"Film" 1996, nr 5

Zdjęcie i amator: o niewystarczalności sztuki

Tadeusz Sobolewski


Kiedyś do programu tv o Kieślowskim trzeba było wybrać dwie sceny z jego dawniejszych filmów: dokumentalną i fabularną. Wybrałem te, które zawsze mnie najbardziej poruszały. A poruszały dlatego, że w nich zawierał się, jak sądzę, program artystyczny Kieślowskiego.

Pierwsza, bardzo znana, pochodzi z "Amatora". To scena oglądania dokumentu Filipa o robotniku-lilipucie, wspólnie z bohaterem. Koledzy Filipa traktują pokaz jako wydarzenie nieomal polityczne. Dyrektor boi się tego filmu, nie wie, co on znaczy. A Filip patrzy tylko, jak reaguje jego bohater. W trakcie filmu liliput odchodzi od telewizora. Filip idzie za nim. Ale mały robotnik nie jest urażony prawdą o sobie, jest tylko wzruszony: zobaczył z zewnątrz swoje małe życie. Dobrze to zrobiłeś, Filipie.

Kieślowski lubił używać słowa: humanista. To słowo było w Peerelu nadużywane, ale u Kieślowskiego pojęcie "humanizmu" nabierało znaczenia. To właśnie on był prawdziwym humanistą, to znaczy cenił człowieka ponad wszelkie idee. I jeśli się mówi, że szukał Boga, to znajdował go w człowieku i przedstawiał jako człowieka.

Druga scena pochodzi z debiutanckiego dokumentu telewizyjnego "Zdjęcie" (1969). Jest to film o poszukiwaniu postaci z fotografii, zrobionej w dniu wyzwolenia Warszawy.

Upartym poszukiwaczem, idącym od człowieka do człowieka, wdzierającym się z kamerą do mieszkań i urzędów, jest sam Kieślowski ("Nigdy potem nie umiałbym sobie na coś takiego pozwolić").

W kulminacyjnej scenie reżyser z całą ekipą instaluje się w mieszkaniu bohatera z fotografii, który lada chwila ma wrócić z pracy. Kieślowski od progu zaskakuje go, pokazując zdjęcie sprzed 25 lat, na którym widać roześmianego chłopca, trzymającego pepeszę. Bohater (z zawodu kierowca) bierze do ręki fotografię. A wy skąd to macie? - A mamy! Tymczasem jemu załamuje się głos, bo jak się okazuje, dzień końca wojny był dniem śmierci jego matki, o czym jeszcze nie wiedział, kiedy go fotografowano. Niech pan siada - mówi Kieślowski. - Może kawy? - Przecież ja jestem u siebie! - mówi machinalnie człowiek z fotografii. Siada przy stole, bierze do ręki zdjęcie, wzdycha. Jak wiele mówi ta scena o sile kina, sile fotografii i o nieprzekraczalnych barierach w dotarciu do drugiego człowieka. O niewystarczalności sztuki.