„KINO” 2004, nr 6, s. 26

Wolny artysta

Z Krzysztofem Krauze rozmawia Łukasz Maciejewski


— W „Długu” pokazywałeś, że oko­liczności mogą nawet najlep­szych ludzi zmusić do robienia rzeczy najgorszych. W „Nikifo­rze” zwracasz się w stronę zupełnie inne­go świata.

— Po „Długu” miałem poczucie, że powinie­nem znaleźć nową perspektywę spojrzenia, przejść na „słoneczną stronę ulicy”. Krę­cę filmy rzadko, traktuję ten zawód z wiel­ką powagą. Kiedy już wiążę się z jakimś pro­jektem, to cały świat przeżywam poprzez ten film. „Nikifor” rodził się latami. Scena­riusz napisaliśmy z Joanną (Joanna Kos-Krauze - współautorka scenariusza   i dru­gi reżyser filmu) prawie trzy lata temu, stosunkowo szybko udało nam się zebrać fundusze, byliśmy nawet na dokumentacji w Krynicy, ale nagle zrozumiałem, że nie je­stem gotowy. To jeszcze nie był ten czas.

— Powstawały kolejne wersje scenariusza; podobno było ich aż czternaście.

— Najpierw myśleliśmy o filmie nowelowym. Pięć historii miało opowiadać o ludziach, którzy kupili obrazki Nikifora i to zdarze­nie odmieniło ich życie. Akcja toczyła się wstecz, od współczesności do 1945 roku. Po licznych dyskusjach, wahaniach, wróciliśmy jednak do pierwszej wersji scenariusza - hi­storii przyjaźni Nikifora i Mariana Włosińskiego.

— Nikifor spotkał Włosińskiego właściwie u schyłku życia.

— Nikifora odkrywano kilkakrotnie. Naj­pierw, przed wojną - odkryli go kapiści, po   wojnie - małżeństwo Banachów. Chcieli­śmy, żeby nasz film był trzecim „odkryciem” Nikifora - dla kolejnego pokolenia. Akcja obejmuje trzy miesiące w 1960 roku (począ­tek przyjaźni Nikifora i Włosińskiego), dwa dni w 1967 (wielka retrospektywna wysta­wa Nikifora w Zachęcie) i jeden dzień w 1968 roku - śmierć Nikifora.

— Razem z panem Marianem Włosińskim, na planie filmu w Krynicy, przyglądaliśmy się scenie, kiedy Nikifor puka do drzwi jego pracowni w Domu Zdrojowym. Włosiński patrząc na Krystynę Feldman miał łzy w oczach. Powiedział mi, że ogląda swoje życie po raz drugi. - 15 kwietnia 1960 Niki­for wszedł do mojej pracowni i powiedział - tutaj będę malowała - opowiada Włosiński. Wszedł i pozostał już właściwie do koń­ca życia.

— Nikifor bardzo często mówił o sobie w ro­dzaju żeńskim: Będę malowała, Byłam w cerkwi.Marian Włosiński po skończeniu kra­kowskiej ASP z żoną i dwójką dzieci wylądował   w Krynicy, gdzie otrzymał posa­dę plastyka w Dyrekcji Domów Zdrojowych. Nikifor przyszedł do Włosińskiego na chwilę a został siedem lat. Pod koniec życia Nikifora pan Marian nosił go na plecach, mył go, trzymał za rękę, kiedy po zawale robiono mu ostatni zastrzyk. W serce, z adrenaliny. Kiedy okazało się, że Nikifor ma otwartą gruźlicę, zamknęły się przed nim domy wszystkich „dobrych ludzi” w Krynicy, ze strachu przed prątkami palono jego obraz­ki. Włosiński pozostał mu wierny, a pamię­tajmy, że miał dwoje dzieci i żonę; praca pod jednym dachem z gruźlikiem była wówczas obarczona wielkim ryzykiem. To bardzo skomplikowało Włosińskiemu życie osobi­ste. Wyobraź sobie, że bez zgody rodziny ad­optujesz dziecko,   a potem okazuje się, że to dziecko jest chore na zaraźliwą, groźną cho­robę. To była tego rodzaju sytuacja.

— Ojciec opowiadał mi, że w Krynicy tury­ści i kuracjusze żartowali sobie z Nikifora, trochę z niego drwili, a trochę się go bali. Przejmował się tym?

— Nie, szczęśliwie miał mocno przytępiony słuch. Nie wszystko słyszał. Zmartwił się jednak, kiedy ktoś żartem powiedział, że święci na jego obrazkach są mało eleganc­cy. Bardzo się tym przejął, później jego święci mieli białe koszule i krawaty. Robił to dla Boga, nie dla ludzi.

— Źle słyszał, lecz podobno lubił słuchać ra­dia.

— Jeżeli tylko była taka możliwość, słuchał dwóch odbiorników jednocześnie.

— Chciał, by jego święci wyglądali eleganc­ko; a jak sam się ubierał?

— Tak, jak uważał, że przystoi malarzom. Miał też niedzielny garnitur. Do cerkwi, dla Pana Boga. Był bardzo praktyczny, ale ni­gdy nie wziąłby w prezencie parasola, gdy­by akurat w tej chwili nie padało. Brał od ludzi tylko to, co było mu niezbędnie po­trzebne do życia.

— Kiedy rozmawialiśmy ponad rok temu, wspominałeś, że Nikifor bywał też apodyk­tyczny. W jakim sensie?

— Uważał, że pewne drobne wygody po pro­stu mu się należą. Lubił się pośmiać z ko­goś, nawet w sposób dosyć obcesowy. Nie, nie był święty, miał - podobnie zresztą jak pan   Marian - trudny charakter. Mylą się ci, którzy uważają, że kalectwo uszlachetnia, z reguły raczej wyostrza charakter.

— Najlepsze dzieła Nikifora pochodzą z lat 20., 30.

— Te najpiękniejsze obrazy pochodzą z cza­su, gdy mieszkał w stajni. Podczas wojny bardzo podupadł na zdrowiu. Po wojnie w ramach akcji „Wisła” Łemków deporto­wano. Nikifor także został deportowany, ale uciekł. Wrócił do Krynicy, bo nie mógł żyć na wsi, gdzie wyznaczono mu miejsce poby­tu. Na wsi nie było domów, które mógłby malować, nie było klientów. Kiedy w latach 50. pojawiali się pierwsi poważni kupcy je­go obrazów, zaczął się spieszyć. Sam czuł, że nie maluje już tak dobrze, jak dawniej.

 Łemkowie przez wiele lat walczyli o przy­wrócenie tożsamości Nikifora. W Sądzie Rejonowym w Muszynie rok temu wygrali dla niego przywrócenie właściwego nazwi­ska; nie nazywał się Krynicki, tylko, jak ostatecznie ustalono, Epifan Drowniak.

 „Nikifor" to film o duchowości artysty, nie o historii. Oczywiście, wspomnimy o akcji „Wisła”, o deportacji, paleniu łemkowskich wiosek, ale nie będzie to tematem wiodą­cym filmu. Powstało wiele dokumentalnych biografii Nikifora zrealizowanych pod tym kątem, nie musimy tego powtarzać. Nikifo­rowi należy się film o jego sztuce. W war­stwie fabularnej film będzie historią przy­jaźni Nikifora i Mariana Włosińskiego, w warstwie znaczeń pytamy, czym jest ta­lent

— A więc film o Nikiforze, lecz w istocie uni­wersalny?

— Kiedy artysta jest zbyt uzależniony od świata - pragnienia sukcesu, popularności, pieniędzy - traci talent Twórczość musi być bezinteresowna. Jeśli chcemy zbyt wiele w zamian - sztuka karleje. Nikifor został hojnie obdarzony talentem; ten kaleka, z ję­zykiem przyrośniętym do podniebienia, przytępionym słuchem i nikczemną postu­rą, miał wielką wewnętrzną wolność. Nigdy nie miał dylematów czy to, co robi, komuś się podoba, czy nie,

— Wewnętrzną wolność - to paradoks - za­wdzięczał także swemu kalectwu.

— Najwyższy wymiar sztuka zyskuje dopie­ro wtedy, kiedy uwalniamy się od swojego „ja”. Nie wolno myśleć „ja piszę”, „ja rysu­ję”, „ja filmuję”. Z trwogi o to, jak to „ja” wypada w oczach świata, tracimy intuicję, zaczynamy naśladować, przestajemy mówić własnym głosem. Zaprzedajemy się. Niki­for nigdy niczego nie poprawiał, nie znał gumki. Wstawał rano, pluł wodą na palce, mył oczy i szedł na murek malować. Po po­łudniu zjadał bułkę, wracał do domu i za­czynał rysować. W ten sposób funkcjonował całe lata, dekady.

— Czy Włosiński, opiekując się osobą i twór­czością innego malarza, nie robił tego kosz­tem własnej sztuki?

— Nikifor, jak się oblicza, namalował oko­ło 40 tys. obrazów, Włosiński - trzynaście, może piętnaście. Nie sprzedał ani jedne­go, ale nie cierpiał z tego powodu. Jego opieka nad Nikiforem, jakkolwiek pate­tycznie to zabrzmi, stała się jego wkładem w malarstwo. W końcu nie ma malarzy, są tylko obrazy. Wiele wczesnych ikon nie jest podpisanych, powstawały przez wieki, zło­żył się na nie trud wielu bezimiennych ar­tystów.

— Swoistym dziełem Włosińskiego była więc opieka nad Nikiforem...

— W życiu Mariana Włosińskiego poza spo­tkaniem z Nikiforem nie wydarzyło się nic, co by go silniej naznaczyło. W hagiografii prawosławnej świętym staje się także ten, kto przez całe życie, każdego dnia, aż do śmierci podlewa drzewo, które posadził w młodości.

— Czy Nikifor uczył się kiedykolwiek malar­stwa?

— Jeśli można tak powiedzieć - uczył się ma­larstwa w cerkwi, z ikon. Święci na ikonach byli mu bliscy, bo milczący jak on. Dla Ni­kifora „Bitwa pod Grunwaldem” Matejki, pełna bitewnego zgiełku, musiała być okropnym hałasem.

— Niektóre z jego konceptów plastycznych są zadziwiające - na przykład seria zwielo­krotnionych autoportretów.

— I to na długo przed pop-artem! Przed An­dy Warholem, to zadziwiające zestawienie: Warhol   i Nikifor. Obaj byli Łemkami, mie­li podobną nikłą posturę, skrywającą niemal jawną androgyniczność.

— Spotkałeś kiedyś Nikifora?

— Tylko raz - pamiętam, że siedział na mur­ku i malował. Bałem się go. W Krynicy cie­szył się złą sławą. Kobiety na targu opowia­dały, że odbiera krowom mleko, uważano go za pasożyta, którego należałoby zaaresz­tować i wywieźć gdzieś daleko.

— Byt obcy, inny.

— To akurat mu pomogło. Istniał rozpo­wszechniony przesąd, że jeżeli źle się po­traktuje obcego, odmieńca, to sprowadzi na dom nieszczęście.

— W roli Nikifora zobaczymy Krystynę Feld­man. Zaskakująca decyzja obsadowa.

— Ten pomysł przyszedł nam do głowy kilka lat temu, w Krynicy. Zbieg okoliczności - jeżeli zbiegi okoliczności istnieją - sprawił, że w tym samym czasie do Krynicy zawita­ła Krysia. Grała w realizowanych w pobliżu „Bożych skrawkach” Jurka Bogayevicza. Kiedy pan Marian Włosiński zobaczył Kry­się, szepnął: - Oto Nikifor.

— Na planie oglądałem montaż archiwal­nych zdjęć Nikifora i fotosów znakomicie ucharakteryzowanej przez Marię Dziewul­ską Krystyny Feldman. Podobieństwo jest wręcz uderzające.

— To niemal metafizyczne doświadczenie. Krysia przypomina Nikifora nie tylko po­sturą, gestami. Ona nawet uszy ma dokład­nie tej samej wielkości, co Nikifor. To po­dobieństwo fizyczne przekłada się na podobieństwo mentalne. Krysia ma własną, bardzo konsekwentną wizję ludzi i świata, swoją prywatną hierarchię wartości - jest bezkompromisowa i skromna. Wtedy, przed trzema laty w Krynicy, zaprosiła nas do siebie. W pokoju było niemal pusto. Obok łóż­ka na stole leżała książka i jabłko. Wypisz wymaluj Nikifor. Krysia zwierzyła mi się, że w domu, w Poznaniu, nie ma pralki, lodów­ki. Nawet garnków.

— Krystyna Feldman ma 84 lata. Jak znosi trudy produkcji tego niełatwego w końcu filmu?

— Jest w fantastycznej formie. Czy uwie­rzysz, że tylko raz w życiu brała antybiotyk? Koleżanki mówią o niej, że chyba jest pusta w środku. Robiąc przymiarki do Nikiforowych okularów zapytaliśmy Krysię, ile ma­ją mieć dioptrii. Odparła, że zero. Ma zna­komity wzrok.

— Mariana Włosińskiego zagra Roman Gan­carczyk, znakomity aktor Starego Teatru w Krakowie. Gancarczyk gra od lat w spek­taklach Krystiana Lupy - zagrał Hugenau w „Lunatykach” wg Brocha, a niedawno Wolanda w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułha­kowa.

— Romek nie tylko jest trochę podobny do pana Mariana Włosińskiego, ale także - po­dobnie jak on - istnieje jakby osobno, obok. Patrząc na Gancarczyka nigdy nie jest się pewnym, co tak naprawdę sobie myśli. Z panem Marianem jest podobnie. W fil­mie, jak w malarstwie Nikifora, będzie du­żo ciszy. A Gancarczyk znakomicie potrafi wypełnić ciszę. Wierzę w ciszę. To, co waż­ne, staje się pomiędzy słowami. Wydaje mi się, że przyszło już znużenie szybkim kinem, że na nowo jest w nas potrzeba przyjrzenia się światu uważniej, dłużej. „Nikifor” będzie filmem spokojnym. Operator, Krzysiek Ptak, kreuje świat w nieruchomych kadrach,  z kilkoma zaledwie jazdami kamery.

— Nikifor wiedział o sobie, że jest malarzem, poza tym niewiele więcej. I to mu wystar­czyło.

— Ramana Maharshi, święty hinduski, pro­ponował, żeby każdy dzień zaczynać od py­tania kim jestem? Są wybrani, którzy nie muszą zadawać sobie takiego pytania. Żyją zakorzenieni   w absolucie. Taki był Nikifor. Gdyby na jego oczach ktoś zmartwychwstał, przyjąłby to bez zdziwienia.

— Jurodiwi Dostojewskiego, z Aloszą Karamazowem na czele, dzisiaj nie wydają się nam już śmieszni. Są bogatsi o ten stopień duchowej pewności, która dla większości na zawsze zostanie tajemnicą.

— A opowieści chasydów? Są pełne bożych głupców, którzy potrafili w synagogach tyl­ko zagwizdać, ale akurat ten ich gwizd Pa­nu Bogu podobał się najbardziej.

— Siedział tam, gdzie mi wskazano, na mur­ku pod „Soplicowem”, naprzeciwko „No­wych Łazienek Zdrojowych”. Dostrzegłem go od razu w pustej uliczce - tak bardzo sa­motnego, jakby nie należał do tego świata, pisał o Nikiforze, w opowiadaniu „Biskup jedzie przez morze”, Jan Józef Szczepań­ski.

— Esej Jana Józefa Szczepańskiego jest chy­ba najpiękniejszym tekstem o Nikiforze, ja­ki czytałem. To prawda, Nikifor był samotny - był osobny, nie miał rodziny. I taki bezdomny, ułomny człowiek, mimo upływu lat, skupia na sobie uwagę. To niezwykłe. To dzięki wolności, która przerodziła się w akt twórczy najwyższej próby. Wolności, która nie krzywdzi. Wolności od świata.