"Polityka" 2002, nr 4

Życie jest jeszcze gorsze

Rozmowa z Robertem Glińskim laureatem Paszportu "Polityki" (rozmawiał Zdzisław Pietrasik)


Co się teraz dzieje z odtwórczynią głównej roli w filmie „Cześć, Tereska” ?

Jest w zakładzie poprawczym i nadal nie może ułożyć sobie życia, czyli przede wszystkim zerwać ze swoim środowiskiem. Jednak wciąż mam nadzieję, że coś dobrego w jej duszy siedzi. Czekam, kiedy Tereska bardziej dojrzeje i zrozumie, że nie można żyć z dnia na dzień, bez celu.

Jak Tereska (pozostańmy przy filmowym imieniu) reagowała widząc film w kinie? Co mówiła, że to jest ona czy nie ona?

Kiedyś powiedziała tak: prawdziwe życie jest jeszcze gorsze, niż to co widać na ekranie. Co cytuję również z myślą o niektórych widzach, zarzucających mi, że w filmie jest za dużo czarnych barw. Podobny zarzut pojawiał się w recenzjach – że nadziei nie ma żadnej, podczas gdy w podobnych obrazach amerykańskich jakiś jasny promyk zawsze się w końcu pojawia. To prawda, że nadziei nie ma żadnej, ale jest to konsekwencją tego, co się dzieje z główną bohaterką: ona ślizga się przez cały czas w dół i nie wykonuje żadnej próby, żeby się zatrzymać. Zjeżdża w przepaść, mimo że wyciągnięta jest do niej ręka ze strony matki, szkoły, a także ze strony Kościoła. Może ta pomoc jest tylko powierzchowna, jednak człowiek niepozbawiony instynktu samozachowawczego chwyciłby się na jej miejscu brzytwy. Ale nie ona. Dlatego finał może być tylko tragiczny. To się wiąże z moim poglądem, nie tak znowu oryginalnym, że jesteśmy odpowiedzialni za nasze wybory, zaś determinacja w dążeniu do celu jest tym, co napędza nasze życie. Młodzi ludzie podobni do Tereski nie mają tej świadomości.

A więc oskarża pan swoją bohaterkę, nie tylko jej współczuje. I ma pan zapewne rację, niemniej Tereski nam żal.

Bo ona jest ciepła, a budzi współczucie z jednego chociażby powodu – jest głęboko samotna. Nie potrafi nawiązać prawdziwego kontaktu ani z rodzicami, ani ze swoją najbliższą koleżanką, która zresztą wystawi ją do wiatru, ani z chłopcami, do których jakby trochę się klei, a jednocześnie ucieka. Jej historia to dramat samotności. Ja też współczuję Teresce, ale jednocześnie chciałem uniknąć w filmie taniego dydaktyzmu i oskarżeń w rodzaju – to szkoła jest winna. Albo jeszcze lepiej – my wszyscy zawiniliśmy. Za wszelką cenę starałem się uciec od takich oczywistości. Przecież Tereska ma jakieś tam przystanie, których jednak nie chce się schronić. Jej dom to może nie jest najszczęśliwsze miejsce na ziemi, ale też nie jest to rodzina patologiczna. Zresztą matka mówi jej, zrób coś ze swoim życiem, żebyś nie żyła tak, jak my. Ale Tereska nie chce nic robić.

Prawdziwa Tereska powiedziała gdzieś potem, że chce być aktorką. Czuje się pan odpowiedzialny za jej rozbudzone marzenia?

Było takie spotkanie z młodzieżą z renomowanych warszawskich liceów i tam padło pytanie do Tereski, kim ty chcesz być? Najpierw nie wiedziała, co ma powiedzieć, a potem wymyśliła, że chciałaby zostać aktorką. To fantastycznie, wtrąciłem się, ale żeby myśleć o aktorstwie, musisz najpierw zrobić maturę. Problem jej jest taki, że ona jest opóźniona w karierze szkolnej i nadal niezbyt się przykłada, żeby zaległości nadrobić.

Pobyt na planie filmowym nie odegrał więc roli terapeutycznej?

Miałem taką nadzieję, zobaczyła przecież ludzi, którzy pracują od rana do nocy, chcą coś osiągnąć, do czegoś zmierzają. W ekipie pracowało parę młodych dziewczyn, zaledwie kilka lat od niej starszych. Mogło się wydawać, że od nich zarazi się entuzjazmem, że coś zrozumie. Tereska pracowała bardzo dobrze w czasie zdjęć, ale po filmie wróciła do swojej starej skóry.

Skąd się nagle wziął wysyp filmów współczesnych, cała czarna seria o życiu w blokowiskach? Kino przejrzało na oczy, czy to tylko przypadek?

Przypadek nieprzypadkowy. Przypadek, bo istnieją przecież inne ciekawe dla kina środowiska. Nieprzypadkowy, bo blokowiska to jest problem rzeczywisty. To betonowe getta, które rządzą się swoimi prawami. Przez pewien czas mieszkałem w takim otoczeniu i zawsze myślałem, że to jest potworna sceneria, która bardzo dziwnie wpływa na ludzi. Tworzy się tam coś w rodzaju mikroklimatu, te drgające ściany z rurami, robale w śmietnikach, nieustanny hałas, to wszystko w jakiś sposób wpływa na osobowość i psychikę człowieka, powoduje nerwowość. Oczywiście, nie można demonizować, bo przecież w blokach żyją też profesorowie, ale nie jest przypadkiem, iż właśnie w tych skupiskach pojawiają się coraz liczniejsze grupy młodych ludzi wegetujących bez celu, wyłączonych, jak mówi socjologia. I to zjawisko parę osób dostrzegło, między innymi ja.

Miał pan kłopoty ze znalezieniem producenta. Nie chcieli sfinansować smutnego filmu o współczesności?

Niewielu jest producentów, którzy lubiliby takie filmy. Przeważa bowiem pogląd, że ludzie nie chcą oglądać takich obrazów, a frekwencja jest przecież najważniejsza. Tymczasem, jak się okazało, „Tereska” sprzedaje się przyzwoicie, nadal pokazywana jest w wybranych kinach, na ogół ma komplety widzów. Jest bardzo duże zainteresowanie za granicą, film został już sprzedany do paru krajów, nie tylko europejskich. A kolejne oferty napływają.

Jak „Tereska” odbierana jest za granicą?

Mogę powiedzieć, jak było we Francji, gdzie film bardzo podobał się krytykom, a publiczność przychodziła tłumnie. Zdarzało się, że brakowało biletów. Słyszałem opinie, że gdyby obraz trafił do normalnej dystrybucji, to miałby dużą frekwencję, ponieważ opowiada o problemach, które oni dobrze znają. We Francji też są podobne osiedla upiornych bloków, w których żyją tysiące młodych ludzi. Blokowisko jest wszędzie, choć w różnej skali.

To dobrze, iż nasze kino odzyskuje z wolna wrażliwość społeczną, bo ostatnio miałem wrażenie, że to inni robią nasze filmy, na przykład Anglicy. Przecież „Goło czy wesoło” albo „Billy Elliot” to są nasze tematy.

Kiedy oglądałem „Elliota”, to widziałem nasz były pegeer gdzieś na Mazurach albo na Pomorzu. Tam mogłaby się zdarzyć podobna historia. I one na pewno tam się zdarzają. Niestety, kamera filmowa niezbyt często zagląda w te rejony. Może dlatego, że u nas przeważa wciąż tradycja romantyczno-narodowa w opozycji do tematu plebejskiego. Chociaż ostatnio zwycięża tradycja hamburgera i Myszki Miki.

Gdzie jest jeszcze temat współczesny?

Bardzo dużo tematów leży na Śląsku – kiedyś był to region pokazowy, z własnym etosem pracy, rodziny, więzów sąsiedzkich itp. Teraz to wszystko się rozsypało, rodzą się konflikty, próby ucieczki. Polska prowincja jest bardzo interesująca dla kina, jest w niej coś tragicznego – ta niemożność wyrwania się z zaklętego kręgu niemożności. Jeżdżę z „Tereską” po Polsce, więc widzę te sytuacje z bliska, młodzi uciekają, starzy muszą zostać, biznes upada, nic się nie dzieje... Co ciekawe, te problemy prowincji wciskają się dziś do dużych miast – jak wygląda stolica polskiego filmu, Łódź? Przemysł upadł, także filmowy, pozostały setki tysięcy ludzi bez pracy. Jest niezwykła ulica Piotrkowska, kawałek Europy na polskiej prowincji. Słowem świat się bardzo wokół nas zmienił i warto te zmiany zanotować w filmie.

Czy to, co dzieje się w polityce, nie jest dobrym tematem?

Polityka powoduje wzrost adrenaliny, dlatego staram się pozostawiać ją na uboczu. Polityka to zresztą sprawa chwilowa, odchodzą premierzy, pojawiają się nowi ministrowie, zmieniają się problemy. To, o czym mówiliśmy, to znaczy sprawy społeczne, jest ciekawsze, bo w tej sferze zmiany następują wolniej.

Czy jednak zmieniające się układy polityczne mają bezpośredni wpływ na was, filmowców?

Niestety, nasza relacja ze światem polityków jest dosyć powierzchowna. Oni wcale nie interesują się kulturą, tylko od czasu do czasu składają deklaracje bez pokrycia.

Być w Polsce reżyserem – jaka to jest obecnie pozycja?

To już od dawna nie jest prestiżowe zajęcie. Teraz redaktor z telewizji cieszy się uznaniem społecznym takim jak kiedyś filmowiec. Do mnie często ludzie niezwiązani z kinematografią mówią „panie redaktorze”. Nie znają słowa reżyser. Może dobrze? Bo reżyser to jest sfrustrowany facet, który chce coś zrobić i najczęściej nie może. Cierpi na wrzody żołądka, chodzi po prośbie i kombinuje, jakby tu nakręcić film bez pieniędzy. Czasami, jak mu się uda, to film zrobi, coraz częściej jednak się nie udaje.

Przeczytałem, że Machulski kręci komedię o filmowcach. Co jest w tym środowisku śmiesznego?

Może nasza naiwność? Sądzę jednak, że to będzie tragikomedia, z przewagą elementów pogrzebowych.

Wracając do niezrealizowanych zamierzeń. Był taki moment, kiedy mówiło się, że lada dzień zaczyna pan zdjęcia do filmu o Katyniu. Co się właściwie stało, że „Las” nie powstał?

Żeby wyrósł las, potrzebne są nie tylko ogrodnik i nasiona. Trzeba odpowiedniej gleby i klimatu. Wydawało się, że je znalazłem. Niestety, było to przeświadczenie wynikające z mojej naiwności. „Las” nie powstał. Jednak mam wciąż nadzieję, że kiedyś film o Katyniu zrobię.

Nakręcił pan film o Watowej, o śmierci Stalina, chce pan zrobić film o Katyniu. Jakie jeszcze wydarzenia z najnowszej historii pana interesują?

Bardzo dużo jest takich momentów. Na przykład czeka na swój film stan wojenny. Było parę prób zmierzenia się z tym tematem, podejmowanych w końcu lat 80., ale teraz można by spojrzeć już z dalszej perspektywy, z większym dystansem. Najlepszy film o stanie wojennym zrobiłby... Andrzej Munk.

Tak samo pomyślałem. Ale Munka od bardzo dawna nie ma.

Niestety. A konwencja munkowska pasowałaby chyba najlepiej: przedstawić złożoność sytuacji, wyśmiać pewne postawy i wydarzenia, ale jednocześnie pokazać prawdę.

Istnieją w ogóle jakieś gotowe scenariusze o stanie wojennym?

Wiem, że parę osób coś pisze, coś próbuje, ale nic gotowego, zamkniętego nie ma.

No dobrze, a Jedwabne – czy taki film mógłby już powstać, czy jeszcze za wcześnie?

Cały splot polsko-żydowski jest wspaniałym tematem literackim i filmowym, ale rzeczywiście bardzo trudnym. Pewnie dlatego nie powstał dotychczas film o pogromie kieleckim. O Marcu 1968 r. było wprawdzie kilka filmów, ale dzisiaj powinny powstać następne, bazujące na nowszej wiedzy o tamtych wydarzeniach. Zawsze jednak musi istnieć bohater, który niesie jakąś tragedię, przechodzi przez konflikty, zmienia się. Same problemy, idee, wydarzenia historyczne – to nie są jeszcze tematy na filmy, o czym nasze kino wielekroć zapominało.

Teraz jest moda na adaptacje literatury. Ma pan swoje książki do sfilmowania?

Mam całą półkę takich książek. Na wierzchu leży na przykład „Szosza” Singera. To historia inicjacji intelektualnej, społecznej i fizycznej młodego człowieka w przedwojennej Warszawie. Jestem fanem tej przedwojennej Warszawy, którą dobrze znam nie tylko z literatury – moja rodzina jest stąd, mój dziadek miał fabrykę na Szmulkach. Wydaje mi się, że dobrze czuję zapachy nieistniejącego miasta. Tamten świat właściwie w kinie nie zaistniał, poza obrazami rewii i teatrzyków. A przecież kwitło tu także normalne życie, które zniknęło.

Może spróbuje pan odzyskać fabrykę i zdobyć w ten sposób pieniądze na następne projekty filmowe?

Nie ma jej, skończyła żywot na początku lat 50. Teraz tam stoją bloki. Takie, jak pokazałem w „Teresce”.