"Kino" 1990, nr 9

Tak to robiono w Odessie

Małgorzata Szpakowska

Może tych dowcipów jest mniej, niż by być mogło, może nie wszystkie są olśniewające. Tylko z czym to porównywać, gdzie jest ta norma? Jak dotychczas, od dziesięciu lat górną granicę wyznacza u nas "Vabank" tegoż samego Machulskiego (dolnej nie ma, jest otchłań). Więc lepiej nie kaprysić.


"Deja vu" jest pastiszem, w dodatku pastiszem piętrowym: autor filmu dobrze wie, że nie on pierwszy wpadł na pomysł takiej zabawy. Wszyscy widzieliśmy nie tylko filmy gangsterskie z czasów prohibicji, ale i niezliczone ich komediowe przeróbki, od "Pół żartem, pół serio" po "Królika Rogera", przebój światowy sprzed dwóch lat; wszyscy widzieliśmy nie tylko sekwencje odesskich schodów u Eisensteina, ale t rozmaite wariacje na ich temat; wszyscy widzieliśmy - no, nie, tu może już nie wszyscy: filmów radzieckich z czasów NEPu za wiele znowu się nie oglądało, także prozę i dramat z tamtego okresu dopiero niedawno zaczęto wydobywać z przymusowego zapomnienia. Czytaliśmy jednak a to Babla, a to Ilfa i Piętrowa, znamy piosenkę o Murce z Mołdawanki, wiemy coś o złodziejsko-poetyckiej mitologii Odessy. I to też wystarcza. Machulski proponuje zabawę stereotypami, których stereotypowość jest uznana, nie budzi wątpliwości. Im więcej teraz komu z widzów się skojarzy, im częściej uzna, że już to gdzieś widział -tym lepiej.

Te stereotypy - obrazy "już widziane", przeznaczone dla tych, którzy lubią kino - tkwią jak rodzynki w fabule w miarę logicznej i sympatycznie międzynarodowej: oto odesski samogon dzięki ścisłej współpracy bandytów radzieckich i amerykańskich ma szeroką rzeką popłynąć via Alaska do wysuszonych prohibicją Stanów. Nie bez komplikacji: szefa eksporterów importerzy ścigają zemstą za niegdysiejszą zdradę i to jest zasadniczy wątek kryminalny; poza tym zaś, co ważniejsze, następuje jakby konflikt ethosów.

Prosty przykład: oburzeni Amerykanie informują, że w zamówionym transporcie dwudziestu tysięcy butelek aż pięćset było pustych; kontrahent odesski odpowiada spokojnie, że to nie pomyłka, po prostu chłopcy-konwojenci wypili. "Na innych warunkach pracować nie będą. Tu nie Ameryka." Ten sam konflikt ethosów decyduje również o tym, że najemny morderca, Johnny Polack, nie jest w stanie dopełnić zemsty i wywiązać się z sowicie opłacanego kontraktu: jego pragmatyczna fachowość staje się bezużyteczna w świecie, który rządzi się innymi prawami. Choć nie tylko to: bo pod koniec filmu okazuje się, że niemal wszyscy, z którymi nasz Johnny zetknął się w Odessie, byli w rzeczywistości pracownikami służb specjalnych kontrolujących jego poczynania jako cudzoziemca; trudno zaiste w takich warunkach wykonywać skutecznie zawód gangstera. Z jednej strony agenci GPU (kilku z nich dokwaterowano bohaterowi nawet do pokoju hotelowego), z drugiej - pionierzy domagający się natychmiastowej rozmowy o możliwości wydobycia towarzysza Chaplina ze szponów kapitalizmu, z trzeciej - tłum statystów z kręconego właśnie "Pancernika Potiomkina" (na widok ich mundurów recepcjonista w hotelu woła w ekstazie: "nasi wysadzili desant!"): już tego wystarczyłoby, aby nieszczęsny Johnny Polack zwariował. Nie musiał oberwać po głowie, by zapaść na paramnezję.

Ale oberwał, a szkoda. Wydaje się, że Machulskiemu albo zabrakło pomysłu na pełny scenariusz pastiszu, albo nie mógł się zdecydować, czy robi komedię dla koneserów, czy farsę dla tak zwanej szerokiej widowni. Stąd obok dowcipów ładnych i piętrowych pojawiają się i trochę niższego lotu: ot, właśnie ów - konstrukcyjny, niestety dla fabuły - dowcip o gangsterze, co stracił pamięć, albo równie odkrywcze kpiny z roztargnienia uczonych entomologów. Tymczasem komuś, kogo cieszy aż potrójne wykorzystanie w ,,Deja vu" schodów Eisensteinowskich - pierwsze: Polackowi, ściganemu przez odesskich bandytów, udaje się wmieszać w tłum statystów z "Pancernika Potiomkina", dzięki czemu wymyka się prześladowcom, drugie: Polack, umknąwszy innej pogoni, pojawia się na pustych tym razem schodach i zjeżdża po nich na kradzionym tandemie; trzecie: amerykańscy gangsterzy oglądając gotowy już film Eisensteina rozpoznają wśród tłumu swego niesolidnego współpracownika, i wysyłają kolejnego mściciela - komuś takiemu, powtarzam, trudniej już ubawić się widokiem tegoż samego Polacka unurzanego w zupie pomidorowej. Albo ekscytować się burleskową walką w odesskim kabarecie, której ofiarą pada przede wszystkim zastawa.

Choć i ten kabaret ma swój smaczek: zakamuflowany jest w budynku z ogromnym szyldem "Bułocznaja", co ma zresztą głębszy sens, ponieważ mieści się tam również centrala przemytnicza, a butelki samogonu ukrywane są właśnie w bochenkach. Machulski z wyraźną radością ogrywa podejrzaną urodę tej budowli, jej kolumienki, pilastry, gzymsy i sztukaterie, utrzymane w stylu - powiedzmy - eklektyczno-kupieckim; z taką samą radością eksponując hotel, w którym zatrzymał się pechowy Polack, i jeszcze parę innych budynków, do żartu filmowego dodając w ten sposób architektoniczny. Komu zaś i tego mało, ma jeszcze do zabawy piętro lingwistyczne: gangsterów amerykańskich grają Polacy po angielsku, odesskich - aktorzy radzieccy po rosyjsku, a Johnn'ego Polacka (zabójcę polskiego pochodzenia) - Jerzy Stuhr we wszystkich trzech językach naraz. A najładniej, gdy mu na polski akcent w rosyjskim nachodzi intonacja amerykańska.