„Kino” 2004, nr 7-8

Rzeczywistość dostarcza więcej wrażeń niż fikcja

Bożena Janicka

W tym haśle telewizyjnej stacji Planete, umieszczonym na okładce katalogu tegorocznego krakowskiego festiwalu, nie ma przesady. I ujmuje ono sprawę od właściwej strony: więcej wrażeń, chociaż kilkanaście lat temu powiedziałoby się: więcej prawdy. 


Lecz na problem prawdy patrzy się dziś raczej tak, jak pewien stary chłop z reportażu Macieja Szumowskiego (otworzono festiwal filmem poświęconym osobie i dorobkowi twórczemu tego zmarłego niedawno, wybitnego dokumentalisty). A więc ów stary chłop powiedział przed laty: Nie ma prawdy a po chwili namysłu uściślił: Prawdy jest mało.

Festiwal nie ma już w nazwie dokumentu, a w tym roku po raz pierwszy Złotego Smoka w konkursie międzynarodowym otrzymał film fabularny (brytyjska „Osa”). Ale to chyba jednak dokument pozostał tym, co sprowadza widzów do sali kina „Kijów”. Krótkie fabuły, animacja – owszem też, ale to raczej rodzaj przerywników. Rzeczywistość dostarcza więcej wrażeń niż fikcja; rzeczywistość świata, bo nasza własna już mniej. Wskazałaby na to pełna sala w czasie projekcji konkursu międzynarodowego i zapełniona skromniej, kiedy pokazywano filmy polskie.

O krajowych, jak się wydawało „pewniakach”, pisaliśmy już w „Kinie”. O „Balladzie o kozie” Bartka Konopki – w numerze 4/04, „Born Dead” Jacka Bławuta – w numerze 5/04, „Barze na Victorii” w numerze 6/04. Pewniak, który wydawał się najpewniejszy, czyli „Ballada o kozie”, jurorom się nie spodobał, ale autor pogodził się z tym chyba bez bólu, ma przecież kolekcję nagród, które przywozi z zagranicznych festiwali. A poza tym dostał nagrodę publiczności. Nie pisaliśmy natomiast, bo przed festiwalem było o nim cicho – o zdobywcy Złotego Lajkonika w konkursie ogólnopolskim, „Generacji CKOD” Piotra Szczepańskiego. „Cool Kids Of Death” to nazwa łódzkiego zespołu muzycznego, którego członkowie są bohaterami filmu.

Dla chleba i dla kasy

„Bar na Victorii” i „Generacja CKOD”: wydawać by się mogło, że opowiadają o światach bardzo od siebie odległych, lecz to tylko skrajne postacie tego samego zjawiska, jakim jest szukanie sobie miejsca w innym niż wczorajszy świecie. „Bar...”: dwóch młodych bezrobotnych, którzy chcą tylko jednego: wyjechać z Polski, jak kiedyś, „dla chleba”, by gdziekolwiek załapać jakąkolwiek robotę. „Generacja...”: młodzi ludzie, wykształceni, „z dobrych domów”, których ambicje były, jak się zdaje, nieporównanie większe: sława i pieniądze, jak określono by podobny program kiedyś. Sami mówią – „dla kaski”, co brzmi o wiele nowocześniej. Chcieli się wykreować – i wykreowali – na bardów sfrustrowanej młodzieży z blokowisk i bieda-ulic, wyrazicieli buntu tamtych. Nie oni pierwsi wpadli na pomysł, by użyć do tego celu estrady, mikrofonów i wzmacniaczy, lecz to nie muzyka jest ich mocna stroną. Gdyby o nas nie mówili w telewizji, po kilku koncertach ludzie przestaliby przychodzić, bo zorientowaliby się, że nie umiemy grać – stwierdza w przypływie samokrytycyzmu jeden z członków zespołu. Ale chyba przesadził, ich siłą nie jest muzyka, lecz coś innego. Co? Prawda, oczywiście; tyle że dla fanów zespołu problem prawdy jest prostszy niż dla chłopa z reportażu Szumowskiego. – Kocham was, bo mówicie prawdę – deklaruje liderowi zespołu swe uczucia jedna z wielu fanek. – A co to jest prawda? – pyta niczym Piłat ów lider. – Prawda to jest to, czego my chcemy słuchać – odpowiada dziewczyna. Nie wiadomo, kim chciałaby zostać w przyszłości, ale powinna – politykiem. Oni zresztą też; wiedzą, o co chodzi. Umieją sprzedawać prawdę jako kłamstwo (jawna deklaracja „dla kasy” sugeruje przecież, że to tylko taki szpan) i kłamstwo jako prawdę (wmawiają tym bez szans, z bieda-ulic, że z nimi jest tak samo, że też żadnych szans nie mają).

Gdyby ktoś doszedł teraz do wniosku, że Piotr Szczepański zrobił film z tezą, pomyliłby się, na szczęście. Autor filmu, rówieśnik swoich bohaterów, nie podpowiada żadnych interpretacji, ocenę sportretowanego zjawiska pozostawiając widzowi. Chociaż formułka „widz oceni sam” do filmu Szczepańskiego też jakoś nie pasuje; jest klasyczna, czyli wczorajsza, tymczasem film utrzymany jest w stylistyce jak najbardziej współczesnej. Przypomina dzisiejszą reporterską relację, kiedy to operator używa kamery tylko jako narzędzia zapisu, nie mając czasu, możliwości ani chęci, by ustawiać kadry i podinscenizowywać sytuację. Fotografuje i słucha swoich bohaterów, owszem, za ich zgodą, ale musi pracować pospiesznie i trochę chaotycznie, licząc się z tym, że w każdej chwili mogą mu powiedzieć: a teraz spadaj.

Lampa naftowa i karabin

„Prawdy jest mało”, ale w obrazach współczesnego świata, jakie rejestrują dzisiejsi dokumentaliści, ona jednak jest. Przedstawiając widzom kilkadziesiąt dokumentów, oferuje im się szansę, by zbudowali sami pewną syntezę. Dokument szuka zjawisk szczególnie wyrazistych, lecz pokazując skrajności wywołuje również pytanie, dlaczego dzieje się na świecie tak, jak się dzieje. A jeśli wyraźnie sugeruje odpowiedź – bo bywa i tak – budzi sprzeciwy, oburzenie i zdobywa Złotą Palmę w Cannes, jak „Fahrenheit 9/11” Michaela Moore’a.

Dokumenty, które zobaczyliśmy w Krakowie, ukazują najczęściej zjawiska, o których adresat tych filmów tylko słyszał lub widział odpryski w telewizji. Często – co tu kryć – interesują widza właśnie dlatego, że ukazując obrazy pełne grozy nie dotyczą go bezpośrednio. Widz festiwalowych pokazów i abonent odpowiednich kanałów tv mieszka bowiem najczęściej w bogatych miastach i ani nie dotknęły go wojny ostatniej dekady, ani nie musi codziennie walczyć o byt w jakichś zapadłych kątach świata, gdzie z dobrodziejstw cywilizacji znana jest tylko lampa naftowa. Albo lampa naftowa i karabin.

To te filmy należałoby pokazywać podczas dyskusji i sporów o globalizację. Dostarczyłyby argumentów obu stronom.

Zawód: reporter

W reportażu „Widziane z boku” autorka szuka śladów swej rówieśnicy, ranionej w Sarajewie w czasie wojny w Bośni. Zdjęcie rannej dziewczyny, leżącej na bruku w kałuży krwi, przyniosło autorowi nagrodę w konkursie World Press Photo ’93. Zwierzał się potem w wywiadach, że wytrzaskał wtedy trzy rolki filmu. Może to jego należałoby odnaleźć po latach? Ale wiadomo, co by odpowiedział: Wykonywałem swój zawód. W ostatnim ujęciu filmu autorka mówi do kamery: Wojny odchodzą, reporterzy podążają za nimi tam, gdzie toczy się następna, my zostajemy z pamięcią o naszych.

Wojny, które odchodzą: iracko-irańska z lat 80. w filmie „Arka Noego”, ukazana przez wraki martwych okrętów, straszące nadał u brzegów Zatoki Perskiej. Wojny, których końca nie widać: Izrael i Palestyńczycy. W filmie „O rzut kamieniem” – kilkunastoletni chłopcy z obozu uchodźców w pobliżu Betlejem, przepełnieni nienawiścią do Izraelczyków. W filmie „Na tyłach wroga” – izraelski policjant i palestyński dziennikarz (poznali się przed laty na neutralnym gruncie, w Japonii) próbują jakoś się porozumieć, ale trudno mieć złudzenia: porozumienie nie jest możliwe. Wojny o których nikt nie wie: czystki etniczne i wypędzenia w Birmie, gdzie junta wojskowa próbuje wyniszczyć mniejszości etniczne, („Nie izoluj mnie: major Mary i uchodźcy z birmańskiego ludu Karen”). I najlepszy w tej grupie filmów: „Miguel, ne terren (na froncie)”, opowiadający o Miguelu Gilu, hiszpańskim korespondencie wojennym, który w roku 2000 zginął w czasie wojny w Sierra Leone. Był inny niż ci, którzy tylko wykonują swój zawód. Filmował wojny na Bałkanach, w Czeczenii, w Afryce, ale starał się również pomagać ludziom. Imiennik twórcy postaci „Don Kichota”, miał w sobie coś z bohatera powieści Cervantesa (nawet fizycznie; jego twarz kojarzy się nieodparcie z tamtą postacią).

Reporterka z Sarajewa pyta pod koniec: W jaki sposób mam opowiedzieć kiedyś o tym córce? Lecz pamiętając o naszych doświadczeniach, trudno nie pomyśleć: ale czy córka będzie w ogóle chciała tego słuchać? A jeśli nie – to gorzej czy lepiej? Czy w obojętności następnych pokoleń wobec wojen ich rodziców nie należałoby widzieć raczej nadziei, że przeklęte ciągi nienawiści mogą kiedyś zostać przerwane?

Na wschód od Zachodu

Globalizacja i cywilizacyjne zacofanie, ogromnie ciężkie życie w bardzo wielu miejscach na świecie, także blisko nas; czy globalizacja przyniesie ludziom ulgę czy przeciwnie, pogłębi przepaść pomiędzy bogactwem a biedą?

„Oya”, czyli kamera w wiosce Republiki Komi (część Federacji Rosyjskiej, w sensie  geograficznym – jeszcze Europa). Alterglobalista mógłby tu zwątpić w swą ideę; to w tej wiosce jedynymi zdobyczami cywilizacji jest lampa naftowa i karabin, a reszta – jak w głębokim średniowieczu. Ale zwątpiłby również globalista, gdyby wiedział (w filmie się o tym nie mówi, tematem jest tylko życie mieszkańców wioski), że na tych ziemiach rozciągał się Archipelag Gułag (Workuta, Uchta, Ina, Peczora), bo jest to kraina bogata w węgiel, ropę naftową, gaz ziemny, tytan, że są tu teraz drogi i linie kolejowe, obiekty przemysłowe i miasta lecz zbudowali je więźniowie.

„Kola”: to już blisko, wieś na Białorusi. Prymityw cywilizacyjny, bieda, ale nie ma co udawać, że zupełnie inaczej niż bywa i u nas. We wsi prawie sami starzy – i jedna młoda rodzina, chyba mimo wszystko szczęśliwa. „Złota chata”; wioska w Karpatach na Węgrzech, latem wypas bydła, trzody i owiec na górskich łąkach. Tu już przyjechaliby chętnie spragnieni prymitywu alter-turyści. Ale nie wiadomo, jak długo by wytrzymali, widząc straszliwie ciężką pracę, bez żadnych udogodnień technicznych, którą przy obrządku inwentarza muszą wykonywać kilkunastoletni chłopcy, według miejskich kryteriów – dzieci.

I jeszcze jeden obraz z niedaleka – „Landszaft”, czyli portret małego rosyjskiego miasta i tamtejszych ludzi. Obraz niezwykły ze względu na pomysł formalny i zaszyfrowaną w pomyśle postawę autorów. Coś z kina Zbigniewa Rybczyńskiego: powolna panorama okiem kamery, która – chyba? – stoi w miejscu, obracając się wokół swej osi. A potem długa jazda wzdłuż bezładnej kolejki ludzi, którzy na coś czekają. Tłum, co najmniej sto osób. Okaże się, że czekają na spóźniające się autobusy, słowem jesteśmy, jak powiedziałoby się u nas, na dworcu PKS. W trwającej wiele minut panoramie kamera fotografuje twarze, nie zatrzymując się dłużej przy żadnej, jednocześnie mikrofon łapie strzępy tego, o czym ludzie rozmawiają. Z twarzy i zasłyszanych fragmentów rozmów powstaje obraz świata, w jakim ci ludzie żyją – i tego świata można się przestraszyć. Najczęstszy temat rozmów, a raczej utyskiwań – to wódka, pijaństwo mężów i synów (wśród oczekujących przeważają kobiety); oni piją i biją, piją i kradną – a one utyskują, i tyle. I twarze. Na żadnej ani razu nie pojawił się uśmiech. Ani uśmiech, ani to światełko, które mają w spojrzeniu ludzie żyjący czymś jeszcze, oprócz zaspokajania podstawowych potrzeb. Autorzy posłużyli się takim pomysłem formalnym, by nikt nie mógł zarzucić im tendencyjności? Mówią w ten sposób widzowi: niczego nie wybieraliśmy. Tak to wygląda.

Sabra i Dalajlama

Każdy zna ten odruch: gdybym ja nagradzał, dałbym Grand Prix – itd. Ja nagrodziłabym izraelski „Shiva dla mojej matki” (shiva to sześciodniowa stypa, krewni i przyjaciele odwiedzają w tym czasie dom żałoby). Film nakręciła jedna z córek (dzieci zmarłej są już dojrzałymi ludźmi, dorosłe są też wnuki). Filmuje dom pełen odwiedzających, wspomnienia i rozmowy o zmarłej, która była sabrą, czyli urodziła się na ziemi obecnego Izraela (co w jej pokoleniu należało do rzadkości). Wyszła za mąż na imigranta z Niemiec, wybitnego lekarza, później profesora. Dzieci przeszły drogę przez kibuce i służbę w armii. Oczywiście także wyższe studia; orientujemy się, że należą dziś do izraelskiej elity. A jednak ci nowocześni, wykształceni ludzie, którzy z lekkim uśmiechem wspominają fanatyczny syjonizm matki i z takim samym uśmiechem, że ojciec (który od lat nie żyje) nazywał ją czasami orientalną beduinką, mówią o ojcu: Niemiec, chociaż był Żydem. Próbują rozmawiać o nim z wiekową lekarką, podobnie jak on imigrantką z Niemiec. Słyszą, do czego nie mogła przyzwyczaić się w Izraelu: raził ją brud, chaos, gadulstwo. Prawdopodobnie to samo musiało razić ich ojca, kiedy wypominał ich matce „orientalność”. Orientalne sabry i zachodnie yekki; zderzenie światów. Przeszłość, ale nie tylko: oto wnuki zmarłej widzą w swojej matce – ku jej zaskoczeniu – cechy babki. Słyszy ze zdumieniem: Wychowałaś nas na spadochroniarzy. A na pogrzeb zmarłej i jej shivę nie przyszedł nikt z przyjaciół ojca, czyli yekki.

Niezwykły film o skomplikowanych procesach psychospołecznych, tu zobaczonych od wewnątrz, o jedynym w swoim rodzaju eksperymencie, poświadczonym historią rodziny. Ale nagrody nie dostał; Złoty Smok przypadł fabularnemu filmikowi „Osa”...

I jeszcze film, który trudno zapomnieć – „Zakazana drużyna”, chociaż w tym przypadku nie można mieć pretensji do jurorów, że go nie zauważyli: jest bardzo skromny. Zrealizowali go Duńczycy, lecz zbiorowym bohaterem jest tybetańska drużyna piłki nożnej. Tybetańska, chociaż zawodnicy mieszkają w Indiach; są to uchodźcy z pozbawionego niepodległości Tybetu. Jako piłkarze – amatorzy, oczywiście. I oto zaproponowano im, żeby rozegrali w Danii międzynarodowy mecz z reprezentacją Grenlandii. Nikt z nas nie wie, jaka jest ta Grenlandia – mówi chłopak z drużyny – ale oni też nie wiedzą, co to jest Tybet. Żeby mecz doszedł do skutku, muszą pokonać olbrzymie trudności: są przecież bezpaństwowcami, a pierwszego prawdziwego trenera (przyjechał do nich z Danii) zobaczyli na miesiąc przed meczem. A jednak pojechali. I oto za chwilę zacznie się mecz; boją się, że przywita ich cisza. Wbiegają na murawę boiska – i widzą flagę ich kraju, wypełniony po brzegi stadion wiwatujący na powitanie – ich, narodowej drużyny Tybetu... Wygrali, chociaż mecz zakończył się wynikiem 1:4 dla Grenlandii.

A Dalajlama powiedział potem z uśmiechem: My w klasztorze też graliśmy w piłkę, ale musiała być mała, bo klasztor był nieduży.

I po tym skromnym filmie oklaski były najgorętsze i trwały najdłużej.