"Film" 1968, nr 7

Wygnanie z Arkadii

Konrad Eberhardt

Wchodzi na nasze ekrany jeden z najoryginalniejszych filmów, jakie powstały w kinematografii współczesnej ostatnich lat: "Żywot Mateusza" Witolda Leszczyńskiego.


Został zrealizowany przez debiutującego reżysera polskiego, w oparciu o powieść norweskiego pisarza, Tarjei Vesaasa. Dzieje się dziś (widzimy w nim samochód i odrzutowiec), ale mógłby się dziać zawsze. Był realizowany w Polsce, ale pejzaże, które w nim widzimy, mogłyby być i skandynawskie. Grają w nim polscy aktorzy znani ze sceny (Anna Milewska) i z ekranu, i to z ról charakterystycznych (Franciszek Pieczka), ale pada także kilka zdań w obcym języku. Mówi o ludziach żyjących w odosobnieniu, w oderwaniu od cywilizacji, dla których pojęcie "rytmu epoki" nie znaczy nic. Najłatwiej byłoby zatem dołączyć ten film do długiej serii ponadczasowych dramatów wiejskich (i to w dużej mierze właśnie skandynawskich!), w których prezentuje się ludzi zespolonych z przyrodą, z ziemią, podlegających na równi z florą i fauną pulsowaniu natury, przepływaniu pór roku. A zatem określić go jako zjawisko unikalne, anachroniczne, nie pozostające w żadnym związku z naszymi doświadczeniami.

Jak to się zatem dzieje, że ta historia - tak zdawałoby się wyjątkowa i odległa - wzrusza, przejmuje, nie pozwala o sobie zapomnieć? Dlaczego ta przyroda mazursko-skandynawska, którą kamera Leszczyńskiego i Kostenki nie tyle nawet obserwuje, ile - to słowo wydaje się właściwsze: kontempluje, nie ma w sobie nic malowniczego ani rodzajowego, nic z owych "opisów przyrody", będących zmorą naszych lektur obowiązkowych? Jest czymś innym. Ale czym? Nie podobna w kilku słowach odpowiedzieć na to pytanie. Byłoby nieprawdą stwierdzenie, że film współczesny, tak wydawałoby się rygorystycznie "miejski", analizujący z uporem cywilizacyjne uwarunkowania człowieka, jest obojętny wobec natury, przyrody, czy - ogólniej rzecz biorąc - jego biologicznego, choć odsuniętego na daleki plan, kontekstu. U tych autorów filmowych, których szczególnie przejmuje zagubienie ich bohaterów, utrata busoli wewnętrznej, rozbicie "psychiki" i "charakteru" na izolowane impulsy - świat natury pojawia się na zasadzie przypomnienia utraconej Arkadii. Spełnia on rolę czegoś w rodzaju punktu odniesienia na skali porównawczej, pozwala uzmysłowić kontrast: z jednej strony świat poddany niewzruszonym prawidłom, z drugiej chaos i dezorientacja.

Plączą się w filmie współczesnym - u Konwickiego, Felliniego, Bergmana - jakby odległe echa idei Jean-Jacquesa Rousseau, który uzależniał osiągnięcie wewnętrznej równowagi i szczęścia od bliskiego współżycia z przyrodą. Ale nie tylko o te echa chodzi. Tradycja europejska zna niezliczone modele szczęścia uwarunkowanego odejściem od ludzkiego świata, poszukiwaniem sojuszników pośród zwierząt i roślin; to tradycja franciszkańska, znajdująca swój najpełniejszy wyraz w apokryfie "Kwiatki św. Franciszka", to niezliczone rzesze szczęśliwych pustelników i odludków żyjących z ptakami za pan brat, francuskich "bienheureux", rosyjskich "jurodiwych", rozmaitych natchnionych głuptaków wnikających w sekrety natury, niedostępne dla ludzi należących wyłącznie do ludzkiego świata.

Otóż Mateusz-Matis z filmu Leszczyńskiego należy do tej właśnie tradycji, ale nie bez powodu pojawia się właśnie dziś na ekranie; jego losy w jakiś sposób korespondują z arkadyjskim mitem dającym o sobie znać tu i ówdzie w kinematografii współczesnej. Matis jest właśnie natchnionym głuptakiem, który stroni od ludzi, czuje się najlepiej w leśnym gąszczu, nad wodą; jego przyjacielem jest "wielki ptak", cała otaczająca go przyroda jest dla niego otwartą księgą, w której wyczytuje przepowiednie. Niczym poganin doznaje uczucia lęku na widok błyskawic, a ulgi - gdy wyłania się znowu słońce; las i woda to jego sprzymierzeńcy. Żyje ich życiem, ich rytmem, wśród nich. Ale czy jest szczęśliwy?

Nie, ponieważ Matis zdaje sobie sprawę, że wprawdzie "przyroda", "natura" jest dlań życzliwa, to jednak istnieją granice tej życzliwości. Lub może inaczej: Matis jest przez "naturę" tolerowany, ale jednak jest mu niezbędnie potrzebny ludzki sojusznik w postaci siostry. Bez niej zginąłby. Jego sytuacja przypomina trochę sytuację Piotrusia Pana, który przestał być ludzkim dzieckiem, ale nie stał się ptakiem. Tak samo Matis; nie znajduje już dla siebie miejsca w społeczeństwie, jednakże czuje, że nie może całkiem zerwać więzów z ludzką rodziną. Domyśla się, że jego przeznaczeniem jest połowiczność, plątanie się na pograniczu dwóch światów, rola wygnańca i przybłędy zarazem.

Nie jest więc szczęśliwy, gdyż otaczająca go przyroda raz po raz ostrzega go o zbliżającym się nieszczęściu: "wielki ptak" zostaje zestrzelony, piorun ścina drzewo noszące jego imię, napastują go złe sny i przywidzenia. Ten prąd niepokoju, zrazu ledwo wyczuwalny, potężnieje, wychodzi niejako na spotkanie nieuniknionej katastrofy: mężczyzna, przybywający do chaty na odludziu, instaluje się w niej na stałe w charakterze partnera siostry; Matis staje się zbędny. Uzbrojony w amulet: pióro "wielkiego ptaka" - wypływa na jezioro. Topi wiosła, przebija dno łódki. Czy liczy na to, że woda, jego przyjaciółka, i tak utrzyma go na powierzchni? Czy jesteśmy tutaj świadkami jakiejś osobliwej próby? A jeśli tak, to niestety nie wydarza się żaden z franciszkańskich cudów i siostra-woda pochłania Matisa jak każdego topielca. Wyimaginowana Arkadia nie przyjmuje wygnańca z ludzkiego świata.

Ta przedziwna historia została zrelacjonowana na ekranie urzekająco czystym, klarownym językiem filmowym, ale trzeba tu od razu mocno podkreślić, że ta czystość nie ma absolutnie nic wspólnego z estetyzmem, z wylizaniem kadrów, z fotograficznym efekciarstwem. Odnosi się wrażenie, że twórcy filmu patrzą na świat oczami Matisa; są nim zafascynowani tak jak on, odnajdują w nim rozmaite znaki i starają się je odczytać tak jak on. Jest w tym filmie coś z misterium, coś z obrzędu wtajemniczania w świat: kiedy kamera pokazuje w zbliżeniu drzewo krwawiące, drzewo strzaskane piorunem, drzewo przecinane piłą - odnosi się wrażenie, że istnieje jak gdyby wspólny krwiobieg i dla ludzi i dla tych drzew, ptaków, roślin; że stanowią oni wszyscy części tego samego organizmu.

Może ktoś zapytać czy ta skrajna prostota, ta kontemplacyjność kamery, jest aby nowoczesna? Niechaj nas jednak ta prostota nie myli i nie traktujmy jej jako ubóstwa; po to, aby reżyser mógł sobie pozwolić na tę właśnie ascezę, film musiał przejść przez wszystkie rewolucje formalne, o których studenci uczą się w szkołach filmowych. I trzeba aktora dużej klasy, aby stworzył tak bezbłędną kreację "ograniczonego" Matisa, jak uczynił to Pieczka.

Czy film Witolda Leszczyńskiego trzeba traktować jako jakieś signum, czy ma z niego wyniknąć jakiś nowy styl, temat, motyw kinematografii polskiej? Czy też jest to fenomen bez następstw? Nie wiem, przyszłość pokaże. Wiem natomiast, że jest to arcydzieło - i jest to świadomość krzepiąca.