Kwartalnik Filmowy 1977, Numer specjalny: Kino Polskie Cz. II, nr 18

Sztuka wyboru

Małgorzata Hendrykowska

Przez ośnieżone pola, wąską, prostą, nieciekawą drogą jedzie volkswagen „garbus" - marzenie końca lat sześćdziesiątych. Na samochód czeka dwoje ludzi - mężczyzna w grubym kożuchu i kobieta w chustce.


Pasażer tego samochodu to docent Marek Kawecki, fizyk pracujący w instytucie naukowym po trzyletnim stypendium w Stanach. Mężczyzna w kożuchu to Jan - jego kolega z roku, od pięciu lat prowadzi stację meteorologiczną gdzieś na wschodnich rubieżach Polski (z Warszawy jedzie się tu cztery godziny samochodem). Kobieta jest żoną Jana, wiejską nauczycielką w szkole podstawowej. Serdeczne przywitanie, rozgardiasz, szum, który towarzyszy zawsze wizytom i przyjazdom, a potem cisza przy stole, milczenie spowodowane trochę zmęczeniem, trochę wygaśnięciem emocji oczekiwania, a trochę wyraźnie odczuwaną obcością.

Struktura kryształu - debiut fabularny Krzysztofa Zanussiego zrealizowany w roku 1969 nie jest na pewno kinem akcji. Złożony z mikroobserwacji, mikrozdarzeń, subtelnie budowanych nastrojów i klimatów, na pierwszy rzut oka ma budowę amorficzną. Nie ma tu żadnego dramatu, przemyślnie stopniowanego napięcia, mało również zdarzeń. Z pozoru jest to studium codzienności w pewnej odciętej od świata stacji meteorologicznej, gdzieś na prowincji, czyli w rzeczywistości egzystującej z dala od stolicy i wielkomiejskiego życia. Konflikt ujawnia się powoli, w wyniku precyzyjnej konstrukcji fabuły, w której coraz wyraźniej odsłaniają się dwie całkowicie odmienne osobowości, dwa diametralnie różne modele życia i wyobrażenia własnej roli społecznej.

Główni bohaterowie filmu Zanussiego - Marek i Jan dobiegają czterdziestki. To moment, w którym żyje się już zgodnie z dokonanym kiedyś wyborem, nie tylko profesji, ale także stylu, modelu życia. Obaj, i Jan, i Marek, są też ukształtowanymi osobowościami, mają za sobą bagaż czterdziestolatka - jakieś nieudane małżeństwo, wypadek w górach, stypendium w Stanach... Ale o tym dowiadujemy się nie od razu. Przy wszystkich pozorach zapisu filmowego odwołującego się do poetyki paradokumentalnej Struktura kryształu ma konstrukcję niezwykle precyzyjną i logiczną. Żaden szczegół, rekwizyt, drobiazg nie jest w tym filmie pozbawiony znaczenia i każdy nieoczekiwanie okazuje się istotnym elementem interpretacyjnym. Podobnie jak słynna Czechowowska strzelba, która jeśli pojawi się w pierwszym akcie dramatu, w trzecim musi wystrzelić (o Czechowie mówi się zresztą w tym filmie kilkakrotnie). Główny konflikt także odsłania się powoli, z chwili na chwilę, przez drobne spięcia, mikrosytuacje, mikrozdarzenia.

Na pierwszy rzut oka wizyta przyjaciela, gościa z wielkiego świata, ma charakter podroży sentymentalnej. Takie spotkanie po latach niewidzenia, nieobecności, w trakcie którego chcemy się dowiedzieć i powiedzieć jak najwięcej. Jan wprowadza Marka w swój świat codziennych rutynowych pomiarów meteorologicznych, badań prowadzonych przy użyciu najprostszych przyrządów, dla pobliskiego lotniska. Marek opowiada o konferencjach międzynarodowych, najnowszych badaniach, o Uniwersytecie Harvarda. Słychać pierwszy zgrzyt - Jan nie jest już partnerem do rozmowy o problemach współczesnej fizyki.

Dyskusje na tematy naukowe i egzystencjalne nie kleją się. Jan próbuje wciągnąć Marka w rozmowę o ewolucji idei nieskończoności, od starożytnych Greków do dziś, gdy nieskończoność jest już tylko chwytem rachunkowym, nie ideą.

Jan: Czyś ty się nad tym zastanawiał?

Marek: Nie, ja bracie nie mam czasu na to, żeby przeczytać choćby jedną trzecią tego, co dotyczy mojej specjalności.

Jan: Stary, a tak na studiach pasjonowaliśmy się filozofią liczb urojonych!

Marek: Na studiach! Nie ma czasu na to, żeby zajmować się wszystkim, co nas interesuje.

Jan: Szkoda, wielka szkoda!

Marek: Nie żyjemy w Renesansie.

Życie w odciętej od świata stacji meteorologicznej toczy się wolno i leniwie. Banalne pomiary, spacery, słuchanie radia i płyt (do stacji nie dotarła jeszcze telewizja), dużo czasu spędzanego przy herbacie, kulig, kąpiel w balii, wizyta w prowincjonalnej szkole, piwo w miejscowej gospodzie, rozmowy. Ze strzępów takich rozmów, mimochodem rzuconych zdań, fotografii, wynika, że dawnych przyjaciół wcale nie dzieli wieczność, a jedynie pięć lat. Zaledwie pięć lat minęło od wypadku Jana w górach, po którym wyjechał z wielkiego miasta, odszedł z instytutu, zrezygnował z badań, ale także z pewnego rodzaju gry, walki toczonej nie zawsze w wymiarze naukowym.

Rezygnacja Jana pozostaje zresztą do końca sprawą niejasną. Sugestią jest wypadek w górach, spojrzenie śmierci w oczy, ale przecież film nie toczy się w jakiejś wypranej z realiów rzeczywistości, a w Polsce. Tymczasem świat zewnętrzny praktycznie nie dociera do stacji meteorologicznej, nie ma tu telewizji, nikt nie słucha wiadomości, słucha się muzyki. Wprowadzona w ten mikrokosmos dyskusja o powinnościach społecznych, sukcesie, samorealizacji i prawie do rezygnacji nabiera przez to charakteru uniwersalnego.

W filmie Zanussiego nie ma słowa o polityce, mieszanie polityki do tej dyskusji o wyborach fundamentalnych byłoby zabiegiem prostackim i nieeleganckim. A jednak rok realizacji (1969) nie pozwala zupełnie zapomnieć o kontekstach społeczno-politycznych realnego socjalizmu, także o bardzo konkretnych wydarzeniach, które sprowokowały niejedną postawę skrajnej rezygnacji i wycofania. Uważny widz zwróci też uwagę na kilka drobnych, ale bardzo znaczących informacji Jan urodził się w 1931 r., w marcu skończy trzydzieści siedem lat, a zatem akcja filmu toczy się w pierwszych tygodniach roku 1968. Wybór Jana, decyzja o życiu w świecie, w którym wszystko jest wymierne - temperatura przy gruncie, siła wiatru, stopień wilgotności powietrza - to także świadoma rezygnacja ze świata ocen tzw. postawy politycznej, komisji stypendialnych, zebrań i czynów społecznych.

Powoli przyjacielskie spotkanie po latach przeradza się w konfrontację dwóch postaw: jednej skrajnie racjonalnej, praktycznej i dynamicznej, nastawionej na skuteczność i sukces zawodowy, którą reprezentuje Marek, i drugiej, równie racjonalnej, ale nastawionej na niezależność, życie w zgodzie z samym sobą, zorientowanej na przyjemność samego życia, którą uosabia Jan. Tak to wygląda na razie, narastający konflikt odsłoni całą złożoność i niejednoznaczność postaw i dokonanych niegdyś wyborów.

Atmosfera między dawnymi przyjaciółmi zagęszcza się. Każdy drobiazg, banalna czynność czy zdarzenie może się stać źródłem spięcia i konfrontacji. Któregoś wieczoru w czasie rozmowy o osiągnięciach naukowych przyjaciela Jan mimochodem odkrywa zaszłość sprzed wielu lat: nieuczciwość naukową Marka w walce o dostęp do badań.

Jan: Przecież oni to robili pierwsi.

Marek: Oni tam nie mieli żadnych szans.

Jan: Ale tyś im nie pomógł. To się nazywa podłożyć świnię. Dobrze mówię?

Marek: Tak.

Jan: Tak po prostu?

Marek: Tak.

Jan: Czy jesteś cynikiem?

Marek: Nie, realistą. Miałem więcej szans i wygrałem. Jak na wojnie, stary. Nie strzelasz, to ciebie zastrzelą.

Gdy w inny zimowy wieczór Jan lutuje skomplikowane urządzenie z migającym światełkiem, urządzenie do niczego, powstające dla samej przyjemności lutowania. Marek wybucha: Ile ty masz lat? Dlaczego marnujesz życie? Jak możesz tak marnować zdolności, talent, siebie? Do czego ty właściwie dążysz? Czym ty sobie życie wypełniasz?

Skuteczny i zorganizowany Marek w sposób amerykański nie akceptuje postawy Jana, traktuje ją jako rezygnację równoznaczną z ucieczką, a w najlepszym wypadku rodzaj przedłużonych wakacji. Nie rozumie, że rezygnacja Jana nie jest ucieczką neurotyka zdecydowanego na życie szczątkowe, w zupełnej stagnacji, życie pozbawione ambicji, dążeń, celu, wyzbyte konfliktów i cierpień, ale i pozbawione smaku. Wybór Jana jest w istocie postawą konstruktywną, wynika z dojrzałości wewnętrznej, z umiejętności wyrzeczeń i mniejszych wymagań od życia, a także skierowania swojej uwagi na ten świat, który jest w pobliżu, w zasięgu ręki, co wcale nie znaczy, że jest gorszy czy nieważny.

Wśród zabaw na śniegu, pozornych błahostek i weekendowej beztroski coraz ostrzej ściera się chłodna, kalkulująca, pełna pogardy dla rozwiązań nierealnych i niepraktycznych postawa Marka – człowieka z wielkiego świata, i kontemplacyjna, nastawiona na własny rytm, rozwijająca się w cieple najbliższych, nacechowana refleksyjnością i równowagą wewnętrzną - postawa Jana. Z chwili na chwilę, coraz częściej, ujawnia się też jakiś rodzaj skażenia, zubożenia Marka - „człowieka sukcesu", rodzaj powierzchowności graniczącej z niewrażliwością. Późne popołudnie, właściwie już wieczór, półmrok za oknem, na stole herbata, cisza. Przy stole siedzą Marek i Jan z żoną.

Marek: Nastrój jak u Czechowa, tyle że bez samowara. Wszyscy piją herbatę, cisza, nic się nie dzieje.

Żona Jana: Właśnie u Czechowa to się wiele dzieje.

Jan: A ty lubisz Czechowa?

Marek: Tak, smutny trochę. W Paryżu widziałem „Trzy siostry" z Mariną Vlady.

Czechow nie „przeżyty", a „zobaczony" w Paryżu. To kolejny, bardzo znaczący element charakterystyki „człowieka sukcesu". Życie na pełnych obrotach i w poczuciu skuteczności polegającej na osiąganiu wyznaczonych celów wyrobiło w nim zdolność perfekcyjnego poruszania się po całkowicie uporządkowanej, zracjonalizowanej rzeczywistości, której drogi wyznacza jasno określony cel, ambicja, sukces. Jednocześnie jakby pozbawiło go wrażliwości, skaziło powierzchownością odczuwania. Z takiej perspektywy sztuka nie może być intymnym przeżyciem, a jedynie artefaktem godnym zobaczenia w możliwie najlepszym entourage'u.

Jedną z licznych możliwości interpretacyjnych, które otwiera Struktura kryształu, byłoby na pewno odczytanie jej w kluczu odwiecznego konfliktu między życiem zgodnym z naturą i jej biegiem a egzystencją w coraz silniej stechnicyzowanym świecie cywilizacji współczesnej. Tropów prowadzących w tym kierunku jest wiele. Na przykład statyczne fotografie wieżowców na Manhattanie (skądinąd świadectwo amerykańskich sukcesów ich autora), drugie to ośnieżone szczyty górskie zdobywane niegdyś przez Jana.

Podobny trop interpretacyjny podsuwa także sam tytuł — Struktura kryształu - sugerujący bardziej skojarzenia z poetyką filmu oświatowego, popularnonaukowego niż z analizą ludzkich postaw i wyborów. Czym jest bowiem kryształ, w najbardziej potocznym odczuciu? Przedmiotem (zjawiskiem) pięknym i cennym. Perfekcyjnym tworem natury lub genialnym tworem człowieka. Popularnonaukowe definicje, zrozumiałe nawet dla laika, dodałyby zapewne informację o krysztale jako ciele stałym o uporządkowanej, prawidłowej budowie wewnętrznej, mającym naturalną postać wielościanową.

O tym wszystkim mówi w trakcie wykładu Marek Kawecki w jednej z ostatnich sekwencji filmu, gdy zaproszony przez Jana wygłasza wykład o krystalografii dla miejscowej, wiejskiej publiczności. Marek zdystansowany mówi beznamiętnie i chłodno, nie udaje mu się nawiązać żadnego kontaktu ze słuchaczami, nie zniża się do ich poziomu, a jeśli próbuje, wychodzi to sztucznie i nieprzekonująco. Pointa tego wykładu jest taka.

Marek: Jak już Państwu mówiłem, dążymy do tego, żeby kryształy otrzymywać sztucznie (...) Robimy na przykład sztuczne diamenty. (...) Nadejdzie czas, gdy te diamenty robione przez człowieka będą piękniejsze i doskonalsze niż te znajdowane w ziemi. I wtedy będzie to nie sztuczna, tylko prawdziwa biżuteria sztucznie robiona. Bo człowiek współczesny w wielu wypadkach prześcignął naturę. To, co robimy sztucznie, jest często lepsze niż to, co znajdujemy czy kopiemy w ziemi. Natura została zdystansowana przez człowieka. I to chyba wszystko. Na tym bym skończył.

Gdyby zatem przyjąć, że człowiek jest taką uporządkowaną, doskonałą strukturą o doskonałej budowie wewnętrznej, byłaby to dość smutna pointa. Docent z Warszawy ma rację w jednym. W kategorii przydatności sztuczne jest na pewno doskonalsze, trwalsze, bardziej użyteczne. A w kategorii niepowtarzalnego piękna? Piękna, na które składa się właśnie niedoskonałość, niepowtarzalność, nawet defekt? Piękna, którego nie da się odtworzyć i rozłożyć na czynniki pierwsze? Pointa wykładu stawiająca ponad naturalne piękno twór sztuczny, ale za to perfekcyjnie doskonały, przypomina trochę fragment bajki Andersena o słowiku: Bo widzicie, moi państwo, a przede wszystkim ty, cesarzu, u prawdziwego słowika nigdy nie można przewidzieć, co nastąpi, a u sztucznego wszystko jest z góry określone. Tak będzie, a nie inaczej! Można wszystko objaśnić, można otworzyć mechanizm i pokazać, jak uczenie położone są walce, jak się kręcą sprężyny i jak co idzie za czym[1].

Struktura kryształu jest konstrukcją dyskursywną, otwartą, bez kategorycznych, jednoznacznych ocen i wskazówek. Nie jest tak, że młody, zdolny, chłodny i trochę cyniczny naukowiec zostaje poddany bezlitosnej krytyce i kompromitacji, a jego żyjący w wiejskiej samotni przyjaciel jednoznacznie pozytywnej ocenie. Konfrontacja dwóch tak odmiennych postaw wobec życia, społeczeństwa i samego siebie nie ma na celu żadnej afirmacji czy potępienia. To raczej próba odpowiedzi na pytania, które zadaje sobie każdy: czym jest w moim życiu samorealizacja? Czytaniem w ciszy Czechowa, rozważaniem idei nieskończoności, czy też doskonaleniem własnych talentów i konkretnych umiejętności zawodowych, ale za cenę wejścia w grę nie zawsze miłą i przyjemną i nie zawsze czystą?

Ostro zarysowana granica między skrajnie odmiennymi postawami nie ma na celu skłonienia widza do jednoznacznej opcji. Marek - przy wszystkich defektach osobowości - jest człowiekiem prężnym, ambitnym, utalentowanym. Trudno go oceniać wyłącznie w kategoriach cynicznego gracza. Degeneracja moralna - pisał tuż po premierze Struktury kryształu Bolesław Michałek — może oczywiście istnieć jako element dodatkowy, pasożytujący na sukcesie, ale pod spodem jest coś cennego i społecznie potrzebnego: pragnienie wspinania się coraz wyżej, tęsknota do osiągnięć, nawet sławy, która leży w naturze człowieka i jest czynnikiem indywidualnego i społecznego postępu. Negować ją byłoby aktem nierozsądnym. Społeczeństwo złożone z ludzi pozbawionych aspiracji, chęci awansu, zamiłowania do rywalizacji, byłoby zbiorowością robotów lub neurasteników, skazaną na biologiczną wegetację[2].

Z kolei Jan to nie mizantrop, neurastenik, sentymentalny odludek, raczej ktoś z zamiłowaniem do pracy organicznej. Ale i to nie jest pewne. Komplikacja psychiczna na pozór ostro zarysowanych postaci wskazuje jednocześnie na pułapki tkwiące za kulisami każdego wyboru.

W Strukturze kryształu nie ma więc prostego pytania: co wybrać - to czy tamto? Jest raczej zaproszenie do rozmowy z widzem - o sposobach i możliwościach samorealizacji, cenie, jaką płaci się za tak zwaną karierę, cenie życia na marginesie głównego nurtu życia, a także rozmowy o uczciwości zawodowej, granicy kompromisu, wartości życia rodzinnego, ambicji, pełnionej roli i użyteczności społecznej. Są to pytania przeznaczone dla każdego, bez względu na miejsce w społeczeństwie, które wybrał, lub które wyznaczył mu los. Chociaż w życiu zazwyczaj nie wybieramy między trzyletnim stypendium w Cambridge, a zaszyciem się w leśnej głuszy, wszyscy zadajemy sobie bardzo podobne pytania. Prawdziwe wybory rozgrywają się z reguły pomiędzy tymi dwiema skrajnymi możliwościami, co wcale nie znaczy, że są wyborami łatwiejszymi.

Struktura kryształu czytana w szerszym kontekście jest także filmem o polskiej inteligencji, Marek Kawecki skierował swe wysiłki na karierę w szerokim świecie, Jan - na „pracę organiczną, „pracę u podstaw". Organizując dla wiejskiej społeczności wykład o krystalografii „docenta z Warszawy", przygotowując pomoce szkolne dzieci w wiejskiej „tysiąclatce", odwołuje się przecież do starych pozytywistycznych wzorów.

Tylko przy bardzo powierzchownym oglądzie styl życia Jana w samotni meteorologicznej jest ucieczką od świata. W gruncie rzeczy jest to postawa skierowana na zewnątrz, do ludzi, nacechowana, mówiąc nieco górnolotnie i patetycznie, miłością do drugiego człowieka, tego w gospodzie, w wiejskiej szkole i na jarmarku w Puławach. Miłość jest nierozdzielnie związana z domeną życia społecznego. Jeżeli kochać znaczy mieć pełne miłości nastawienie wobec wszystkich, jeśli miłość jest cechą charakteru, musi ona występować nie tylko w związkach człowieka z własną rodziną i przyjaciółmi, lecz także i wobec tych, z którymi człowiek utrzymuje kontakty poprzez swoją pracę, zajęcie i zawód. Nie ma „podziału pracy" między miłością wobec osób bliskich a miłością wobec obcych. Przeciwnie, warunkiem istnienia pierwszej jest istnienie drugiej[3]. Jeżeli zatem dla Marka oparciem jest życie naukowe, to dla Jana - życie społeczności wiejskiej. Wierność samemu sobie w przypadku Jana nie ma nic wspólnego z egoizmem. Ważniejsze od tego, że żyje on w zgodzie ze swymi przekonaniami, jest to, jakie w istocie są to przekonania.

Z pozoru „ekstrawertyczna", zaangażowana w naukę postawa Marka jest, paradoksalnie, ucieczką od ludzi, od życia. Stąd też, mimo najlepszych chęci, Marek niesie ze sobą chłód emocjonalny, ostrożność w kontaktach z ludźmi, nieprzyjemny dystans. Mógłby być starszym bratem „docenta" z filmu Za ścianą. A przecież powinno być odwrotnie. To on przyjechał z wielkiego świata, to jego życie przebiega między Londynem, Paryżem a Nowym Jorkiem, a oni są prowincjuszami.

Chłód Marka wynika jednak z życia w stałej kalkulacji, pod presją ocen, z maską. Wybór drogi życiowej, którego kiedyś dokonał, z jednej strony dał mu szansę samorealizacji intelektualnej, z drugiej wprowadził do jego egzystencji element gry, tworząc z życia coś głęboko nieautentycznego, nastawionego na zdobywanie punktów, które są miarą sukcesu. Poza swoją pracą właściwie me potrafi rozmawiać o rzeczach ważnych. Nie lubi ludzi, nie jest ich ciekawy. Pewnie nie stać go także na bezinteresowne rozmowy i przyjaźnie. Z ludźmi „ma sprawy", kontakty, ludzie to środowisko. Gdy wspólnie z Janem siedzą w wiejskiej gospodzie przy kuflu piwa w dymie tanich papierosów, zdegustowany i zbrzydzony pyta żartującego ze współbiesiadnikami Jana:

Marek: Słuchaj, czy ty sobie czasem nie umyśliłeś, że jesteś taka „Dobra pani" Orzeszkowej, Judymek.

Jan: Może, do pewnego stopnia.

Marek: O czym ty właściwie z tymi ludźmi rozmawiasz?

Jan: Wiesz, nie zastanawiałem się nad tym, o wszystkim, o wszystkim poza pogodą, na tym to oni się znają lepiej.

Marek: Przyznasz, że nie napawa optymizmem, jak się patrzy na te twarze?

Jan: To zależy jak się patrzy.

Trudno zrozumieć ten stosunek do ludzi komuś takiemu jak Kawecki, dla którego wszystko w życiu służy jasno określonym celom, słowem jest „po coś" W trakcie spaceru po wiejskim cmentarzu Jan odgarnia śnieg ze starego nagrobka.

Marek: Kto tu leży?

Jan: Nie wiem.

Marek: To po co odgarniasz?

Jan: Tak sobie. Na nagrobku napis: Byłem kim jesteś. Jestem kim będziesz. Pamiętaj o mnie, By ktoś o Tobie pamiętał.

To może jedyny, zbyt jednoznaczny, „natrętny" zabieg interpretacyjny nie pozostawiający cienia wątpliwości co do maksymalnie zracjonalizowanej rzeczywistości, w której porusza się na co dzień Marek Kawecki.

„Po coś" okazuje się także przyjazd do dawnego przyjaciela, który nie był ani bezinteresownymi odwiedzinami, ani „podróżą sentymentalną" do czasów młodości, a jedynie misją naukową. Dawny profesor chciałby ściągnąć Jana do Warszawy, oferuje pracę i mieszkanie. Marek misji nie wypełnił, nie przekonał Jana, ale Jan bardzo długo odprowadza wzrokiem odjeżdżający samochód.

Struktura kryształu jest także filmem o nauce. Czym jest nauka? Czy tylko perfekcyjnym doskonaleniem wąskiej dziedziny? Czy też szerokim spojrzeniem na całość ludzkiej egzystencji, kultury, życia społecznego? W głębszej warstwie można by zapewne potraktować Strukturę kryształu jako głos w sięgającej XIX stulecia dyskusji na temat dehumanizacji nauki. Katastroficznej wizji wiedzy naukowej prowadzącej do redukcji osobowości, obojętności wobec autentycznych potrzeb człowieka, nauki stworzonej dla ludzi pozbawionych umiejętności życia społecznego, zdolnych jedynie do funkcjonowania we własnym środowisku. Nauki, która umniejsza zdolności uprawiających ją ludzi do pojmowania najprostszej rzeczywistości bez „całkującej interpretacji".

Skrajny wyraz takim poglądom dał między innymi Witold Gombrowicz w czterowierszu:

Nauka ogłupia,

Nauka pomniejsza,

Nauka oszpeca,

Nauka paczy[4].

Ekranowa obserwacja docenta Marka Kaweckiego, trafiające do nas odpryski informacji o jego karierze naukowej, stosunek do ograniczonych aspiracji Jana skłaniają do bardzo prostej, choć jednocześnie smutnej konstatacji. Nauka nie jest ezoterycznym przedmiotem wyodrębnionym spośród innych spraw człowieka. O jej kształcie decyduje nie tylko typ wykształcenia i indywidualne przekonania, ale także postawy moralne ludzi, którzy ją uprawiają.

Struktura kryształu ma też niezwykły wymiar dokumentalny. Dbając o autentyzm, Zanussi zrealizował cały film w plenerze i naturalnych wnętrzach. Dialogi były jedynie zarysowane i przygotowane do interpretacji aktorskiej. Dźwięk został zarejestrowany synchronicznie z realizacją zdjęć, co spotęgowało wrażenie autentyzmu[5]. Istotny walor dokumentalny tego filmu tkwi jednak w czymś innym. W Strukturze kryształu został zapisany fragment codzienności polskiej inteligencji końca lat sześćdziesiątych. Volkswagen „garbus" jako efekt trzyletniego oszczędzania na stypendium w Stanach, przyjemność oglądania kolorowych zachodnich folderów z niedostępnymi towarami, pianka po goleniu jako symbol zachodniego luksusu, a także inne okruchy ówczesnej rzeczywistości - propagandowy dodatek o puławskich azotach pokazywany przed filmem, jarmark w Puławach, wystawy sklepowe, obyczaje bywalców wiejskiej gospody, wiejska „szkoła tysiąclecia" i jej pomoce naukowe, twarze publiczności, która przyszła na odczyt „docenta z Warszawy".

Zapisały się też rzeczy bardziej subtelne, na przykład zniewolenie języka. Żonę Jana zbrzydził propagandowy dodatek o puławskich azotach, ale jednocześnie pokazując gościowi z wielkiego świata Puławy, wskazując na zakłady, używa tych samych propagandowych sformułowań: Jedna z największych w Europie. Daje połowę ogólnej produkcji krajowej. Wysoka automatyzacja.

Nie mogę raz jeszcze nie wrócić do wspomnianej już na początku niezwykłej logiki konstrukcji, w której drobne, pozornie nie znaczące epizody łączą się z sobą, zazębiają, tworząc niezwykle precyzyjnie zaprojektowaną całość. Do pierwszego poważniejszego spięcia między przyjaciółmi dochodzi w trakcie budowy owego przedziwnego urządzenia „do niczego", z mrugającym światełkiem, które powstaje dla przyjemności lutowania. Jan chciałby w to wbudować pozytywkę, ale nie bardzo wie jak, musi to jeszcze opracować, przemyśleć. Kilka dni później Marek zapala papierosa zapalniczką z pozytywką. Z pozoru nieważne zdarzenie, taka mikroobserwacja (amerykański stypendysta przywiózł sobie zapalniczkę z pozytywką) odsłaniająca jednak (z punktu widzenia Marka) cały bezsens działań na pustkowiu. Właśnie takie mikrosytuacje, zagęszczane coraz bardziej, tworzą materię narracyjną filmu, w którym z pozoru sądząc nic się nie dzieje.

Film Krzysztofa Zanussiego czytany blisko trzydzieści lat od dnia premiery otwiera także inne możliwości interpretacji. Powiedziałabym nawet, że jako jeden z nielicznych polskich filmów tamtego okresu zyskuje na sile wyrazu. Czas wyjątkowo wyostrzył problemy i pytania, które stawiają sobie bohaterowie filmu. Jaki jest koszt moralny sukcesu? Jakie są koszty wysokiej (choć przecież nieuniknionej) specjalizacji zawodowej? Czy sukces osobisty może (powinien?) zbiegać się z użytecznością społeczną? Jaka jest cena rezygnacji z aktywnego życia? Po blisko trzydziestu latach od dnia premiery filmu do tych pytań należałoby zapewne dopisać nowe, bliższe ekonomii.

Nie tak trudno wyjechać dziś do Ameryki, „garbusami" jeżdżą studenci, ale tematy rozmów, które przewijają się przez Strukturę kryształu, pozostają otwarte. Częściej też, jak sądzę, polscy inteligenci podejmują decyzje skrajne.

W kontekście współczesności kuszą także inne propozycje odczytań. Może jest to film nie tylko o konfrontacji postaw, konsekwencji wyborów, ale także o pewnym stylu, więcej, sensie pracy. Pracy, która - jak w przypadku Marka - jest neurozą, parodią życia społecznego, zagłusza samotność, pustkę, daje szanse na liczne zawodowe, powierzchowne kontakty z ludźmi i rozwiązuje tkwiący w nim lęk przed głębszymi związkami uczuciowymi?

Marek, konsekwentny, przebojowy człowiek sukcesu, jest właściwie prototypem polskich „yuppies" z lat dziewięćdziesiątych. Ta sama perfekcja profesjonalna, skuteczność, racjonalizm w każdej sferze życia i nastawienie na zewnętrzną manifestację sukcesu. Dziś zmieniłyby się tylko rekwizyty, atrybuty tego, co jest uważane za sukces.

Gdy ostatniego dnia, po krótkim pożegnaniu, Marek Kawecki wsiada do samochodu, zatrzaskuje drzwi i zakłada okulary, zamienia się natychmiast w „docenta z Warszawy". Włącza muzykę i rusza przed siebie zdecydowanie, szybko, jak gdyby chciał zamknąć za sobą krótki epizod tej dziwnej podróży, wyrzucić z pamięci rodzaj doświadczenia, który nie był przecież czymś przykrym, ale okazał się nie spełnioną misją, gestem nieracjonalnym.

Spotkanie po latach, konfrontacja dwóch tak różnych postaw, diametralnie różnych egzystencji powinna sprowokować obie strony do refleksji, do pytań o cenę spełnionych i nie spełnionych marzeń o samorealizacji, celu i sensie życia, o sukcesie. Tylko, że w praktyce spotkanie dwóch przyjaciół staje się punktem wyjścia refleksji wyłącznie dla Jana. To dylematy i problemy, które mim rozwiązać jedynie Jan, bowiem yuppies takich pytań sobie nigdy nie stawiają.

Przypisy

  1. H. C. Andersen, Baśnie, tłum. S. Beylin, J. Iwaszkiewicz, Warszawa 1969, s. 247-248.
  2. B. Michałek, Marzenia i rzeczywistość, Warszawa 1970, s.102.
  3. E. Fromm, O sztuce miłości, tłum. Warszawa 1971, s. 143. 
  4. W. Gombrowicz, Dziennik (1957-1964), Paryż 1962, s. 247. 
  5. B. Michałek, dz. cyt, s. 99.