naszych filmów animowanych, cierpiących zazwyczaj na bezład dramaturgiczny. Ich akcja, pełna groteskowych żartów wydobywanych środkami plastycznymi (…), dąży do zaskakującej i trochę absurdalnej pointy. Podobnie jak konstruowana z olbrzymim nakładem środków i energii maszyna służy jedynie do temperowania ołówków, tak też litera N, obiekt czci i namiętności tłumów, jest… środkową literą napisu KONIEC.
Jednocześnie jednak w dowcipach tych nie chodzi tylko o zabawę, zawarty jest w nich duży ładunek satyrycznej kpiny. Obiektem tej kpiny są owe groteskowe ludziki, o najrozmaitszych cechach, słabościach i ludzkich śmiesznostkach. Nigdy nie występują u Szczechury bohaterowie indywidualni – bohaterem jest zawsze gromadka ludzików, tłum, społeczeństwo (…).

Celne treści satyryczne przekazuje Szczechura w sposób zwarty i – co godne podkreślenia – komunikatywny. Nie wpada jednak z kolei w uproszczenia, zawsze zostawia duży margines domyślności widza.