"Kwartalnik Filmowy" 1993, nr 1

Było wtedy ostre słońce... Jak powstawał film o Siwcu

Maciej J. Drygas

MACIEJ J. DRYGAS: ur. 1956 w Łodzi, w 1981 ukończył wydział reżyserii WGIK (Moskwa), był asystentem Krzysztofa Zanussiego (Constans, Z dalekiego kraju) i Krzysztofa Kieślowskiego (Przypadek), od 1988 członek Studia Filmowego "Zodiak". Autor scenariuszy: Surowy klimat (1985, niezreal.), Pora na miłość (1986, niezreal.), Grecka wyspa (1988, niezreal., druk.: "Dialog", 1990, nr 6), Dzieci z hotelu Ameryka (1990, zrealizowany w Litewskiej Wytwórni Filmowej w Wilnie, reż.: Raimondas Banionis; druk.: "Dialog" 1991, nr 3). Zrealizowane filmy (scen. i reż.): Falstart (1981, film dyplomowy), Psychoterapia (1984, film TV), Usłyszcie mój krzyk (1991, film dok.).


Latem 1989 r. przeczytałem w "Gazecie Wyborczej" wywiad z Zygmuntem Karczem, który z Adamem Macedońskim założył w Krakowie wspólnotę im. Ryszarda Siwca i Jana Palacha. Był to ruch mający na celu szukanie płaszczyzny, która mogłaby łączyć Polaków i Czechów. To właśnie z tego wywiadu po raz pierwszy dowiedziałem się o samospaleniu Siwca. W tym czasie kończyłem pisać dla litewskiego reżysera Raimondasa Banionisa scenariusz filmu fabularnego, którego akcja — co za dziwny zbieg okoliczności — ocierała się o historię samospalenia osiemnastoletniego Litwina Romasa Kalanty.

W maju 1972 r. nieopodal budynku KGB w Kownie Kalanta oblał się benzyną i podpalił. Pozostawił kartkę z informacją, że ginie za wolność Litwy. I choć oficjalna propaganda usiłowała zdyskredytować ten akt (w gazetach ukazało się oświadczenie psychiatrów, że Kalanta był umysłowo chory), pogrzeb Kalanty stał się pretekstem do ciągnących się prawie tydzień masowych demonstracji. Jego protest wpisał się jednoznacznie w świadomość litewskiego społeczeństwa, również na emigracji: w USA powstały organizacje młodzieżowe im. Kalanty, w Brazylii postawiono jego pomnik. Podobnie reagowali Czesi na wieść o samospaleniu Palacha. Tak więc, rozpoczynając poszukiwanie śladów po Ryszardzie Siwcu, cały czas odwoływałem się do moich spostrzeżeń z kilkumiesięcznej dokumentacji na Litwie, z coraz większym zdumieniem przeciwstawiając mit o czynie Kalanty — niepojętej zmowie milczenia wokół protestu Siwca. Nie myślałem jeszcze o filmie, nie wiedziałem czy uda mi się zainteresować producentów. Chciałem po prostu poznać prawdę — dla siebie samego, może dla kilku przyjaciół.

Zacząłem od archiwów gazet, które wychodziły w 68 roku. Łudziłem się, że może gdzieś znajdę jakąś wzmiankę. Przeglądałem również fotografie, które tego dnia zostały nie zakwalifikowane do druku. Dopiero w kilka dni później w Centralnej Agencji Fotograficznej trafiłem na pierwszy ślad. Przeglądając album ze zdjęciami z dożynek zauważyłem puste miejsca po dwóch wyciętych fotografiach. W archiwum negatywów te dwie klatki również były wycięte, a na kopercie widniał napis, że zdjęcia usunięto na prośbę fotoreportera. Odnalazłem tego człowieka. Potwierdził, że na dwóch fotografiach rzeczywiście widać było płonącego mężczyznę. Nie znał jego nazwiska, nigdy nie usiłował wyjaśnić, co naprawdę zdarzyło się wtedy na Stadionie Dziesięciolecia. Negatywy zlikwidowano na polecenie specjalnej komórki działającej przy CAF, komórki, która zajmowała się cenzurą fotografii, zanim te trafią do redakcji gazet.

Wyruszyłem do Krakowa na spotkanie z Zygmuntem Karczem i Adamem Macedońskim. Z zebranych przez nich informacji wynikało, że Ryszard Siwiec zajmował miejsce w sektorze tuż obok trybuny honorowej, że w trakcie przemówienia Gomułki oblał się rozpuszczalnikiem i płonąc biegł w kierunku I sekretarza PZPR. Biegł ze sztandarem, na którym widniał napis "Za naszą i waszą wolność". Tuż przed trybuną został złapany przez ludzi z Biura Ochrony Rządu. Podobno przerażony Gomułka przerwał na chwilę swoje przemówienie, a SB zatrzymało najbliższych świadków tego wydarzenia usiłując ich najpierw zastraszyć, a potem przekupić w zamian za milczenie. Wersja ta brzmiała bardzo przekonująco, jednak, jak się później okaże, wyraźnie odbiegała od prawdy.

Pierwsze wątpliwości nasunęły się po przesłuchaniu nagrania transmisji radiowej z uroczystości dożynkowych w 1968r., nagrania, które odnalazłem w archiwum Polskiego Radia w Warszawie. Wielokrotnie przesłuchiwałem tę taśmę, maksymalnie wzmacniając dźwięk, z nadzieją, że być może usłyszę jakiś krzyk, szmer lub choćby jakąś drobną pauzę w przemówieniu Gomułki. Nic takiego się nie wydarzyło — I sekretarz był w dobrej formie, a w intonacji komentujących dożynki sprawozdawców nie doszukałem się niczego szczególnego.

Motywacje

Mniej więcej w tym czasie ówczesny szef Teatru Polskiego Radia — Henryk Rozen zaproponował mi, abym dokumentował historię Siwca również z myślą o słuchowisku radiowym. Załatwił mi profesjonalny magnetofon i kilka delegacji. Wyruszyłem do Przemyśla na spotkanie z żoną Ryszarda Siwca — Marią i córką Elżbietą. Udostępniły mi taśmę z nagraniem, którego Siwiec dokonał dwa dni przed wyjazdem na dożynki, skontaktowały ze znajomymi Siwca. Dzięki nim poznałem człowieka, który twierdził, że w pół roku po samospaleniu odważył się wysłać list do rozgłośni Radia Wolna Europa z informacją na temat protestu Siwca.

Rodzina Siwca i jego znajomi potwierdzali wersję wydarzeń, którą już wcześniej słyszałem od Zygmunta Karcza. Niektórzy mówili o tajnej organizacji, o czarnej kuli, którą wylosował Siwiec. Ciekawe, że o czarnej kuli mówiono mi również na Litwie, kiedy dokumentowałem historię Kalanty. Myślę, że podobnie jak w Kownie, tu w Przemyślu — ludziom trudno było uwierzyć, iż na taki czyn człowiek mógł się zdecydować samotnie.

Kilka dni później, będąc jeszcze w Przemyślu, wszedłem do biura "Solidarności". Sekretarka powiedziała mi, że zna osobę, która była wtedy na stadionie. W ten zupełnie przypadkowy sposób poznałem pierwszego wiarygodnego świadka. Grażyna N. siedziała na stadionie w sektorze tuż obok bramy głównej, a więc po przeciwnej stronie niż trybuna honorowa. Twierdziła, że cały dramat odbywał się kilkanaście metrów od niej, podczas dożynkowych tańców. Następnego dnia, szperając w dokumentach Stronnictwa Ludowego, odnalazłem nazwisko i adres rolnika, który w 68 r. był szefem delegacji z okręgu przemyskiego. Pamiętał jak Siwiec usiłował zdobyć zaproszenie na dożynki. Było to dość skomplikowane, bowiem skład delegacji został już wcześniej ustalony. W końcu dopisano Siwca do listy pod ostatnim numerem. Rozmawiałem również z lekarką z rejonowej poradni, która powiedziała, że tuż po proteście zjawili się u niej funkcjonariusze SB, którzy wypytywali czy Siwiec nie leczył się na chorobę psychiczną. Byli trochę zawiedzeni, gdy ta tłumaczyła im, że to był zdrowy i silny mężczyzna.

Opuszczałem Przemyśl pod wrażeniem odnalezionych materiałów. Dopiero tam zrozumiałem, że zanim Siwiec podjął decyzję o tak desperackim proteście, najpierw przebył długą drogę, dojrzewając do tego czynu. Będąc absolwentem wydziału filozofii na uniwersytecie lwowskim, miał po wojnie propozycje, aby zostać nauczycielem historii. Odmówił, bowiem nie chciał uczyć młodzieży nieprawdy. Nagrane przed śmiercią posłanie do przywódców na Kremlu, Kęty do Gomułki, pozostawione notatki świadczyły o jego niezwykłej wiedzy historycznej. Były również dowodem, że w przeciwieństwie do większej części naszego społeczeństwa, które dało się uwieść idei socjalizmu o ludzkiej twarzy, Siwiec nigdy nie miał złudzeń. Długo i dokładnie obmyślał swój protest. Wydawałoby się, że wybrał doskonałe miejsce i czas, że przewidział każdy szczegół, oprócz jednego: że jego czyn, choć dokona się w obecności stu tysięcy ludzi, dziennikarzy, fotoreporterów, przedstawicieli partii, pozostanie jednak bez rozgłosu. Wtedy zrozumiałem, że moim obowiązkiem jest zrealizowanie filmu dokumentalnego o tym człowieku i przez film nadanie sensu jego śmierci.

Zgłosiłem się z tym pomysłem do Władysława Wasilewskiego, który zakładał właśnie przy Wytwórni Filmów Oświatowych zespół filmowy "Logos".

Rozpocząłem kolejny etap poszukiwań. Najpierw wizyta w szpitalu Przemienienia Pańskiego w Warszawie, w którym przez cztery dni Siwiec umierał. Rozmowy z lekarzami, personelem pielęgniarskim. Siwiec długo był przytomny. Opowiadał o swoim proteście. Dlaczego milczeli? — pytałem. Potem rozmowa z córką kuzyna Siwca, która była wtedy na stadionie. Z daleka widziała płonącego mężczyznę, ale dopiero po latach dowiedziała się, że to był jej wuj! Którejś nocy ludzie z warszawskiej rozgłośni radiowej umożliwili mi połączenie ze studiem Głosu Ameryki w Waszyngtonie. Tam czekał Jan Nowak-Jeziorański. Potwierdził otrzymanie anonimowego listu z Polski. Pierwsza informacja o proteście Siwca została nadana w osiem miesięcy po jego śmierci (patrz str. 84 — wypowiedzi Jana Nowaka-Jeziorańskiego i człowieka, który zawiadomił Wolną Europę — przyp. Red.).

Napisałem podanie do ówczesnego ministra spraw wewnętrznych z prośbą o udostępnienie mi materiałów SB. Długo nie było decyzji. Przez kilka miesięcy wydzwaniałem do jego sekretarki. W końcu otrzymałem zgodę. Podczas pierwszej wizyty w Pałacu Mostowskich pokazano mi teczkę z materiałami operacyjnymi dotyczącymi sprawy Ryszarda Siwca. Było tego zaledwie dwadzieścia kilka stron. Niektóre zasłonięte białymi kartkami. Tych nie wolno mi było oglądać. Pilnowało mnie dwóch urzędników. Potem, kiedy udało mi się ich namówić na odsłonięcie jednej z kartek, przeczytałem ostatni list, który Siwiec pisał do żony w pociągu na kilka godzin przed tragedią. Kopię tego przechwyconego przez SB listu pani Maria otrzymała po dwudziestu trzech latach ode mnie. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ten tekst był przykryty białą kartką. Przecież od prawie roku żyliśmy wreszcie, jak wtedy często powtarzano, "we własnym domu".

Siedem sekund

Z materiałów SB zorientowałem się również, że Służba Bezpieczeństwa nie prowadziła w sprawie Siwca jakiegoś szalonego śledztwa. Były to rutynowe działania i wkrótce sprawa została umorzona "wobec śmierci sprawcy". Tak więc, oprócz inwigilacji najbliższej rodziny — SB, które, jak przypuszczam, samo było zaskoczone taką formą protestu, nie podjęło żadnych kroków, żeby sprawę "uciszyć". Bo i nie musiało. Nie potwierdziła się informacja o wyłapywaniu świadków tego zdarzenia, szantażowaniu ich i próbach przekupienia. I to był kolejny fakt, który mnie poraził. Stało się dla mnie jasne, że choć Siwiec ginął publicznie, ludzie zebrani na stadionie kompletnie zignorowali jego protest. Dlaczego? Być może Siwiec wyprzedził swój czas w tym sensie, że więcej pojmował niż inni.

Zrozumiałem wtedy, że realizacja dokumentalnego filmu o Siwcu daje szansę, aby przez pryzmat czynu Siwca spojrzeć również na kondycję naszego społeczeństwa w latach sześćdziesiątych. Za pośrednictwem "Teleekspresu" i "Gazety Wyborczej" zwróciłem się z apelem do świadków. Otrzymałem wiele listów, telefonów. Niektórzy ludzie na początku nie chcieli ujawniać swoich nazwisk. Obawiali się, choć prawdę mówiąc nie wiedziałem czego. Przez kilka tygodni jeździłem po całym kraju odwiedzając wszystkich, którzy zareagowali na mój apel. Wieczorami na rozrysowanym planie Stadionu Dziesięciolecia umieszczałem w poszczególnych sektorach nazwiska kolejnych świadków, jakbym prowadził jakieś śledztwo. A przecież nie chodziło mi o szukanie winnych. Pragnąłem tylko zrozumieć, dlaczego ci ludzie nigdy potem nie wracali pamięcią do tego tragicznego wydarzenia? Dlaczego heroizm Siwca okazał się tak daremny? Tylko Jan D. — strażak, który gasił Siwca — zwierzył mi się, że kiedy kilka lat temu poznał swoją obecną żonę, opowiadali sobie najważniejsze wydarzenia w ich życiu. Dla D. jednym z takich momentów było samospalenie Siwca. Z ust człowieka, który często ma do czynienia z ofiarami pożarów, takie zwierzenie zabrzmiało wstrząsająco.

Znajoma dokumentalistka Anna Górna poradziła mi, abym w archiwum WFD dokładnie przeszukał materiały odrzucone z Polskiej Kroniki Filmowej. Kiedyś obiło jej się o uszy, że ktoś nakręcił ujęcie płonącego Ryszarda Siwca. Nie znalazłem niczego w katalogu odrzutów, choć prowadzony jest niezwykle skrupulatnie. Po godzinie pracownica archiwum, która zaczęła szperać w pudełkach z taśmami, przyniosła zwiniętą miniaturową rolkę, z przyczepioną pożółkłą kartką. Była na niej wypisana ołówkiem informacja: ujęcie płonącego mężczyzny. Autorem zdjęć był operator PKF — Zbigniew Skoczek. Zanim obejrzałem to ujęcie, minął ponad tydzień. Taśma musiała zostać poddana odpleśnieniu i konserwacji.

Kiedy wreszcie nacisnąłem pedał stołu montażowego i przed moimi oczyma mignęło zaledwie siedem sekund z tego dramatycznego wydarzenia, trudno mi było ukryć emocje. Ja wiem, że to brzmi patetycznie, ale już od prawie roku żyłem wyłącznie historią Siwca. Ten człowiek i jego kodeks moralny stał się dla mnie bardzo bliski. Nie potrafiłem się już zdystansować od tego co robię. I choć w 68 roku miałem zaledwie 12 lat, czułem się odpowiedzialny za jego los. Z przerażeniem pomyślałem, że to ujęcie mogłoby teraz zostać gdzieś przypadkiem wyemitowane jako historyczna ciekawostka, tak jak to się zdarzyło z fotografią płonącego Siwca, którą parę miesięcy wcześniej wydrukowały "Skandale" — gdzieś między zdjęciem obnażonej kobiety a krzyżówką... Pobiegłem do szefa archiwum WFD Włodzimierza Rekłajtisa. Nie musiałem mu długo tłumaczyć, zrozumiał wszystko w pół słowa. Natychmiast schował taśmę do sejfu, z prawem wyłączności dla mojego przyszłego filmu.

Kiedy miałem już zgromadzony prawie cały materiał zacząłem pisać scenariusz. Ponownie przesłuchiwałem nagrania dokonując m.in. wyboru świadków, których miałem zaprosić na zdjęcia. Brakowało mi jednej osoby — człowieka, który w 68 roku piastował urząd ministra rolnictwa. Usiłowałem zdobyć choćby jego numer telefonu. W końcu udało się, zatelefonowałem, lecz do spotkania nie doszło. Eks-minister wytłumaczył mi, że jest chory, że właśnie idzie do szpitala. Potem miał jechać do sanatorium. A ja musiałem ze względów organizacyjnych zaznaczyć w scenariuszu, że odbędę z nim rozmowę. Więc po prostu wpisałem kilka wymyślonych przez siebie zdań: że wtedy było ostre, oślepiające słońce i że on niczego nie zauważył. Wiele miesięcy później, gdy skończyłem już realizację zdjęć, doszło wreszcie do spotkania. Oczywiście, bez kamery. Zapytałem czy pamięta ten incydent na stadionie, stał przecież na trybunie honorowej, w pierwszym rzędzie. Odpowiedział mi, że w czasie wojny był więźniem gestapo, że Niemcy uszkodzili mu wzrok, że od tego czasu nosi ciemne okulary, a wtedy było ostre słońce, bijące prosto w twarz i on, niestety, niczego nie zauważył.

* * *

Kiedy kręciłem zdjęcia na ulicy w centrum Toronto (trzej synowie i jedna z córek Siwca wyemigrowali do Kanady i USA) podszedł do mnie nieznajomy przechodzień i spytał o czym realizuję film. Powiedziałem mu, że będzie to historia człowieka, który w 68 roku protestując dokonał aktu samospalenia. Ów Kanadyjczyk pokiwał ze zrozumieniem głową: — Ach, o tym czeskim studencie — powiedział, jakby na dowód, że wie o kogo chodzi, po czym obrócił się na pięcie i odszedł. Obok mnie stał Wit Siwiec. Z kamienną twarzą długo patrzył w ślad ginącego w tłumie przechodnia...

Nagrody za Usłyszcie mój krzyk:

  • Srebrny Smok — Międzynarodowy festiwal filmów krótkometrażowych, Kraków 1991
  • Wyróżnienie specjalne — Łagowskie lato filmowe 1991
  • Srebrna Sestercja — Festiwal filmów dokumentalnych w Nyon, Szwajcaria 1991
  • Nagroda główna — Festiwal mediów, Łódź 1991
  • Felix 91
  • Nagroda młodych im. Stanisława Wyspiańskiego 1991
  • Nagroda im. Andrzeja Munka za najlepszy debiut, 1992 (po raz pierwszy w historii tej nagrody został uhonorowany film dokumentalny)
  • Grand prix — Międzynarodowy festiwal filmów dokumentalnych w Melbourne, Australia 1992
  • Golden Gate Award w sekcji Film i Video, Międzynarodowy festiwal filmowy w San Francisco USA, 1993