Gazeta Wyborcza 2007, nr 71

Cała Polska wyjeżdża

Tadeusz Sobolewski

TVN otwiera się na dokument. Już jutro „Dworzec Gdański” Marii Zmarz-Koczanowicz - premiera pierwszego z serii filmów zamówionych u najlepszych polskich reżyserów.


Grupa prowodyrów stanowiła zamknięty krąg. Wyróżniali się nie tylko strojami, nie tylko tym, że urlopy spędzali za granicą wraz ze swoimi wpływowymi lub bogatymi tatusiami pełniącymi odpowiedzialne fun­kcje. Od razu, od momentu przyjścia na uczelnię, cieszyli się poparciem i zaufaniem niektórych profesorów. Większość z nich to studenci pochodzenia żydowskiego... - prawdziwe nagranie z Marca ’68. Miły kobiecy glos. Normalna audycja Polskiego Radia. Tłumy w warszawskiej Sali Kongresowej. Gomułka, ledwo sięgający mównicy, wymachując rękami, oskar­ża część własnego społeczeństwa, że jest piątą kolumną. „Przypuszczamy, że ta kategoria Żydów prędzej czy póź­niej opuści nasz kraj”. Wrzask z roz­juszonej sali: „Jeszcze dziś!”.

Krakowskim Przedmieściem maszeruje bojówka ORMO. Na ubeckim filmie rozpoznaję moją przyszłą żo­nę: w kożuszku i wełnianej czapie wchodzi w bramę Uniwerku, na wiec do Auditorium Maximum.

Tłumy manifestantów rozpędzane wodą z sikawek. Tłumy stojące karnie na masówce z tekturowymi tablicami: „Rozliczyć bojówki syjonistyczne!”. Nieoglądane nigdy zdjęcia. Ale ten doku­ment nie jest historią Marca ’68. Pomi­ja cały splot okoliczności dziejowych: izraelską wojnę sześciodniową z 1967 r.; presję ZSRR, który poparł Arabów; za­kaz „Dziadów” i rozpędzony wiec stu­dencki 8 marca; rozgrywającą się po­nad naszymi głowami walkę partyj­nych frakcji Gomułki i Moczara prześcigających się w antysemityzmie. Na­gonka na Żydów miała uwiarygodnić PZPR w oczach ludzi, przedstawić ją jako partię „narodową” - co skutkowało, niestety. Było wiele zapisów do par­tii, która naraz zrobiła się „nasza”.

Ten film niczego nie tłumaczy. Uświa­damia przeraźliwą normalność nagon­ki. Że inny ustrój? Presja Rosji? To był ten sam kraj, w którym żyjemy dziś. Jesz­cze w 1967r., gdy zwykli ludzie cieszyli się ze zwycięstwa Izraela w wojnie sze­ściodniowej, nikt nie spodziewał się, że wkrótce zostaną uwolnione demony.

Film oddaje głos kilkorgu spośród 20 tysięcy, którzy wyjechali-po to, że­byśmy przez chwilę poczuli to co oni. Że­byśmy sami stanęli na tym dworcu i że­by nas to chwyciło za gardło tak jak ich, gdy o tym opowiadają w wakacyjnej sce­nerii kąpieliska w Aszkelonie. Tam spo­tykają się marcowi emigranci z klubu Reunion ’68. Są ludźmi sukcesu, ich do­mem jest Nowy Jork, Londyn, Kopen­haga, Tel Awiw. To prawda, że nie musieli emigrować. Trzeba było tylko - bagate­la - znieść szykany, przesłuchania, wy­rzucenie z pracy albo z uczelni, zsyłkę do karnej kompanii, nieraz więzienie. „U nas zawsze są jacyś obywatele drugiej kategorii” - wtrąca Torańska. „Ale ja nie chciałem nim być” - odpowiada Józef syn uczestnika kampanii wrześniowej.

W tym filmie nie chodzi o ich marty­rologię. Chodzi o nas. O kraj, który z ta­ką łatwością, na różnych zakrętach historii pozbywa się „obcych”, niszczy włas­ną inteligencję. Przed wojną - getto ław­kowe na uczelniach; po wojnie - prześla­dowanie akowców, w 1968 - „syjoniści”. Marzec kojarzony dziś z tłumnymi ma­nifestacjami, ze studencką rewoltą, z „ko­mandosami”, widziany od strony tych, którzy wyjechali, jest doświadczeniem samotności, izolacji. Nie istniała społecz­na solidarność, która później tak świet­nie sprawdziła się w stanie wojennym.

Każdy bał się o siebie. „Bałam się - przyznaje prowadząca w filmie wywia­dy Teresa Torańska - że mnie wyrzucą ze studiów. Ale nie czułam, że boją się inni”. Poczuła to dopiero po latach, gdy poznała historie rówieśników zmuszo­nych szantażem do przyjęcia „dokumen­tu podróży” likwidującego polskie oby­watelstwo. Ich podwójna, polsko-żydow­ska tożsamość została rozcięta. Pozosta­ła niewyleczona rana polskości.

Wspaniałe, że ekipie trzech kobiet (Teresa Torańska, Maria Zmarz-Koczanowicz i Agnieszka Traczewska - producentka) udało się dostać do Aszkelonu. Rozmówcy uznali je za swoje, bez po­działu na „nas” i „was”. Otworzyli się, po­wiedzieli rzeczy, których może nigdy nie opowiadali. Choć w jakimś sensie fil­mowcy popsuli im wakacje. „Minęło 37 lat, a ty płaczesz?” - Torańska zwraca się do pięknej Milany, która opowiada historię kołdry, wywiezionej z Polski.

Werę, lekarkę z Mrągowa, wyrzuco­no z pracy, bo - mówi z uśmiechem – władza musiała się wykazać, że są w Mrągo­wie jacyś Żydzi. Nie chciała wyjeżdżać. Miała męża Polaka („tak się mówi, choć przecież sama byłam Polką”). Zmusili go do zostania, rozbili małżeństwo.

Józef opowiada, że najbardziej żal mu było rozstania ze starą nianią, do której mówił „babciu”. W czasie wojny przechowywała jego rodzinę. Teraz też byłaby gotowa ich przechowywać. Esbek, który przeglądał dokumenty ojca Józefa, widząc same polskie imiona w dowodzie, mruknął „cholera, jak was rozpoznać?”.

Często do wyjazdu dążyli rodzice pamiętający okupację. Tkwił w nich lęk przed gettem, wywózkami, kryciem się. - Ja ich teraz rozumiem - mówi Ania, „matka czworga dzieci z Danii”. - Dla mnie 68 rok też jest bliski, jakby to było wczoraj. Młodnieją, kiedy o tym mówią. Jakby tamten pociąg do Wiednia 19.05 wciąż nie ruszył z Dworca Gdańskiego. Noszą w sobie zdania, które usłyszeli na odjezdnym, złe i dobre, jak to zdziwie­nie wopisty w Zebrzydowicach:

- Co to dzisiaj? Cała Polska wy­jeżdża?