"Tygodnik Powszechny" 1960, nr 17

Czyżby patriotyzm stracił rację bytu

Stefan Kisielewski

Nieraz na tym miejscu urządzam sobie rozmaite kpinki z wynaturzeń i śmiesznostek narodowej megalomanii, z patriotyzmu źle umieszczonego, z różnych nacjonalnych samoodurzeń i samookłamywań, z pięknych słów, które częstokroć kryją treść wcale nie piękną, słowem z wielu fikcji i złud, osnuwających istotną prawdę i istotny sens narodowego życia. Zdarza się, że niektórzy, pod wpływem tradycji przywiązani do słów i pozorów czytelnicy, nie rozumieją moich intencji i oburzają się, zarzucając mi "szarganie świętości". Ostatnio zdarzyło mi się takie nieporozumienie z Aleksandrem Bocheńskim, autorem książki "Dzieje głupoty w Polsce", który z "odbrązowywacza" dziejów Narodu stał się ostatnio tegoż Narodu gładkim pochlebcą.


Nieporozumienie polega na tym, że ja bynajmniej nie jestem zwolennikiem szargania świętości, czyli zwolennikiem postawy sceptyczno-cynicznej. Chodzi mi tylko o ustalenie, co rzeczywiście jest świętością narodową, a co jest pozorem świętości czyli świętością fałszywą. To drugie, owszem, chętnie poszargam, ale zrobię to nie dla mizernej, przekornej satysfakcji, ale powodowany troską o to pierwsze, o świętość rzeczywistą, w której istnienie wierzę. Zwalczając wynaturzenia czy śmieszności patriotyzmu rzekomego, opartego często na zwyczajowym kulcie form zewnętrznych, daję tym przecież dowód, że stawiam patriotyzm bardzo wysoko, że chodzi mi o jego czystość, powagę, autentyczność, zdrowie.

Patriotyzm bowiem bynajmniej nie jest przeżytkiem ani nie stracił racji bytu. Dopóki istnieją narody, jako pewne całości społeczne, kulturalne, historyczne, etniczno językowe, dopóty patriotyzm jest po prostu niezbędnym warunkiem życia społecznego, warunkiem czystości powszechnego klimatu ideowego, stanowi owe minimum ideowości, konieczne dla egzystencji tak jak powietrze.

Być może, że kiedyś pojęcie narodu zaniknie, otworzą się granice, nacje przemieszają, zapanuje wspólny język. Wtedy problem patriotyzmu się zmieni: ale o tym pomyślimy dopiero wtedy — na razie konkret życia ludzkiego wygląda inaczej. Trudno o tym dziś myśleć, tak jak trudno jest, zakładając rodzinę, zastanawiać się nad tym, że kiedyś (a u niektórych plemion jeszcze i dziś) rodziny nie znano i panowała zbiorowa poligamia.

Tak więc zgadzam się na szarganie świętości pozornych w interesie świętości istotnych. Oczywiście: to pierwsze jest procederem delikatnym — nie można w bokserskich rękawicach zabierać się do łapania pcheł, nie można wylewać dziecka wraz z brudną wodą po kąpieli. A tak właśnie niestety postąpili sobie ostatnio Munk i Stawiński, twórcy filmu "Zezowate szczęście".

Zanim coś powiem o tym filmie — mała dygresja. Przed paru miesiącami, przechodząc w Warszawie koło grobu Nieznanego Żołnierza byłem świadkiem sceny arcyosobliwej. Oto czworo młodych ludzi, dwie dziewczyny i dwóch chłopców, odgrywało przy grobie swego rodzaju komedię. Położywszy na marmurowej płycie zeschłe badyle w charakterze kwiatów, wygłaszali jakieś bzdurne, niewybredne tyrady, mające stanowić parodię uroczystych przemówień patriotycznych. Stojący przy grobie na warcie żołnierz zaśmiewał się całą gębą, bardzo ubawiony.

Scena ta napełniła mnie niesmakiem i głębokim smutkiem — przyczyn wyjaśniać nie będę. Podobne uczucie niesmaku i smutku miałem niestety wychodząc z filmu Munka i Stawińskiego.

— Dlaczego? — spyta ktoś — przecież to film śmieszny. Owszem: film jest śmieszny, wyłącznie śmieszny. Pokazuje, że śmieszne było Dwudziestolecie, śmieszne polskie wojsko, śmieszna Kampania Wrześniowa, śmieszna okupacja i konspiracja, śmieszne czasy powojenne. Oto i cała filozofia filmu, mimo pozorów jakiejś innej, głębszej podszewki intelektualnej. Tymczasem rzecz właśnie w tym, że owej podszewki, owego drugiego dna — nie ma: film jest intelektualnie prymitywny, bo uzurpując sobie prawo skrótowego, wizualnego osądu, nie daje żadnej propozycji interpretacyjnej, ani filozoficznej ani społecznej, ani jakiejkolwiek innej. Chwyta nas jedynie "śmiech pusty" — i rzeczywiście: całkowicie pusty. Tak właśnie śmiało się czworo młodych ludzi przy grobie Nieznanego Żołnierza. Prosto i pusto.

Pamiętacie dyskusję o filmie "Ri, fi, fi"? Zastanawiałem się wtedy, jaki z tego filmu wynika "morał" i doszedłem do wniosku, że tylko jeden: iż rozpruwanie kas pancernych jest rzeczą trudną, bohaterską i piękną. A jaki morał wynika z filmu "Zezowate szczęście"? Też tylko jeden: że należy mieć w nosie patriotyzm, polskie wojsko, cywilną czy wojskową walkę z najeźdźcą, pracę w biurze lub gdziekolwiek, wiarę w jakąkolwiek ogólniejszą ideę, bo to wszystko lipa, granda, pic i nawalanka. A co trzeba mieć zamiast tego wszystkiego? Nie powiedziano. Pewno nic.

Mój "zezowaty" smutek rósł w miarę czytania recenzji z filmu. Ów chór identycznych pochwał, do którego dołączył się nawet nasz "tygodnikowy" Jan Józef Szczepański, owo dopatrywanie się w filmie niedocieczonych głębi, owo niezwykle subtelne omijanie pytań najprostszych i najoczywistszych! Zwątpiłem już, czy odezwie się jakiś głos oceniający sprawę z elementarnego punktu widzenia świadomości i psychologii społeczno narodowej, punktu widzenia tak niemodnego w quasi intelektualnych kołach Warszawy.

Lecz głos taki odezwał się i — wróciłem na ziemię. Myślę o felietonie Andrzeja Kijowskiego "Polska szkoła masochizmu" ("Przegląd Kulturalny" nr 17). Ucieszył mnie ten młodzieniec — uściskałbym go jak brata. A na razie — zacytuję. Oto początek:

">Zezowate szczęście< — film, o którym się mówi.

Film, w którym nie ma ani jednej złej sceny. Film doskonale wyreżyserowany i doskonale zagrany, film bez słabego punktu.

Tyle tylko, że obrzydliwy i głupi, za co całkowita odpowiedzialność spada na scenariusz".

A oto zakończenie:

"Klęski, które go (bohatera filmu - przyp. mój) dręczą, nie są równorzędne: jest różnica miedzy nożycami ojca, a bombami niemieckimi. W kapuścianych polach, po których skacze Piszczyk, legły tysiące ludzi — jest coś zadziwiającego w tym, że się chce Piszczyka ośmieszyć przez strach. Potem znów chce się go ośmieszyć przez zapał, z jakim deklaruje chęć przeniesienia bibuły przez łapankę. Czego miał Piszczyk nie robić? Kiedy byłby nie śmieszny? Wiem: gdyby nie było harcerzy, korporantów, podchorążych, oficerów, gdyby nie wybuchła wojna, gdyby jej Polska nie przegrała, gdyby nie było gazetek ściennych, kierowników personalnych et cetera. Gdyby jednym słowem Polska nie była Polską, Piszczyk Polakiem, a my wszyscy jego rodakami.

A ponieważ to jest niemożliwe, śmiech Piszczyka jest aktem masochizmu. Jest to, jak wiadomo, nie pierwszy polski film masochistyczny. Tyle bowiem zrozumieli nasi filmowcy z literatury zajmującej się naszym charakterem narodowym: należy robić z siebie bądź to obłąkańców, bądź to idiotów. Robią to skutecznie."

Brawo. Panie Andrzeju, podpisuję obiema rękami! Jeśli zaś dwóch myśli tak samo, to dwa te punkty połączyć się da linią. A linia prosta jest już czymś rzeczywistym i widzialnym, co w wypadku punktu można kwestionować.

Stawiński i Munk uznali się za upoważnionych do napisania językiem artystycznym ironicznego paszkwilu na naszą historię ostatnich lat trzydziestu. Bardzo lubię paszkwile, ale mają one swój sens, jeśli jednocześnie istnieje obiektywny i powszechnie znany raptularz owych spraw i wydarzeń, poddanych ośmieszającemu prysznicowi. W tym wypadku tak nie jest: historia nie wydała jeszcze swego wyroku, a paszkwil nie zastąpi wykładu dziejów. Naród, który rzuca się z lancami na czołgi napastnika, może być śmieszny — zgoda. Ale naród, który dzięki temu zrywowi pieczętuje wybuch światowej zawieruchy, naród, którego samobójczy skok staje się pierwszym ogniwem w łańcuchu dramatycznych i krwawych wydarzeń dziejowych? Czy jest on na pewno tylko śmieszny, założywszy nawet, że hodował w duszy najbardziej absurdalne nadzieje i złudzenia? Granica między patosem a śmiesznością nie zawsze jest prosta.

Jaki będzie skutek tej terapii śmiechu z własnej historii? Czy przypadkiem zamiast rozładować narodowe kompleksy, nie podnieci ich ona i nie zaogni?

Osobiście bardzo cenię śmiech. Ale śmiech działa głębiej tylko wtedy, gdy jest skonfrontowany z powagą, gdy jest nasycony z różnych stron naświetloną prawdą. Fałszywie brzmi śmiech w próżni. Zwłaszcza w próżni umysłowej.