"KINO" 1996, nr 4

Układanie puzzla [dyskusja]

opr. Tadeusz Sobolewski


O filmie "Gry uliczne" rozmawiają młodzi historycy i dziennikarze

Paweł Bravo ("Mówią Wieki", ur. 1967), Jacek Czarnecki (Program III PR, ur. 1963), Marcin Meller ("Polityka", ur. 1968), Marek Węcowski (Uniwersytet Warszawski, ur. 1969).


Paweł Bravo: Pomysł świetny: archeologia Peerelu jako pretekst dla sensacyjnej intrygi. Kryminał oparty na autentycznej historii, autentycznych postaciach i dialogach.

Jacek Czarnecki: Ja bym to odwrócił: bajka kryminalna jako pretekst do opowiedzenia prawdziwej historii. W tym materiale siedzi paradokumentalny film, który można polecić komuś młodemu: idź, zobacz, jak wyglądała sprawa Pyjasa... Nie wiem tylko czy słuchacze zespołu "Hey" odbiorą film jako historię autentyczną?

Marcin Meller: To nie jest film o sprawie Pyjasa! Gdybym miał komuś opowiedzieć, o czym on jest, powiedziałbym tak: tło polityczne miedzy "Życiem Warszawy" a "Gazetą Polską", ale nie zrażaj się, to nie jest film polityczny. To film o wściekłości i bezsilności. O tym, że jestem bezsilny, że wszyscy są bezsilni. Ściana!

Rzecz charakterystyczna: dwóch 24-latków, którzy idą tropem Pyjasa - dziennikarz telewizyjny i kamerzysta - z początku całą tę sprawę ma gdzieś. Dla nich Pyjas to archeologia. Ale pod wpływem tej "archeologii", zachodzi w nich przemiana. Zwłaszcza u kamerzysty (dobra rola Roberta Gonery).

Są w tym filmie ewidentne zabiegi reżyserskie, żeby uderzyć w młodzież. Muzyka czadowa, ostra, klip "Heya". Kto tego słucha? 15-25-latki, maksimum. Widoczna jest chęć przyciągnięcia tych ludzi: przypalanie trawy, panienki.

Do dziś nie ma jasnej odpowiedzi na pytanie, kto zamordował przed laty młodego współpracownika KOR-u, Stanisława Pyjasa. Krzysztof Krauze, rekonstruując okoliczności tamtych wydarzeń, zrealizował jednak film całkowicie współczesny.

Pytanie: czy to zagra? Ja to kupuję. Ale ja jestem stary - rocznik '68. Dla mnie by ta historia zagrała i bez tych bajerów. Widzę kilka błędów w sztuce. Na przykład, nie podobały mi się wstawki rysunkowe...

J. C.: Mnie się podobały.

M. M.: Dalej, scena przypalania w Ground Zero. Rozmowa z tancerką wymalowaną na gołym ciele jak Demi Moore.

J. C.: Mogę powiedzieć szczerze? Obserwowałem czy ona ma coś na sobie, i dlatego zgubiłem początek opowieści o laleczce z soli, która dla bohatera pewnie coś znaczy...

M. M.: Skoro już się czepiamy - nieraz rażą w polskich filmach sceny erotyczne, całe to dupczenie na wizji. Wątek flirtu bohatera z Marią bardzo ładnie zarysowany, świetna dziewczyna, cieniutka struna uczucia miedzy nimi - i naraz...! Jak już się robi fachowo wszystko inne, po co ten seks, jak z RTL-u? Idźcie na "Desperado": Banderas i Selma Hayek też pokazują, co potrafią, a równocześnie, jakie to jest piękne!

Marek Węcowski: Myślę, że "Gry uliczne" to film adresowany do dwóch rodzajów publiczności. Są w nim zawarte dwa różne przekazy. 15-25 latki zobaczą kryminał, którego przesłanie jest takie: zarżnęli faceta, który dochodził prawdy, świat jest wredny, mafia rządzi. Podobny film można dziś zrobić we Włoszech czy Hiszpanii, wszędzie.

Ale jest jeszcze drugi film, dla wtajemniczonych, którzy zapytają, kto to jest Ketman - przyjaciel zamordowanego studenta z Krakowa, facet, który współpracował z SB a dziś jest szanowanym notablem.

M. M.: Przypomina się cała masa filmów tego typu. Ich wymowa jest podobna: jak wejdziesz w sprawę zbyt głęboko, dostaniesz to, na co zasłużyłeś. "Gry uliczne" idą tym tropem, ale nie dają jasnej odpowiedzi ani na temat śmierci chłopaka, ani na temat Ketmana. Dziewięć na dziesięć filmów amerykańskich tego rodzaju kończy się tym, że sprawca zostaje ujęty, a bohater jedzie ku słońcu...

P. B.: Tu mamy coś innego: niebanalny film sensacyjny, z typową intrygą. Ale zbyt dużo się kręci uśmiechniętych uboli, żebyśmy się nie mieli domyśleć, że bohater niczego nie rozwikła, jeszcze sam oberwie. Dziwnie reagowałem na ten film: z jednej strony intryga wciąga, z drugiej podejrzewamy, że wszystko się skończy wielką niemożnością. Finał mnie nie zaskoczył. Pytanie tylko, za co oberwał: za reportaż o semteksie czy za Pyjasa? A może piękna dziewczyna była ubolką? Nie wiadomo.

M. M.: Mam inną interpretację. On ginie dlatego, że na Rynku potrącił butelkę z wodą...

M. W.: A ja się domyślam, kto go zabił, i za co. Można to wydedukować. Problem polega na tym, że reżyser, aby zaspokoić w pełni wymagania tej pierwszej widowni, musiałby zrobić "Psy 3". Ale ponieważ robi film właśnie o tym, że sprawy nie da się rozpoznać, bo taki jest świat i taka jest Polska, nie może dać rozpoznania w filmie. Ten film nie ma prawa być spójny!

J. C.: Mam pomysł na zakończenie kiczowate: facet ginie; dziewczyna leci zamiast niego do Amsterdamu; operator przynosi jej na lotnisko kasetę ze zmontowanym materiałem, z którego się wszystkiego dowiadujemy.

M. M.: No tak, tylko wtedy trzeba by zapytać: dlaczego nie stuknęli operatora?

J. C.: Wczoraj byłem na Van Damme'ie, potem wsiadłem z kumplem do samochodu, pojechałem do domu, zrobiłem herbaty, usiadłem do komputera, zacząłem pisać o Jugosławii. Z filmu nic nie zostało, nie zastanawiałem się nad nim ani przez moment.

M. M.: Nie myślałeś na przykład, że hala hokejowa jest symbolem vaginy?

J. C.: Nie, za to gdy wyszedłem z "Gier ulicznych", myślałem o sobie. O zawodzie dziennikarza. Na przykład: jaki to błąd, że nie piję - mam w ten sposób zablokowane podstawowe źródło informacji. Ale poważnie: najbardziej poruszyła mnie nie sprawa Pyjasa i nie pytanie, kim jest Ketman, tylko: czym jest dziennikarstwo.

Bohater tego filmu uprawia najciekawszy rodzaj tego zawodu - dziennikarstwo śledcze. Z tym, że jest to pokazane w sposób nierealistyczny. W Polsce nie istnieje dziennikarstwo ukrytej kamery ani ukrytego mikrofonu. Co prawda, sam robiłem w Bośni takie nagrania, bo nie chciałem psuć atmosfery, ale wiem, że jak idę do fachowca, to on nie pozwoli, żebym trzymał kamerę na kolanie, albo schowaną za krzesłem. Takie afery biorą w swoje ręce stare wygi. Młode dziennikarstwo jest o wiele bardziej zachowawcze. Początkujący dziennikarz, zarówno z prywatnej jak państwowej stacji, jest wyrobnikiem od kradzieży kabli i nieszczęśliwych wypadków. Tych doświadczonych nie ma znów tak wielu. Jest "Superekspress", jest Jachowicz (dzięki niemu parę afer wyszło na światło dzienne). Kto jeszcze?

Dziennikarz: Jak on się nazywał?

Szef Telewizji: Pyjas.

Ach, Pyjas?

Zginął w nocy z 6 na 7 maja 1977. To był dla nas szok. Skończyła się zabawa w opozycję. Zaczęło się na ostro. Przerwane juwenalia. Czarna procesja w dniu pogrzebu. To było pierwsze zabójstwo polityczne od czasów stalinowskich. Pyjas był współpracownikiem Komitetu Obrony Robotników. Miał 24 lata. Polonistyka w Krakowie, na Uniwersytecie Jagiellońskim. Co jeszcze? Znaleźli go śmieciarze, o świcie. Oficjalna wersja komunistów: upił się i spadł ze schodów. Śledztwo nie objęło funkcjonariuszy SB.

(fragment dialogu)

P. B.: Ale nawet jeśli w rzeczywistości nie funkcjonuje taka postać, ona w tym filmie jest dobrze wykreowana. To ktoś, kto istnieje w społecznym obiegu: taki napalony "pampersik", młody wilczek.

J. C.: Czy nie szukali twarzy podobnej do Pazury?

M. M.: Raczej Patricka Swayze.

Śledztwo widza

J. C.: Rama filmu - rozmowa bohatera z właścicielem firmy ochroniarskiej, która handluje semteksem, materiałem wybuchowym dla terrorystów, wprowadza atmosferę amerykańskiego kina. Tak mógłby się zaczynać film policyjny: Eddie Murphy wchodzi w jakieś podejrzane transakcje i nagle wyciąga legitymację.

Potem schodzimy do polskiej rzeczywistości: dyskoteka Ground Zero, odloty, palenie haszu w kiblu. Wątek semteksu wraca pod koniec filmu, kiedy bohater mija na korytarzu sejmu faceta, którego zdemaskował w swoim reportażu, i później, kiedy ten dzwoni do niego do Krakowa. Zastanawiam się, czemu służy wątek semteksu?

P. B.: Prawdziwa intryga zawiązuje się gdzie indziej. Dziennikarz zostaje wrobiony w sprawę Ketmana. Dostaje ubecką kasetę, oskarżającą Senatora o to, że był Ketmanem. Ktoś miał interes w tym, żeby chłopak zaczaj tę sprawę rozgrzebywać. Jest znany z tego, że bierze się za sprawy aktualne i niezbyt wygodne. Więc wpuszcza się go w kanał, napędza na sprawę, o której wiadomo, że jak w nią wdepnie, może nie wyjść żywy. A w każdym razie - wyleci z roboty. Mamy więc do czynienia z podwójną intrygą. Chłopak namierza byłych esbeków, a sam jest namierzony. Ubekowi, który podesłał kasetę, nie chodziło przecież o to, żeby dziennikarz rozwikłał sprawę Pyjasa. Chodzi o to, żeby się go pozbyć. Dziennikarz zawadza w sprawie całkowicie współczesnej.

Maria: On cię nic nie obchodzi. Szukasz tylko agentów.

Dziennikarz: Cały Pyjas to śmierć Pyjasa.

Śmierć? Przecież gdzieś się urodził. Miał plany. Coś lubił. Posiedzieć na ławce, napić się piwa. Kogoś kochał. Chciał żyć, a nie żyje.

Znałaś go?

Z opowiadań. Wyobraź sobie pole, na polu rośnie len, z lnu robią płótno, z płótna chlebak. Ulicą idzie chłopak z chlebakiem na ramieniu. Aresztują go, zabijają. Wrzucają do bramy. Zostaje chlebak.

(fragment dialogu)

M. W.: Ale dlaczego zabijają go ludzie od semteksu, a nie ubecja?

J. C.: Faceci od semteksu są byłymi esbekami.

M. W.: No właśnie, nasuwa się logiczna odpowiedź: facet z Warszawy, który zabił Pyjasa i facet od semteksu, to ta sama osoba.

P. B.: Nie za duży przypadek?

M. W.: Ten facet musiał się w filmie pojawić. Była o nim mowa, więc powinien być pokazany. Jedyna postać, która wchodzi w grę, to on.

J. C.: A kto zmusił do samobójstwa byłą opozycjonistkę, narzeczoną Senatora? Za wiele tu znaków zapytania.

P. B.: Dlaczego esbecy nadali chłopakowi tę sprawę? Co z tego mieli? Dlaczego zrobili operatorowi kipisz w pokoju hotelowym, co później w fabule nie ma konsekwencji? Dlaczego zginął dziennikarz?

M. M.: Już mówiłem, może zginął przypadkiem? Przewrócił butelkę...

J. C.: Został zabity zawodowo. Za przewrócenie butelki mógł dostać w zęby albo kopniaka, ewentualnie mogło podejść do niego trzech gości i poprosić o trochę szmalcu na flaszkę, ale nie to...

M. M.: Dziennikarz powinien być stuknięty za Pyjasa, nie za semteks.

M. W.: Moja interpretacja jest taka: facet, który w latach 70. przyjechał z Warszawy zabić Pyjasa, to facet od semteksu. Dziennikarz to odkrył. Nie zdążył tylko zlokalizować faceta. Już go miał dostać - wtedy go zabito. Bohater filmu sensacyjnego ginie zwykle wtedy, kiedy jest o krok od zdarcia ostatniej zasłony.

M. M.: Jakie "o krok", skoro miał wyjechać do Amsterdamu? Dobra, byłoby logiczne, gdyby za semteks tylko wyleciał z roboty, a za Pyjasa zginął. Jeśli tak nie jest - to jednak błąd. Jeśli twórcy tego filmu chcieli się odwołać do młodego widza, dla którego cała ta sprawa jest "archeologią", powinni wyczyścić narrację.

J. C.: Wiecie po co w filmie zostawiono te znaki zapytania? Żeby widz jeszcze raz poszedł do kina...

Anty-Psy

P. B.: A swoją drogą, Senator-Ketman - to kto? Mamy do czynienia z postacią z naszej strony, wysoko postawioną. To jakiś porządny notabl.

J. C.: Obawiam się czy w ten sposób film nie wpisze się w aferę teczkową. Tego scenarzyści nie mogli przewidzieć. W pewnym momencie zapachniało mi enerdowskim klimatem. Wiemy, na czym to polega: ujawniono dokumenty Stasi i ludzie zaczęli się dowiadywać, że ich przyjaciele byli w SB. Klimat enerdowski polega na doszukiwaniu się wszędzie agentów.

M. W.: Film nie stwarza takiego klimatu. Nie wszyscy byli agentami - tylko jeden.

J. C.: Podejrzenie pada na jednego, ale pozostaje pytanie: ilu było jeszcze?

M. W.: To jednak nie są "Psy"! Nie chodzi o to, że "solidaruchy to następcy komuchów", tylko że "komuchy" zdołały uwikłać wysoko postawionego człowieka z naszej strony.

P. B.: On się sam wcześniej, w latach 70. uwikłał...

M. W.: No dobrze, więc wtedy zdołały uwikłać młodego 23-letniego faceta. Chcę tylko powiedzieć, że "Gry uliczne" nie mają tej rozbrajającej prostoty "Psów", gdzie "czarni są warci czerwonych". I to jest dobre.

Zresztą, problematyka "Psów" to sprawa przeszłości. Dzisiejszy nastolatek, który by poszedł na "Psy" i usłyszał z ekranu nazwę partii Chrześcijańska Unia Jedności, już by się nie śmiał z jej skrótu. Teraz jest inna rozgrywka. Nie ma tak prostych podziałów.

J. C.: Ale młody widz wyciągnie z tego filmu prosty wniosek: esbecja zamieszała kiedyś w opozycji i dlatego dziś na stanowiskach są ludzie, którzy współpracowali z SB. Świadomie lub nieświadomie. Na tym zresztą polega problem polskiej lustracji, choć film w to nie wchodzi.

P. B.: Możemy przeprowadzić prywatne śledztwo w tej sprawie. Nie wiemy do końca czy Senator jest Ketmanem, ani kim jest Ketman. Ale sam fakt, że się spieramy o sedno intrygi, świadczy chyba dobrze o filmie. Jest to kawałek dobrego kina sensacyjnego, które się ogląda. Dopiero potem przychodzą wątpliwości.

M. W.: Nie potrafię patrzeć na ten film z dystansu. Bo to nie jest political fiction. To bardzo bliskie tu i teraz. Weźmy sprawę dziennikarzy "Wprost" - i to szok kolejny, na który może reżyser nie stawiał.

Chlebak Pyjasa

J. C.: Czy Pyjas jest w tym filmie?

M. W.: On się pojawia tak naprawdę dopiero w rozmowie dziennikarza z dziewczyną, kiedy mówią o jego chlebaku, o tym, co po nim zostało.

M. M.: Drugi mocny moment: w samochodzie, kiedy czytają ostatni zapis z jego dziennika. Zdjęcie Pyjasa, pokazane wcześniej, już tak nie działa. On wygląda na nim trochę Chrystusowato, przez to "archeologicznie". Można było bardziej wyeksponować jego postać. Że to był ktoś taki sam, jak ten młody, tylko cofnięty w czasie.

M. W.: O tym jest ten film! Dziennikarz siada na krześle w miejscu, gdzie leżał trup Pyjasa, i od tej chwili jakby wciela się w niego. Jego życie dubluje fakty z życia Pyjasa. Anonimy, które dostawał Pyjas - i kaseta, którą dostaje dziennikarz. Marzenia Pyjasa o innym życiu i Amsterdam dziennikarza.

P. B.: W filmie Pyjas jest raczej abstrakcją. "Cały Pyjas - to śmierć Pyjasa". Chociaż jest jeszcze ta dziewczynka, która wybiega z miejsca, gdzie znaleziono Pyjasa, jak duch, i potem pojawia się jeszcze kilka razy, grając w klasy. Naszego chłopca zabijają, a ona sobie skacze. To ładne, nie wymuszone. Można tego nawet nie zauważyć...

Szczęśliwe pokolenie

J. C.: Twórcy "Gier ulicznych" chcieliby przerzucić pomost między pokoleniami, zrobić film amerykański w formie i polski w treści, który zaczyna się jak hollywoodzki kryminał, a kończy jak "Wesele". Kręcimy się w kółko. Dziennikarz powtarza los Pyjasa.

Zastanawiam się czy to bezpieczny zabieg, pokazywać dzieciakom, że "tamci mieli o co walczyć", mieli swoje książki, swojego Cortazara, a dzisiaj... Porównanie obu rzeczywistości daje efekt paradoksalny. Pamiętajmy, że młodzi, do których film jest skierowany, nie interesują się historią najnowszą. Bo i po co? Peerel to prehistoria. Wiedzą, że był KOR, była "Solidarność", ale poza tym wszystko im się miesza. Nie chcą za dużo wiedzieć.

W sytuacji tak ogromnego skoku ożywiać legendę przeszłości, to mówić tym młodym gniewnym, którzy są dziś punkami, skinami, albo inną subkulturą młodzieżową, palą faje i chodzą na panienki: popatrzcie, wtedy żyło pokolenie, które było szczęśliwe, bo miało własną, klarowną grę. I wroga.

Wtedy było chwalebne być zatrzymanym przez policję. Człowiek wychodził z więzienia i nie miał sobie nic do zarzucenia, rodzina też nie miała mu za złe, bo to była komunistyczna, p...lona milicja. Przerzucać teraz pomost, to znaczy mówić im: nie macie nic przed sobą. No way! Mamy wolność, demokrację...

Tak, chwalebne było uczyć się historii, czytać Cortazara. Ale powodem tego wzmożonego chłonięcia świata była ściana, która nas od niego oddzielała. Trzeba było podskoczyć, żeby zobaczyć, co jest za nią.

P. B.: To jest mit, uogólnienie. Klarowną grę i wroga miało kiedyś nie pokolenie, a tylko garstka ludzi. Pamiętaj, że w latach 80. byliśmy raczej odmieńcami niż typowymi nastolatkami. Zdrowa większość naszych roczników miała swoje sprawy - takie same jak teraz. Oni też nie mieli nic przed sobą, przynajmniej tak nam się wydawało. Walka z Peerelem to była szansa na urozmaicenie dorastania dla nielicznych. Teraz tak samo: tylko niektórym przychodzi do głowy pogryźć się trochę ze światem - czasem przez przypadek - tak jak reporterowi z filmu. I obrywają w tyłek niegorzej od swych poprzedników.

J. C.: Żeby pokazać prawdziwy dramat młodego pokolenia, znaleźć "Pyjasa-bis", trzeba by wejść głębiej w Kraków. Jest tam silne środowisko anarchistyczno-antykomunistyczne, które wciąż daje o sobie znać. Dla nich, myślę, połączenie z pokoleniem Pyjasa, to rzecz całkiem realna. Młodzi ludzie z Warszawy, Gdańska czy Zielonej Góry, obawiam się, nie będą mieli tego przełożenia.

Nie da się z tej historii wykroić filmu całkowicie uniwersalnego. "Gry uliczne" przypominają mi układankę z puzzla, trochę krzywo przyciętą... Oczywiście, to nie jest kino kreujące idola dla siusiumajtek, który potem zieje ogniem na reklamie papierosów West. W "Grach ulicznych" o coś chodzi. Jest autentyzm. Czy film trafi do młodych? O to trzeba by naprawdę młodych zapytać. Mnie ten film daje do myślenia, ale ja jestem rocznik '63!

Proponuję wypić zdrowie debiutantów. Bo przecież jest to film debiutów.

Gry uliczne

Reżyseria: Krzysztof Krauze.

Scenariusz: Krzysztof Krauze, Jerzy Morawski.

Zdjęcia: Łukasz Kośmicki.

Muzyka: Maciej Zieliński.

Wykonawcy: Redbad Klijnstra (Janek), Grażyna Wolszczak (Maria), Robert Gonera (Witek), Andrzej Precigs (Senator).

Produkcja: Apple Film Production dla Telewizji Polskiej, 1995.

Dystrybucja: IMP Poland.

Czas: 102 min.