„Newsweek” 2004, nr 3

Rachunek za piwo

Wiesław Kot

Nie bierz się za rządzenie państwem, jeżeli nie jesteś w stanie zapłacić za piwo, które obiecałeś wyborcom. Takie przesłanie głosi najnowsza ekranizacja książki „Ubu król”.


Reżyser Piotr Szulkin oparł swoje dzieło na motywach słynnej sztuki Alfreda Jarry’ego jeszcze z roku 1888. Francuski autor osadził sztukę „w Polsce, czyli nigdzie”, bo jakaś tam odległa kraina wydała mu się idealnym miejscem do umieszczenia pewnego szczególnego eksperymentu: przechwycenia władzy przez głupiego, ale na swój sposób sprytnego populistę.

Szulkin przejął od Jarry’ego główne motywy, ale uzupełnił je współczesnymi realiami. 

Jego Ubu (brawurowy Jan Peszek) ma cechy komunistycznego satrapy w typie Gomułki i zarazem wiele cech populisty typu Leppera. To parweniusz, który zręcznie manipuluje tłumem, byle tylko dobrać się do władzy. Ale kiedy już osiąga cel, szybko okazuje się, że rządzenie najzwyczajniej w świecie go przerasta. Trywialne? Niekoniecznie – bo Szulkinowi udaje się nas przekonać, że jego film to nie tylko kino. To kawałek życia na ekranie.

Za pomocą czytelnych aluzji reżyser pyta, co by było, gdyby na fotelu premiera zasiadł we współczesnej Polsce populista, który jest mocny tylko w gębie. Oto on – Ubu. Chce korony, bo to najkrótsza droga by wreszcie „nażreć” się do syta. Na drodze po władzę uderza obłudnie w najwyższe patriotyczne tony: „Skoro naród jest dobry i mądry, dlaczego los karze nas takim poniewieraniem?” – pyta w karczmie, z łatwością trafiając do głów otumanionych piwem. Ta niskoprocentowa lura pełni w jego szemranej kampanii politycznej rolę kluczową: „Piwo dla ludu” – to hasło, które chwyta. I dzięki niemu monarchia zostaje obalona. Ubu, nasadziwszy sobie koronę na uszy, pędzi do podziemi rabować skarbiec. Ale ten śnieci pustkami. Co zostało dla Ubu? Święte sarkofagi, w których spoczywają prochy zasłużonych przodków, i sztandary z historycznych bitew...

I Szulkin pokazuje całą bezradność cynicznego durnia, który wczepił się we władzę rękami i nogami, ale nie wie, co to znaczy sprawować rządy. Sztab doradców-miernot podsuwa mu najbardziej niedorzeczne pomysły. Zwłaszcza gospodarcze, np. każdy obywatel będzie zobowiązany oddać państwu daninę z „grówna" (tak to, nie nazywając rzeczy po imieniu, określa się na ekranie wiadomo co). Wielkie zasoby zaczną fermentować i wydzielać gaz, który przerobi się na paliwo, a z tego, co zostanie, wydestyluje się upragnione piwo. Jednak wymaga to czasu – a lud się niecierpliwi. Ubu rzuca więc nowe hasło: „Do demokracji najbliżej przez browary i więziennictwo”. Zwłaszcza więziennictwo. Krzyczy więc na wiecach: „Nie ma wolności bez ucisku". Ale i to na nic, bo piwa jak nie było, tak nie ma. Król wpada więc na kolejny pomysł: należy znaleźć zdrajców, którzy knują, aby lud się piwa nie doczekał.

Znamy to? Znamy – mówi Szulkin. Przecież to jest karykaturalna powtórka z dyktatury hitlerowskiej i stalinowskiej, ale także déjà vu naszej skromnej dyktatury w wydaniu bierutowskim czy gomułkowskim. Nie przypadkiem na uroczystych akademiach organizowanych przez Ubu chłopcy noszą czerwone chusty, a dziewczęta, deklamując wierszyk, oddają wodzowi swoje ulubione skakanki, aby mógł na nich powiesić wrogów ludu.

Czy jednak Szulkin zajmuje się wyłącznie rozliczaniem przeszłości? 

Nie. Bo Ubu i jego dwór są w swoim sposobie bycia bardzo współcześni i łatwo ich sobie wyobrazić we wnętrzach siedzib naszego rządu, parlamentu czy nawet w pałacu prezydenckim. Ubu pokazuje, że od dyktatora kanapowego do dyktatora trzęsącego całym państwem jest tylko jeden niewielki krok. I bardzo łatwo ten krok zrobić. 

Labirynty przyszłości

Piotr Szulkin (rocznik 1950), ulubieniec fanów ambitnego kina, w 26-letniej karierze nakręcił osiem filmów. Postawił nie na ilość, lecz na jakość. Zawsze dba o rewelacyjną obsadę (Ubu – Jan Peszek). Dawniej wielkie role zagrali u niego m.in.: Marek Walczewski („Golem” 1979), Roman Wilhelmi („Wojna światów” 1981) i Jerzy Stuhr („O-bi, O-ba. Koniec cywilizacji” 1984).

Ale dobór i prowadzenie aktorów to tylko połowa sukcesu reżysera. Szulkin wykreował własne kinowe uniwersum: to mroczny świat totalitarnej przyszłości, w którym jednostka zwykle bywa niczym. Te ostrzegawcze, ale i bardzo sugestywne wizje dały reżyserowi już 14 nagród na prestiżowych festiwalach, m.in. w Madrycie i Trieście.