"Reżyser" (dodatek do "Kina") 2001, nr 7-8

Prawda ukryta pod maską

Rozmowa z Grzegorzem Packiem, laureatem Złotego Lajkonika. Magda Lebecka


Magda Lebecka: Kiedy parę lat temu rozmawialiśmy w tym miejscu przy okazji "Listu z Argentyny" powiedział pan, że fascynację Gombrowiczem chciał pan przekuć w rzecz różną od banalnej biografii. Powstał więc fascynujący dokument poszukiwania nieistniejącego syna pisarza. Teraz, oddając kamerę swoim bohaterom, uczynił ich pan współtwórcami obrazu, wytrącił z funkcji obiektów, ponad którymi reżyser prowadzi swoją grę z widzem. Zabieg upodmiotowienia ma szczególne znaczenie w odniesieniu do środowisk i ludzi, którzy często bywali instrumentalnie traktowani przez filmowców. Czy taka była intencja?

Grzegorz Pacek: Ludzie na ogół są zamknięci w sztywnych ramach wyuczonych póz, przyjęli maski, w których odgrywają znane sobie role. Zadaniem filmowca jest dotarcie do jakiejś prawdy ukrytej pod maską. Pomysł z fikcyjnym synem Gombrowicza służył temu, by przyjaciół pisarza wytrącić z roli "zawodowych opowiadaczy" o jego życiu. Tu było podobnie. Próbowałem znaleźć sposób, aby przebić się przez tę cwaniacką, knajacką pewność siebie bohaterów. Nie do końca się to udało. Nie wiem czy okazało się to z korzystne dla filmu, ale oni bardziej się do mnie przywiązali niż przede mną otworzyli. A odpowiadając na pani pytanie o odprzedmiotowienie... Nie myślałem o tym. Ale uważam, że w bohaterze lub w sprawie, którą się podejmuje w filmie, trzeba się zakochać. A ja się w nich zakochałem dlatego, że dostrzegłem w ich oczach coś jeszcze niezmąconego - dobroć i radość; coś, co za chwilę zostanie bezpowrotnie stracone. I dlatego zrobiłem ten film.

— Wróćmy do genezy...

— Wynajmowałem kiedyś na Pradze w obdrapanej, brzydkiej kamienicy tanie mieszkanie i tam zetknąłem się ze światem tych dzieciaków, z ich wszystkimi problemami, z wszechogarniającą biedą. Zapadło to we mnie głęboko, i powróciło pomysłem na film. Ale bohaterami nie mogły być znajome dzieci z kamienicy, bo one podrosły i przeszły już na tę złą stronę. Do swoich postaci dotarłem przez ludzi, którzy zajmują się takimi dziećmi. Powstało 40 godzin materiału zdjęciowego.

— Impresyjną strukturą, oddającą amorficzność życia, zachwycił Kazimierz Karabasz. Ale metoda, którą przyjął Pan realizując ,,Jestem zły", nie jest uniwersalna. Tak jak koncept z Gombrowiczem - jest pomysłem na jeden film.

— Miło słyszeć, bo jest to zgodne z moim poglądem. Może to metafizyka, ale uważam, że każdy temat wymusza inną formę, każda historia niesie w sobie wewnętrzną strukturę i sposób jej opowiedzenia. Wyzwaniem dla autora jest jej odnalezienie i odczytanie.

— Gdzie jest następny bohater, w którym może się pan zakochać?

— W RPA. To prawdziwy król, poeta życia. Jest Polakiem, który jako dziecko przeżył wywózkę na Sybir. Potem przez Kazachstan, Chiny, Indie, Persję - dotarł do Palestyny. Wykształcony w Anglii, jako dojrzały człowiek wyemigrował do Afryki Południowej. Poznałem go przez niezwykłe listy pisane do przyjaciela. A ostatnio miałem okazję go odwiedzić.

— Przy okazji pokazu filmu "Jestem zły"?

— Tak, w ramach międzynarodowej konferencji telewizji publicznych. Najbardziej ucieszyła mnie reakcja Murzynów - mieszkańców dzielnic nędzy w Kapsztadzie. Ponieważ warunki życia są tam nieporównanie bardziej tragiczne, obawiałem się, że obraz w moim filmie będzie zbyt delikatny; to, co może nas szokować, nie będzie dla nich czytelne. Jednak po pokazie mówili, że getta na całym świecie są takie same - nie chodzi o nędzę materialną, tylko o mentalność, o szerzące się zło dobijające te dzieciaki.

— Nie zraziły ich rasistowskie wypowiedzi?

— Nie, skoro kazali mi przekazać chłopakom z Pragi, że czarni chłopcy są z nimi.