"Gazeta Wyborcza" z 13.11.2001

Byłem Ketmanem

Lesław Maleszka

Ten tekst powinienem był napisać najpóźniej w roku 1990. Piszę go dziś, w 25 lat po podjęciu decyzji, która wyrządziła ogromną krzywdę wielu moim przyjaciołom i w jakiejś mierze zrujnowała również moje życie. Nazywam się Lesław Maleszka. To ja byłem "Ketmanem", tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa.


Publikujemy wyjaśnienia Lesława Maleszki dotyczące przyczyn i przebiegu jego współpracy z SB

W kwietniu 1976 r. trafiłem po raz pierwszy na przesłuchanie w komendzie krakowskiej SB. Funkcjonariusze wiedzieli, że na ostatnim roku polonistyki UJ istnieje grupka studentów, których całą winą było to, że tworzyli nieformalne kółko dyskusyjne, w którym krążyło parę książek paryskiej "Kultury" i listy protestacyjne intelektualistów przeciw planowanym zmianom w Konstytucji PRL.

Nie zamierzam roztkliwiać się nad sobą, nie szukam żadnych usprawiedliwień. Przesłuchanie, któremu zostałem poddany, przebiegało bardzo brutalnie. Nie miałem wówczas pojęcia, że jako osobie przesłuchiwanej przysługują mi jakiekolwiek prawa, nie miałem cienia wyobraźni na temat technik prowadzenia takich rozmów. Lampa na biurku świecąca mi prosto w oczy w ciemnym pokoju (przesłuchiwano mnie wieczorem), trzech esbeków na zmianę, przekleństwa i otwarte, chamskie pogróżki, łącznie z groźbą pobicia - wszystko to sprawiło, że byłem przerażony. Przez parę godzin próbowałem kłamać - przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym odmówić zeznań. W odpowiedzi dowiadywałem się, że tego i tego dnia dostałem książkę pod takim oto tytułem od osoby wymienionej z imienia i nazwiska. Wiedziałem, że w sąsiednich pokojach przesłuchiwani są moi koledzy. Byłem przekonany, że bezpieka wszystko o nas wie.

Wtedy nadszedł ten moment. Funkcjonariusz, względnie kulturalny facet w garniturze ("dobry" esbek, w przeciwieństwie do jego kolegi - "złego") zażądał połączenia go z rektorem UJ, a następnie w mojej obecności uzgadniał z nim kwestię, iż następnego dnia zostanę skreślony z listy studentów. Do dziś nie wiem, czy ta rozmowa odbyła się naprawdę, czy była fingowana, a esbek rozmawiał przez telefon z kolegą zza ściany. Wtedy, w ciemnym pokoju, w głowie kołatały mi jedynie dwa epizody sprzed paru miesięcy, o których rozmawiało się wówczas w murach uczelni - historia studenta relegowanego ze szczecińskiej Akademii Medycznej za krytyczne uwagi na temat ustroju PRL wygłoszone na zajęciach z nauk politycznych i studenta KUL skazanego za opinie zamieszczone w prywatnych listach do przyjaciół.

Popełniłem największy błąd, jaki w tej sytuacji można było popełnić. Zacząłem prosić, by nie wyrzucano mnie ze studiów. Pokazałem, jak bardzo jestem słaby. Nie usprawiedliwia mnie nic - ani to, że od pierwszego roku dostawałem nagrody rektorskie za wyniki w nauce, ani to, że na polonistyce wspominano o mojej asystenturze po ukończeniu studiów, ani wreszcie to, że w owym czasie byłem gorąco zafascynowany teorią literatury. Moja prośba i mój strach - to była kapitulacja.

Bezpiecy tylko na to czekali. Chcesz studiować? Coś za coś. Położyli przede mną kartkę i długopis i podyktowali mi treść oświadczenia o współpracy.

Kazali mi wybrać sobie pseudonim. Przypomniał mi się Ketman ze "Zniewolonego umysłu" Czesława Miłosza. Człowiek dwóch religii, który ukrywa swe prawdziwe poglądy, udając osobę lojalną wobec opresywnej władzy. Wydawało mi się, że taka gra będzie możliwa. Wtedy nie przyszło mi do głowy, że Ketman musi się pogrążyć w wewnętrznym kłamstwie, które w końcu przenika całą jego istotę. Że jest to droga w ślepy zaułek.

Kazano mi też opisać działalność własną i swoich kolegów. Pisałem więc, że wszystko, co robiliśmy, brało się z atmosfery otwartej dyskusji, która w naturalny sposób panuje na uniwersytecie. Uznałem za swój mały sukces, że udało mi się w tym zeznaniu nie wymienić nazwisk. Kolejny raz okazałem się - poza wszystkim innym - idiotą. Bezpiece o to przecież chodziło, żeby mieć w ręce mój własnoręcznie napisany tekst. Nie nalegali na personalia. Mieli czas.

Przez parę miesięcy nie zajmowałem się niczym, co mogło mieć związek z polityką. Po wakacjach jednak dowiedziałem się, że Bronka Wildsteina, mojego przyjaciela z polonistyki, relegowano z ostatniego roku studiów pod pretekstem, iż jego długie włosy uniemożliwiły mu odbycie praktyki pedagogicznej w szkole. Szlag mnie trafił. Napisałem petycję w tej sprawie i byłem jednym z tych, którzy zaczęli zbierać pod nią podpisy.

Przypomniała sobie o mnie bezpieka. Nie szukałem z nimi kontaktu, przez moment wydawało mi się nawet, że dadzą mi spokój. Któregoś dnia, gdy szedłem ulicą, zatrzymał się przede mną samochód. Wyskoczyło paru funkcjonariuszy, wciągnęli mnie do wozu.

Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, co zrobiłem podczas pierwszego przesłuchania. Usłyszałem: "Odbijemy twoją deklarację w stu egzemplarzach i rozkleimy na wszystkich słupach w Krakowie". Dziś wiem, że gdybym wtedy powiedział: "Zróbcie tak, ja swoje zniosę, a was niech diabli wezmą" - miałbym dziś prawo chodzić z podniesionym czołem. A jednak, zamiast to zrobić, znów zacząłem z nimi rozmawiać. Zamknąłem sobie kolejną furtkę do odwrotu.

Później jeszcze parę razy "zapraszali" mnie w ten sposób na rozmowy - z samochodu na ulicy. W końcu sam zacząłem stawiać się na ich wezwania. Poddałem się.

Jesienią 1976 r. zaczęła się akcja KOR-owska - zbieranie pieniędzy dla robotników, przepisywanie i rozdawanie komunikatów. Rewizje, przesłuchania, list otwarty studentów krakowskich do władz PRL... O wielu sprawach związanych z naszymi działaniami informowałem bezpiekę. A równocześnie robiłem to, co inni - kolportowałem dokumenty KOR, zbierałem pieniądze i podpisy. Tak żyłem przez wiele lat - w duchowej i moralnej schizofrenii. Co - powtórzę raz jeszcze - w najmniejszym stopniu mnie nie usprawiedliwia. Postępowałem podle - i niech to będzie wyraźnie powiedziane w tym miejscu, bym nie musiał powtarzać tych słów przy ocenie każdego następnego czynu.

W drugiej połowie kwietnia prowadzący mnie esbek zadał mi osobliwe pytanie: Co by było, gdybyśmy do paru studentów rozesłali anonimy informujące, że Stanisław Pyjas jest agentem SB? Odparłem, że to najbardziej idiotyczny pomysł pod słońcem. Bezpieka już parę razy próbowała produkować fałszywe dokumenty KOR i za każdym razem kończyło się to kompromitacją. Byłem pewien, że takich anonimów nikt nie potraktuje poważnie - po prostu zostaną wyśmiane. Bezpiek odparł, że to tylko taki pomysł i że nikt niczego nie postanowił, więc mogę o wszystkim zapomnieć. Wtedy nie przywiązywałem do tej rozmowy żadnej wagi.

1 maja 1977 r. po raz pierwszy nasza krakowska grupa miała się spotkać w Gorcach z działaczami KOR. Poinformowałem o tym SB, zastrzegając, że jeśli bezpieka kogokolwiek zgarnie, koledzy zaczną się domyślać mojej roli (swoją drogą, później wielokrotnie starałem się używać tego argumentu - czasem z lepszym, czasem z gorszym skutkiem). Esbek odpowiedział: - Damy wam spokój, ale chcemy dokładnie wiedzieć, jakie dostaliście instrukcje.

Nawiasem mówiąc, w kontaktach z SB miałem też okazję poznać pewien język - z kolegami się nie rozmawia, lecz "przekazuje instrukcje", do miasta przyjeżdża nie znajomy, lecz "obiekt" albo "figurant". Kiedyś zapytano mnie o mieszkanie jednego z moich kolegów - gdzie stoi łóżko, a gdzie szafa? Odpowiedziałem, nie mając pojęcia, po co im ta wiedza, którą zresztą mogli zdobyć podczas pierwszej rewizji. Po wielu latach przeczytałem w bezpieczniackim dokumencie, że "spenetrowałem mieszkanie w celu założenia podsłuchu".

Rozmawiałem ze Staszkiem Pyjasem - kolegą z roku i jednym z najbliższych przyjaciół - zapraszając go na spotkanie z ludźmi z KOR. Nie chciał jechać. Powtarzał, że w każdej sprawie gotów jest nam pomagać, ale nie chce się tak bardzo angażować w sprawy polityczne - ma swoje plany literackie, sporo czasu poświęca pracy magisterskiej. Całkowicie go rozumiałem. Wspominam dziś o tym, bo nie umiem uwolnić się od myśli, że gdyby nie jego tragiczna śmierć, dziś byłby jedną z czołowych osobistości polskiego życia intelektualnego, znaną ze swych książek - a dopiero w drugiej czy trzeciej kolejności z działalności dysydenckiej.

Gdy wróciliśmy z Gorców, sześciu kolegów (w tym ja) zastało w swoich mieszkaniach plugawe anonimy przeciwko Staszkowi. Treść tych listów jest dziś publicznie znana i daje pewne wyobrażenie o języku, jakim częstowali mnie esbecy w czasie pierwszych rozmów. Poza wszystkim, ten właśnie agresywny, chamski język i poczucie wszechwładzy okazywane przez oficerów na każdym kroku rodziły we mnie paniczny strach, nad którym nie umiałem zapanować.

W anonimach znalazły się też wulgarne aluzje do spraw ściśle osobistych Pyjasa - niektórych aluzji do dziś zresztą nie rozumiem. Sam miałem okazję przekonać się w czasie różnych rozmów, że bezpieka, choć uważa mnie za swojego, grzebie w moim życiu prywatnym. Notorycznie też wypytywano mnie, kto, gdzie i z kim pija wódkę. Albo na przykład - czy księża, którzy z nami sympatyzują, nie mają kochanek. To też był powód, dla którego od pewnego czasu starałem się unikać wspólnych imprez o charakterze czysto towarzyskim.

Anonimy rozsierdziły mnie. Wpadłem na pomysł, by w tej sprawie złożyć doniesienie o przestępstwie (w anonimach grożono Pyjasowi śmiercią), napisałem skargę i razem z dwoma

kolegami zaniosłem ją do prokuratury. W rozmowie z esbekiem stwierdziłem, że owe listy to najgłupsza rzecz, jaką jego firma mogła zrobić. Wydawał się niepocieszony - miałem wrażenie, że zależy mu na tym, by przyznać, że anonimy wywołały popłoch w naszym środowisku.

Nawiasem mówiąc, później wielokrotnie zdarzało się, że bezpiek, każąc mi pisać w swojej obecności kolejny donos, dyktował całe fragmenty dotyczące "poważnych strat", jakie poniosła krakowska opozycja wskutek kolejnych rewizji i zatrzymań. Z rewizjami i przesłuchaniami środowisko szybko zdążyło się oswoić - była to naturalna cena ówczesnej niezależnej aktywności społecznej. Cynicznie jednak pisywałem takie fragmenty - rozumiałem, że panowie z bezpieki też muszą się pochwalić sukcesami, by zarobić na swoje premie.

7 maja zabito Staszka Pyjasa. 12 maja do Krakowa przyjechało paru działaczy i współpracowników KOR, by pomóc nam w zorganizowaniu bojkotu studenckich juwenaliów. Spotkałem ich w Domu Studenckim "Żaczek". Od tego momentu straciłem jakikolwiek kontakt z bezpieką. Przez trzy dni brałem udział w akcji protestu razem z moimi kolegami. Podpisując deklarację Studenckiego Komitetu Solidarności, pomyślałem: "Jeśli teraz zechcą nas wszystkich aresztować za zorganizowanie manifestacji, ze mną przynajmniej będą mieli dodatkowy kłopot. Jeśli nie zechcą mnie ujawnić, to będą musieli wsadzić na równi z innymi".

Nie wsadzono nas. Dwa czy trzy dni później samochód bezpieki znów zgarnął mnie z ulicy. W czasie rozmowy nie wytrzymałem, zacząłem krzyczeć:

— Chyba nie sądzi pan, że uwierzę w te wasze brednie o nieszczęśliwym wypadku!

— A co ty, k..., myślisz? Że to myśmy go zabili? Jeśli ktoś miał interes, żeby zabić Pyjasa, to tylko wy, żeby zrobić prowokację przeciwko nam - odpowiedział esbek.

Odpowiedź była tak absurdalna, że opadły mi ręce. A chwilę później pomyślałem: "Kim ja jestem, by liczyć na to, że bezpieka powie mi prawdę? Dla nich jestem tylko małym gnojkiem, którego wykorzystują jak narzędzie. Małym, zaszantażowanym i zastraszonym pionkiem, który gra marną rolę w nie swoim teatrze".

Tak skończył się sen o Ketmanie.

W lipcu wróciłem z Warszawy do Krakowa. Napisałem dla bezpieki elaborat o nowych koncepcjach KOR, który właśnie postanowił przekształcić się w Komitet Samoobrony Społecznej KOR, a równocześnie - występując z deklaracją Ruchu Demokratycznego - poszerzyć swą formułę, tworząc zręby społeczeństwa alternatywnego. Moja relacja zyskała spore uznanie wśród funkcjonariuszy, czym byłem zaskoczony - referowałem bowiem tekst, który Jacek Kuroń wygłosił na zebraniu w obecności ponad stu osób i kamer zachodnich ekip telewizyjnych.

Widać, tu jednak bezpieka dojrzała dla mnie rolę. Od tej pory zajmowałem się pisywaniem analiz poświęconych myśli programowej opozycji, jej koncepcjom, sporom programowym i konfliktom ideowym. Ceniono szczególnie moje teksty dotyczące dyskusji i sporów intelektualnych w szeregach opozycji. Pisałem więc o sporach pomiędzy KSS KOR a ROPCiO i KPN, o konflikcie pomiędzy środowiskami "Głosu" i "Krytyki", o myśli politycznej Ruchu Młodej Polski. Zużyłem na to masę papieru.

Czasem przychodziła mi do głowy absurdalna myśl, że może to, co robię, nie jest takie najgorsze. Może władza powinna wiedzieć, że po drugiej stronie barykady są także patrioci, ludzie rozsądni i obliczalni, którym zależy na stopniowej ewolucji politycznej w tym kraju. Kiedyś bez żadnych sugestii odgórnych (bezpiek z reguły najpierw rozmawiał ze mną, a potem mówił, co po kolei powinno się znaleźć w mojej notatce) napisałem tekst, w którym tłumaczyłem, że opozycji nie można traktować w kategoriach spisku garstki osób, gdyż w Polsce formuje się szeroki ruch społeczny, który prowadzi do fundamentalnej ewolucji postaw obywatelskich - także wśród osób stojących z dala od środowisk opozycyjnych. Nie mam cienia złudzeń, by ten memoriał przyczynił się w najmniejszym stopniu do zmiany filozofii rządzenia w dekadzie gierkowskiej. Wiem tyle, że jak się chce, własną podłość zawsze można jakoś racjonalizować.

Bo przecież popełniłem w tym czasie mnóstwo podłości. Pisywałem charakterystyki moich przyjaciół, relacjonowałem przebieg różnych zebrań, ujawniłem kilka pseudonimów, pod jakimi różni ludzie pisywali do prasy drugoobiegowej.

Pewnych rzeczy nie robiłem programowo. Od samego początku zadeklarowałem w SKS, że nie będę się zajmował poligrafią ani pieniędzmi, nie chcę mieć z tymi sprawami żadnego kontaktu. Czy w grę wchodziły resztki przyzwoitości, czy troska o własną skórę? Środowisko drukarzy z reguły było hermetyczne - tam nie prowadzono dyskusji ideowych, lecz zwracano uwagę na zbędne gadulstwo. Z reguły po każdej wpadce analizowano, jak bezpieka mogła trafić do drukarni.

Jedno mogę zaręczyć - nigdy nie wsypałem żadnego powielacza, żadnego składu papieru czy książek, żadnych pieniędzy. Po stanie wojennym moje donosy nigdy nie przyczyniły się do aresztowania jakiegoś działacza.

W swoim czasie bezpiek zakomunikował mi: "Przyjdzie do ciebie nasz człowiek, student (nazwijmy go Mariusz). Wprowadź go do was". Odparłem: "SKS jest środowiskiem luźnym i otwartym, wielu ludzi przyszło do nas "z ulicy", zawsze mogę przedstawić kogoś, kto mówi, że chce coś robić. Ale opiekował się nim nie będę, bo to po prostu niemożliwe".

Mariusz od pierwszych dni zachowywał się co najmniej dwuznacznie. Doszło do tego, że sam po paru tygodniach zacząłem ostrzegać różnych kolegów z SKS, że ten człowiek jest chyba konfidentem. Zresztą dostrzegałem to nie tylko ja - ale nikt jakoś nie umiał powiedzieć Mariuszowi, żeby sobie poszedł. Rozstano się z nim dopiero, gdy wsypał drukarnię. Później obsmarował nas wszystkich w cenzurowanym piśmie studenckim.

Muszę tu jeszcze powiedzieć o rzeczy parszywej. Otóż brałem od bezpieki pieniądze. I przyznam się, że nie miałem z tego powodu większych wyrzutów sumienia. Niestety. Po studiach przez ponad dwa lata pozostawałem bez pracy. Nie dlatego, bym nie chciał pracować - dla ludzi z opozycji pracy nie było. Żyłem ze wsparcia żony, trochę z pożyczek. Naprawdę nie chcę się nad sobą użalać, ale czasami brakowało mi na jedzenie. Bezpieka wzywała mnie i żądała: "Jedź do Warszawy, dowiedz się, co tam planuje Michnik, jakie instrukcje ma Kuroń...". Odpowiadałem: "Nie mam forsy, nie stać mnie na takie podróże". Płacili mi. Mój stosunek do tych pieniędzy był na ogół taki jak robotnika w państwowej fabryce do mienia "uspołecznionego" - państwo mnie okrada, ja okradam państwo. Dziś piszę o tym z największym wstydem.

Podobnie kiedyś zażądałem: "Jeśli chcecie, bym wam pisał analizy różnych programów, to nie możecie mi zabierać z domu drugoobiegowych książek i czasopism. Ja po prostu muszę to mieć i czytać, jeśli mam o tym pisać. Jeśli przychodzicie na rewizję (w samym tylko 1979 r. miałem ich kilkanaście), to robimy układ - co na stole, to wasze, ale w książkach nie będziecie mi kopać". Trzeba przyznać, że bezpieka na ogół przestrzegała tego układu.

Wszystko to nie tłumaczy najprostszych pytań: Jak mogłeś zdradzać? Jak mogłeś poprzestawać z ludźmi z SB po śmierci Staszka Pyjasa, który był twoim bliskim przyjacielem?

Nie potrafię na to do końca odpowiedzieć - dziś, na chłodno, nie umiem do końca zrozumieć własnych motywacji. Bałem się, bardzo się bałem, przez wiele lat żyłem pod ciśnieniem strachu, z którym nie umiałem sobie poradzić. Ale to nie wyczerpuje sprawy. Znalazłem pewną racjonalizację i trzymałem się jej jak w pijanym widzie. Pozwalała mi ona tłumaczyć sobie, że choć czynię zło - to jednak nie sieję spustoszeń.

Opozycja z lat 1977-80 różniła się zasadniczo od tej, która ukształtowała się po 13 grudnia. W latach 70. zasadą działania była jawność. Brało się to z dwóch powodów. Po pierwsze, po zwolnieniu z więzień uczestników robotniczego protestu z 1976 r. władza nie wszczynała procesów politycznych (czasem urządzała prowokacje, by zmontować proces kryminalny; przypadkiem nie zdarzyło się to w Krakowie). Można więc było ryzykować więcej. Po drugie, w drugiej połowie lat 70. dość powszechne było poczucie, że władza jest wszechmocna, a każdy sprzeciw - z góry skazany na niepowodzenie. Rolą opozycji było budzenie sumień, pokazywanie - proszę, można się zbuntować, można otwarcie mówić, co się myśli - i chodzić na wolności. Nie za darmo - ale jednak...

To narzucało opozycji pewien zespół zachowań. Owszem, trzeba było ściśle chronić drukarnie czy duże składy bibuły - ale w tym miejscu kończyła się tajność. Ulotki rozdawano na ulicach, zebrania i wykłady TKN prowadzono w mieszkaniach prywatnych, o których bezpieka nie mogła nie wiedzieć, bezdebitowe książki sprzedawano jawnie w murach uczelni, autorzy pism niecenzurowanych podpisywali swe artykuły, a redaktorzy podawali adresy domowe, na dyskusje w klubach studenckich przychodzili działacze SKS, by - przedstawiwszy się z imienia i nazwiska - otwarcie krytykować politykę władz.

W tej sytuacji informacje przekazywane bezpiece zaczynały mieć dla mnie inną wagę. Na zebraniu SKS postanowiono o jakiejś akcji w murach uczelni? Przecież bezpieka najprawdopodobniej już o tym wie, i to bez agentów - w wielu mieszkaniach zainstalowano podsłuchy. A szczegóły techniczne akcji osoby zaangażowane omawiały w małych zespołach - ty przyniesiesz ulotki, ja cię zastąpię po dwóch godzinach. Takiej partyzantki - przy braku sankcji prokuratorskich - nie był w stanie rozbić żaden agent, nawet najgorliwszy.

W tej sytuacji pojawiała się pokusa gry. Owszem, zdradzam kolegów, ale informuję bezpiekę o sprawach, o których najprawdopodobniej i tak wiedzą albo nie będą w stanie nic zrobić, by zapobiec akcji. Trzeba tylko odpowiednio miarkować informacje.

Parę razy udał mi się taki poker. Przed wyborami do Sejmu w 1980 r. do Krakowa dotarło z Warszawy 15 tys. ulotek wzywających do bojkotu wyborów. Wtedy wpadłem na pomysł - ulokuję to wszystko w Bibliotece Jagiellońskiej (gdzie dostałem pracę w połowie 1979 r., by po roku zostać wyrzuconym). Nikt tego nie znajdzie pośród miliona woluminów. W godzinach pracy wpada do mnie jakiś student, który ma pomysł, jak rozdać czy rozrzucić trochę ulotek. Bierze, ile chce. Nikt nie jest w stanie namierzyć go w budynku publicznym każdego dnia odwiedzanym przez tysiące osób. Powiedzmy, że w danym dniu ulotki odebrały trzy ekipy. Przed godz. 15 dostaję telefon, że jedną z ekip zatrzymano na Rynku w trakcie rozdawania. Dzwonię do Warszawy, informuję Kuronia o zatrzymaniu studentów.

O 15 wychodzę z pracy. Bezpieka już na mnie czeka.

— Komu dałeś ulotki? 
— Temu i temu (wymieniam ludzi, których zatrzymano). 
— Tylko? 
— Tak. 
— A kto rozrzucił ulotki z gmachu na Prądniku? 
— Nie wiem. 
— Przecież brali od ciebie. 
— Nie. Musieli mieć jakieś boczne dojście. Panowie się mylą, jeśli myślą, że jestem wszechwiedzący. 
— Dlaczego nie zadzwoniłeś, że twoi koledzy idą rozdawać na Rynek? 
— Jak? Z pracy? Przecież w moim pokoju pracuje parę osób, a moją szefową jest matka dziewczyny zaangażowanej w opozycję. 
— Przynieś nam te ulotki. 
— Trochę mogę przynieść, ale resztę muszę zostawić, bo co powiem kolegom? 
— Ile tego jeszcze zostało? 
— Kilkaset sztuk (w rzeczywistości - parę tysięcy). Mogę przynieść ze sto.

Rekonstruuję tę rozmowę z pamięci. Wielu szczegółów już nie pamiętam, w sumie jednak - jakoś tak próbowałem funkcjonować. Powtarzam raz jeszcze - nie szukam usprawiedliwień. Staram się wyjaśnić. Na pytanie: Jak radziłeś sobie z sumieniem? - często wówczas odpowiadałem: To jest gra.

Dziś wiem, że była to bardzo parszywa gra.

W końcu sierpnia 1980 r. zacząłem zbierać i przekazywać do kolegów z opozycji w Warszawie informacje o strajkach krakowskich. Wtedy znów straciłem kontakt z bezpieką, przestałem nawet nocować w domu. Zatrzymano mnie po wyjściu z pracy 29 sierpnia. Jadąc do komendy MO, widziałem, jak tramwaje i autobusy zjeżdżają do oflagowanej zajezdni. Pomyślałem: "Cholera, już nie zdążę zadzwonić do Warszawy".

Zaczęła się rewolucja "Solidarności". Z początku trochę pomagałem w pracach nad organizacją związku, lecz kiedy po paru tygodniach ukształtowały się jego struktury w Krakowie, pomyślałem: "Nic tu po tobie, z taką przeszłością".

Urwały się też moje kontakty z bezpieką.

Na początku 1981 r. ściągnął mnie do Komisji Regionalnej Robert Kaczmarek, ówczesny członek prezydium i szef sekcji informacji. Tłumaczył: "Z twoją wiedzą marnujesz się w Bibliotece Jagiellońskiej (gdzie we wrześniu 1980 r. przywrócono mnie do pracy). Możesz redagować biuletyn, robić serwisy...". Podjąłem więc pracę w gazetce związkowej, a bezpieka na razie dawała mi spokój. Już myślałem, że to koniec.

Zdjęli mnie - samochodem na ulicy - jesienią 1981 r. Pierwszy raz w życiu rozmawiałem z nimi na luzie. - Panowie - mówiłem - teraz wszystko dzieje się jawnie, nie ma żadnych tajnych informacji. Przeraziłem się jednak, gdy bezpiek zaczął mnie wypytywać: "Co wiesz o broni gromadzonej przez >>Solidarność<<"?

— To jakieś brednie - tłumaczyłem - nie ma żadnej broni.

Bodaj w listopadzie przyjechał do Zarządu Regionu Małopolska działacz z Bielska-Białej, by namawiać władze Małopolski do tworzenia tajnych struktur. Pomysł wydawał się kretyński - w jawnym, demokratycznym związku jawna komisja zakładowa powołuje drugą - tajną. Działacza odesłano z kwitkiem, wietrząc prowokację, a ja poinformowałem o tym SB, bouznałem, że tym panom trzeba dać do zrozumienia, iż "Solidarność" nie da się nabrać na takie bzdury.

Później, już w obozie dla internowanych, usłyszałem, że ów działacz, który przyjechał do Krakowa ze swoimi rewelacjami, miał w stanie wojennym - w nowej roli oficera bezpieki - przesłuchiwać Patrycjusza Kosmowskiego, szefa Regionu Podbeskidzie. Nie wiem jednak, czy nie powtarzam nieprawdziwej plotki.

13 grudnia przyszli mnie internować, ale nie zastali w domu; tego dnia byłem w Warszawie. Udało mi się dotrzeć do Krakowa i przez parę dni ukrywałem się. W końcu spotkałem się z żoną i dowiedziałem, że jest poważnie chora, grozi jej operacja. Spakowałem parę ręczników, ubrań i książek i pojechałem na SB. Powiedziałem: "Chcecie mnie wsadzić - dobrze, nie chcecie - też dobrze, ale ukrywał się nie będę, bo nie zostawię żony samej w takim stanie". Kazali mi podpisać lojalkę. Podpisałem. Zwolnili mnie do domu. Opowiadałem wszystkim, co się stało.

W styczniu 1982 r. zabrali mnie z pracy w Bibliotece Jagiellońskiej. W drodze do komendy wymogłem, by zawieźli mnie do domu - znów spakowałem ubrania i książki, na stole zostawiłem list do żony. Na komendzie usłyszałem: "Nie dotrzymałeś umowy, pisujesz do gazetek".

Trafiłem do obozu internowanych w Jaworzu, potem w Darłówku. W obozie w pewnym momencie pojawił się prowadzący mnie esbek. Odmówiłem, jak niemal wszyscy internowani, udziału w przesłuchaniach. Do rozmowy nie doszło.

Wyszedłem w czerwcu z poręczenia rektora UJ. Byłem już wówczas zdeterminowany, by jakoś tę współpracę zakończyć, choć wciąż nie wiedziałem, jak to zrobić. Cały czas bałem się jednej rzeczy - że bezpieka ujawni napisane wcześniej przeze mnie donosy. I nie był to strach czysto irracjonalny.

W pewnym momencie - mógł to być początek roku 1983 - prowadzący mnie esbek powiedział: - Rozważana jest koncepcja, żebyś wystąpił jako świadek oskarżenia w procesie KOR.

Zacząłem krzyczeć: - To oszustwo, nie tak się umawialiśmy. Obiecywaliście, że nikt nigdy się nie dowie o mojej roli. Jeśli spróbujecie coś takiego zrobić, to w trakcie procesu będziecie mnie musieli przesadzić na ławę oskarżonych.

Esbek tłumaczył: - To tylko wstępny pomysł, ja sam jestem temu przeciwny.

Po tej rozmowie zrozumiałem dwie rzeczy - że donosy pisane moją własną ręką w czasach, gdy nie wsadzano do więzień, teraz mogą wepchnąć moich przyjaciół na wiele lat do kryminału. I że wszystko, co jutro powiem, może zaprowadzić jakiegoś człowieka za kraty.

Postanowiłem zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze - pod żadnym pozorem nie kontaktować się z nikim ukrywającym się, nie rozszyfrowywać jakichkolwiek pseudonimów, puszczać mimo uszu wszelkie informacje o ludziach mających związki z władzami podziemia. Nie wiedzieć albo wiedzieć jak najmniej. Mogę coś pisać do prasy podziemnej, mogę nawet ostentacyjnie pisywać pod własnym nazwiskiem - ale do paryskiego "Kontaktu" redagowanego przez Bronisława Wildsteina. Tam ręce bezpieki nie sięgają. Nie pójdę jednak na żadne konspiracyjne zebranie, by w pewnym momencie nie usłyszeć pytania: Kto jeszcze tam był?

Po drugie - przestałem pisać swe donosy. Brali mnie na rozmowy - owszem, rozmawiałem przy włączonym magnetofonie, ale nie pisałem. I coraz częściej kłamałem. Mówiłem: "Nie wiem, nie znam, to są inne czasy, artykułu nie wręcza się redaktorowi, lecz zostawia na portierni w jakiejś instytucji, nie wiem, kto to odbiera...".

W zeszłym roku opowiedziałem o wszystkim prokuratorowi, który prowadził śledztwo w sprawie Stanisława Pyjasa. Odwzajemnił mi się informacją, że w 1985 r. SB skreśliła mnie z listy agentów. Dlaczego tak się stało? Nie wiem. Najpewniej uznali, że przestałem być użyteczny.

W każdym razie w 1985 r. prowadzący mnie bezpiek nie wspomniał słowem o końcu współpracy. Ale owszem, spotkania stały się coraz rzadsze i były to już najczęściej rozmowy o niczym.

W 1988 r. zacząłem redagować biuletyn Komisji Robotniczej "Solidarności" w Hucie im. Lenina (dziś Sendzimira). Bezpieka znów wezwała mnie na rozmowę. Teraz jednak czułem się jak w roku 1981: "Panowie, tu wszystko jest jawne, nawet finanse związku". Pokazałem im swój artykuł, który wysłałem do "Res Publiki", a który dość szczegółowo opisywał działalność Komisji - jawnego przedstawicielstwa nielegalnego związku.

— Możesz pisać ten swój biuletyn, my w hucie nic nie będziemy robić - usłyszałem w odpowiedzi. Nie bardzo rozumiałem, co jest grane.

Jakiś czas później jeden z dyrektorów huty powiedział w największym zaufaniu członkowi Komisji Robotniczej, że władza postanowiła potraktować "Solidarność" w kombinacie jako eksperyment. Na krótko przed Okrągłym Stołem pojawił się taki osobliwy pomysł - w pewnym momencie zgłaszał go publicznie przewodniczący OPZZ Alfred Miodowicz - by na próbę zezwolić na utworzenie "Solidarności" w dziesięciu wybranych zakładach pracy. Historia jednak przyspieszała, "rewolucyjny" eksperyment nie zdążył na swój czas.

Po raz ostatni bezpiek wezwał mnie na rozmowę na krótko przed ukonstytuowaniem się rządu Mazowieckiego. Z początku zacząłem się śmiać, ale pomyślałem: "Pójdę, zobaczę, czego on dziś może jeszcze chcieć". Od początku traktowałem to spotkanie jako żart - i takie też było.

Esbek ze śmiertelną powagą wyłożył mi swój plan - napiszę dwa artykuły do "Tygodnika Powszechnego" o sytuacji w ZSRR, a później zostanę wysłany do tego kraju jako korespondent. W rzeczywistości - jako szpieg.

Gdybym się bardzo starał, nie wymyśliłbym większej bzdury.

Ta historia kończy się farsą, ale w istocie jest obrzydliwa. Od dnia, kiedy mnie złamano, minęło ćwierć wieku. Od dnia, kiedy moja współpraca dobiegła końca, minęło 12, może 16 lat. Ale ten grzech będę niósł do końca życia - i zawsze będę przyznawał rację tym, którzy odmówią podania mi ręki, choćbym stokrotnie prosił o przebaczenie.

Bardzo słaba jest moja wiara, ale Bóg jeden wie, jak ciężko idzie mi pisanie tego tekstu. Nie znoszę patosu, nie potrafię powiedzieć, jak bardzo żałuję tego, co zrobiłem. Jak bardzo chciałbym zadośćuczynić krzywdom, które wyrządziłem - gdyby tylko było to możliwe. Jak bardzo mi wstyd.

Wstydzę się także, że nie potrafiłem opisać tej historii ani opowiedzieć o niej żadnemu z moich przyjaciół po 1989 r. Raz jeszcze okazałem się tchórzem. Próbowałem jakoś wypierać ową sprawę z pamięci, jak ludzie, którzy budują wewnętrzny mur, by bronić się przed traumatycznym wspomnieniem. Ale tamten koszmar wciąż wracał. Nie potrafię o tym pisać.

Przed rokiem po raz pierwszy opowiedziałem tę historię - prokuratorowi prowadzącemu sprawę Pyjasa. Jako drugi usłyszał o niej jeden z sygnatariuszy listu działaczy SKS. Dziś oddaję ją do druku.

Wiedziałem jedno - człowiekowi z taką biografią jak moja w wolnej Polsce nie wolno zajmować żadnych stanowisk publicznych ani czynnie angażować się w politykę. Nigdy nie kandydowałem do żadnych władz, nie korzystałem z grosza publicznego.

Raz jeden przyjąłem funkcję. Długo wzbraniałem się, gdy zaproponowano mi stanowisko zastępcy redaktora naczelnego "Gazety Krakowskiej". Przekonało mnie dwóch ludzi, których autorytet bardzo wysoko sobie cenię, a którzy podnieśli raban: "Przez takich jak ty ta gazeta zostanie w ręku komuny".

Myślę, że udało mi się w "Krakowskiej" zrobić parę dobrych rzeczy i zostawić po sobie dobre wspomnienie - choć nie sądzę, by wiązało się to w szczególny sposób z moją funkcją. W każdym razie nominację przyjąłem po raz pierwszy - i ostatni.

Inną sprawą jest natomiast odpowiedzialność za teksty, jakie pisałem i drukowałem oficjalnie - poczynając od artykułów z prasy drugoobiegowej, kończąc na tych z "Gazety Wyborczej". W tej mierze ponoszę odpowiedzialność za każde słowo, które stało się przedmiotem dyskursu publicznego. Ani jednego zdania nie napisałem wbrew sobie, wbrew własnym przekonaniom, pod dyktando. I żadnego z publicznie ogłoszonych zdań nie muszę się dziś wypierać.

W jednej sprawie starałem się programowo nie zabierać głosu. Nie byłem zwolennikiem lustracji i mówiłem o tym w wielu rozmowach - uważałem jednak, że nie mnie wyrokować na łamach gazet, czy lustracja jest potrzebna. Raz jeden pozwoliłem sobie na polemikę w sprawie dekomunizacji. Nadal uważam, że w demokratycznym państwie obywatela można pozbawić części praw publicznych jedynie prawomocnym wyrokiem sądu - i że twierdzenie to pozostaje prawdziwe niezależnie od biografii osoby, która je wygłasza. Nigdy nie broniłem totalitarnego systemu PRL ani tym bardziej zbrodni tego ustroju - także wówczas, gdy starałem się rozważać, czy po 13 grudnia rządzący znaleźli się w sytuacji przymusowej, zagrożeni interwencją sowiecką. Moja wcześniejsza współpraca z SB mogła jedynie pogłębiać mą niechęć do minionej formacji i podziw dla tych, którzy wtedy odważyli się stawić jej czoła.

Mam tylko jedno życzenie. Chciałbym, by moje akta osobowe gromadzone przez SB były pierwszymi - i ostatnimi, które zostaną publicznie otwarte. Policja polityczna w komunistycznym państwie złamała kręgosłupy moralne wielu osób. Szantażem, strachem, prowokacją, biciem. Nie z każdym udało się to zrobić tak łatwo jak ze mną, ale skutki musiały być równie opłakane. Przez ostatnie 12 lat każdy z tych ludzi starał się zapomnieć o przeżytym dramacie. O tym, że czynił zło swoim najbliższym - sam żyjąc w poczuciu, iż padł ofiarą gwałtu. Dziś każda z tych osób czeka na sądny dzień - gdy otwarcie kartoteki rozbije krąg jej znajomych, czasem rodzinę, uczyni z niej banitę. Rozumiem, że aparat administracyjny państwa powinien wiedzieć, jaka jest przeszłość urzędnika na wysokim szczeblu, któremu powierza się informacje szczególnej wagi. Jakie jednak będą korzyści z tych paru pręgierzy hańby, w imię których jesteśmy gotowi dewastować różne więzi społeczne?

Wszystkich, którym wyrządziłem krzywdę - także tych, którzy po przeczytaniu tego tekstu nigdy już nie wyciągną do mnie ręki - gorąco przepraszam. W tej chwili nie jestem w stanie zrobić więcej.