"Gazeta Wyborcza" 2001, nr 249

Trochę z boku [fragmenty]

wywiad Michaliny Ochab z Andrzejem Kondratiukiem


M. O.: W Twoich filmach czuje się tęsknotę za innym światem. Jaki to byłby świat?

A. K.: Baśniowy. Z pozoru wszystko w nim jest takie samo (poza rzeźnią), tylko z tą różnicą, że mamy permanentną świadomość cudu, w którym uczestniczymy na co dzień.

[...]

M. O.: Rozgraniczasz robienie sztuki i robienie pieniędzy.

A. K.: Nie rozgraniczam. Za autorski film powinno się płacić więcej, za adaptację mniej. A najmniejsze pieniądze za komercyjną szmirę.

M. O.: Czy nigdy Cię nie kusiło, by zrobić film pod publiczność?

A. K.: Odpowiednia dawka seksu, mordobicia, łez - sądzę, że takie filmy też potrafiłbym zrobić. Tylko po co? Schlebiać niewybrednym gustom - to upokarzające. Trzeba być naprawdę w biedzie, żeby takie filmy realizować.

[...]

M. O.: W Córze marnotrawnej, która właśnie miała swoją premierę, podejmujesz temat "turbokapitalizmu". Robisz to jednak w tonie groteskowym, ironiczno-prześmiewczym. Boisz się mówić o rzeczywistości serio?

A. K.: Nie, nie boję się, ale jeszcze brak mi dystansu. Na razie wpadliśmy w dziurę, zobaczymy, co będzie dalej. Córa marnotrawna jest filmem metaforycznym, surrealistycznym, z absurdalną fabułą, której nikt mądry nie będzie próbował streszczać. To mój młodzieńczy wybryk, zjawisko paranormalne. Inspiracją był cytat z przemówienia pewnego posła, który z wysokiej trybuny wypowiedział te słowa: "Płyniemy na drugi brzeg, z brzegu gospodarki księżycowej do brzegu logiczności rynkowej. Statek jest dziurawy, dlatego tonie. Musimy osiągnąć dno, żeby się od niego odbić". A więc film ten jest świadomą brednią w odpowiedzi na brednie nie tylko tego posła. Dzisiaj nie potrafię mówić serio o naszej trudnej transformacji, bo jesteśmy pionierami. Po raz pierwszy świat pracy obalił socjalizm, po raz pierwszy wykuwa w pocie czoła, zaciskając pasa zręby kapitalizmu. Przed nami nikt tego nie dokonał... Świat wyraża się o nas z uznaniem.

[...]

M. O.: Co byś zrobił, gdybyś miał nieograniczone możliwości finansowe?

A. K.: Na głupie filmy o gangsterach i gliniarzach nie dałbym złamanego grosza. Finansowałbym wszelkie badania zmierzające do poprawienia naszego genomu w poszukiwaniu nieśmiertelności. Już słyszę chichot Mefistofelesa.

[...]

M. O.: Dla kogo robisz swoje filmy?

A. K.: Dla ludzi, dla ludzi - tak każdy ci odpowie. Ale nie każdy się przyzna, że człowiek realizuje przede wszystkim samego siebie przez to, co robi. Ja się nieśmiało przyznaję.

M. O.: Powiedziałeś, że nie oglądasz filmów innych reżyserów, nie znasz kina Spielberga. Co Ci się we współczesnym kinie podoba?

A. K.: Proszę o następne pytanie. Nie czuję się na siłach, by oceniać filmy, zwłaszcza większych ode mnie magików kina.

M. O.: Swoje filmy kręcisz sam u siebie w domu. Jak dalece czujesz swoją odrębność w stosunku do innych reżyserów?

A. K.: Ja zawsze byłem inny, trochę z boku. Jestem jak podróżnik z opowiadania Tołstoja, który bardzo tęsknił za ojczyzną. A na pytanie, gdzie się urodził, odpowiedział: na statku, tylko nikt nie pamiętał dokąd płynął. A dokąd ja płynę? Do kina, do filmu, który jest niepodobny do innych. Nie wiadomo, do jakiej szuflady mnie włożyć. Najlepiej wziąć oryginał i skremować, wpakować do szuflady z wygrawerowanym napisem: "artysta osobny". To będzie wielka ulga dla krytyków.