„Kino” 2007, nr 12

Pora umierać

Błażej Hrapkowicz

Trzeba przyznać, że Dorota Kędzierzawska dużo ryzykowała, podejmując decyzję, że zrealizuje film właściwie z jedną tylko bohaterką. Pani Aniela bowiem to osoba samotna, która za towarzysza ma jedynie wierną sukę Filadelfię. Nie odwiedza jej nikt poza synem i wnuczką, a i ci czynią to dość sporadycznie. Jej dęte, celne, pełne humoru obserwacje i uwagi są więc siłą rzeczy przeznaczone tylko dla uszu zwierzęcia. To zatem swoista postać monodramu, który – aby zainteresować widza – wymaga wybitnej osobowości aktorskiej i wysokich umiejętności reżyserskich. Na szczęście Kędzierzawska potrafi frapująco – i w oszczędnej formie – opowiadać o człowieku, a grająca główną rolę Danuta Szaflarska dosłownie przykuwa do ekranu swoją wspaniałą kreacją. Na aktorce ciążyła zresztą największa odpowiedzialność, musiała wszak udźwignąć na swych barkach cały film, jego wymowę, wnioski, przesłanie. Taka natura monodramu.


 Treść „Pora umierać” sprowadza się więc do działania głównej bohaterki, a zwłaszcza jej reakcji na to, co się dzieje wokół, reakcji, które wnikliwie śledzi obiektyw Arthura Reinharda. A treść ta jest złożona, bowiem Dorota Kędzierzawska opowiada o kilku ważnych sprawach, które łączą się w spójną całość Co jest przedmiotem zainteresowania reżyserki? Na pewno starość. Autorka ucieka jednak od sztampowego ujęcia tego tematu. Portret osoby w ostatniej fazie życia jest tu złożony, nie kończy się na najbardziej prozaicznych aspektach starości (kłopoty z pamięcią, życie wspomnieniami), choć w tym portrecie są również obecne.

Pani Aniela, jak już się rzekło – jest samotna, za jedynego rozmówcę ma psa (nawiasem mówiąc, sprytny to zabieg reżyserski, wprowadza bowiem humor i zapobiega monotonii). Syn i wnuczka odwiedzają ją rzadko, a sąsiedzi także nie przejawiają zbytniego zainteresowania jej osobą. Ot, znak naszych czasów: starsi ludzie przestają być potrzebni. A więc – starość nie radość? Nie całkiem, ponieważ pani Aniela ma w sobie godność i dostojeństwo połączone z ogromnym doświadczeniem oraz ironicznym poczuciem humoru, dzięki czemu dystansuje się od mało przyjaznego świata albo udowadnia mu, że nie da sobą pomiatać; gdy lekarka gburowatym tonem powie do niej: Niech się rozbierze! – pani Aniela odpowie: Niech się pocałuje w d…!

A zatem starość w ujęciu ambiwalentnym – skazująca bowiem w dzisiejszych realiach na samotność, ale i dająca swoistą siłę oraz poczucie własnej wartości. To jednak nie wszystko, ponieważ tzw. jesień życia jest także – jakkolwiek schematycznie to brzmi – nieodłącznie związana ze wspomnieniami. Kędzierzawska wprowadza jednak ten wątek jakby mimochodem, unikając wszelkiego sentymentalizmu. Refleksji bohaterki nad własną przeszłością towarzyszy również refleksja nad dzisiejszym światem – trafna i cokolwiek pesymistyczna.

Damą z minionej epoki nazwała reżyserka główną postać swojego filmu w wywiadzie dla „Kina”. Istotnie, pani Aniela została wychowana w oparciu o system wartości, który już nie przystaje do dzisiejszego świata. Stąd też jej gorzkie, ironiczne komentarze dotyczące rzeczywistości. Bo jak można nie popaść w rozgoryczenie, kiedy wokół króluje arogancja, kult pieniądza, pogarda dla drugiego człowieka, podczas gdy samemu wyznaje się zasady zgoła inne: szacunek dla innej osoby, uprzejmość w kontaktach międzyludzkich, uczciwość? Panią Anielę zdumiewa bezczelność, z jaką sąsiedzi próbują od niej odkupić dom, nazywany przez nich ruderą i kręcąc głową zwraca się do swego psa: Widzisz, co się wyrabia? Szkoda gadać.

Drugim ważnym tematem, jaki podejmuje autorka filmu, są więc wartości, które odeszły w niepamięć. Oglądając „Pora umierać" możemy sobie uzmysłowić jak bardzo niektóre zachowania – skandaliczne przecież – gotowi jesteśmy uznać za coś normalnego, jak bardzo abstrakcyjne wydają nam się pryncypia pani Anieli, będące ni mniej, ni więcej tylko normami przyzwoitości. Gdy Kędzierzawska dotyka tych problemów, jej film robi się dość smutny, zmierzając tym samym do punktu kulminacyjnego, sceny absolutnie kluczowej, która jest wykładnią tego, co w filmie najważniejsze – meritum jego przesłania.

Oto własny syn chce ją po prostu oszukać, wyłudzając akt darowizny i sprzedając dom bez jej wiedzy. Jest to cios, który mało jej nie załamał. Postanawia dramatycznie umrzeć i rozpoczyna cały rytuał: zakłada czarną suknię, kładzie się na łóżku i zapala świece. I naraz staje się rzecz niespodziewana: starsza pani gwałtownie zrywa się na nogi po czym strofuje samą siebie słowami: Pora umierać? Czyś ty zwariowała? Scena z pozoru zaskakująca, ale gdyby zastanowić się nad znaczeniem kilku innych sekwencji, można dojść do wniosku, że jest ona zwieńczeniem pewnej myśli, wokół której zbudowane jest dzieło Kędzierzawskiej.

Co bowiem robi pani Aniela, poza utyskiwaniem na rzeczywistość i rozmowami ze swoim psem? Otóż wychodzi na przykład z domu podczas burzy, zachwycona lejącymi się na nią strugami deszczu, wzbija się pod niebo na swojej ogrodowej huśtawce ciesząc się przy tym jak dziecko – i po raz kolejny zadaje sobie pytanie: Czy ja zwariowałam? Nie – zdaje się odpowiadać za nią reżyserka – to nie obłęd. To radość życia. Radość tym większa, że czerpana u jego schyłku.

W „Pora umierać” ową główną myślą jest właśnie przedstawienie życia pojmowanego jako dar. Wysmakowane zdjęcia Arthura Reinharta podkreślają piękno otaczającego nas świata, na które wielu przestało zwracać uwagę. Panią Anielą – w chwili, gdy zrezygnowała z umierania– kierowała więc chęć dalszego doświadczania tej swoistej urody życia, bowiem takie pragnienie przetrwało w niej mimo wszystko. Kierowało nią jednak także pragnienie odnalezienia zgubionego sensu, a więc w istocie – spokojnej śmierci, śmierci cichej, godnej, która byłaby właściwym zwieńczeniem niełatwej, owszem, ale w gruncie rzeczy wartej zachodu egzystencji.

Gdzie pani Aniela odnajduje ów sens? W szlachetnym geście wobec innych ludzi – geście jakby na przekór otaczającemu ją światu, ale nie wynikającym bynajmniej z samej przekory. W końcowych scenach po jej domu biegają dzieci z ogniska muzycznego, któremu willa została ofiarowana. Wokół panuje harmider i chaos. Pani Aniela tymczasem z uśmiechem udaje się na werandę, siada w fotelu i umiera. Tak po prostu – bez dramatyzmu, patosu, rozdzierania szat; przeciwnie – spokojnie, akceptując fakt, iż nadszedł czas, aby zejść ze sceny. Zresztą śmierć ma swoje pozytywne strony, bo jak stwierdza pani Aniela: Przynajmniej nie będę zmuszona pić herbaty z kubka. Skąd dochodzi do nas ten dowcipny komentarz? Zza grobu? Z nieba, dokąd zabiera nas na koniec kamera Reinharta? Tego już nie wiemy.

Wiemy natomiast, że śmierć jest naturalną koleją rzeczy, że jest nieodwołalnie wpisana w naturę. Dorota Kędzierzawska celebruje w swym filmie życie, ale i oswaja śmierć. Z humorem, lekkością, wrażliwie przedstawia portret kobiety, dla której istnieje przeszłość i teraźniejszość, ale przyszłość stoi pod znakiem zapytania. Podobnie jak bohaterka jej filmu, reżyserka odrzuca minorową tonację – w „Pora umierać” dominuje radość egzystencji i pogodna zgoda na wszelkie jej przejawy, także te, z którymi ciężko jest nam zwykle sobie poradzić, w tym nieunikniony koniec. Mało jest w naszym kinie obrazów mówiących o trudnych sprawach w tak przystępny, a jednocześnie mądry sposób, mało jest filmów przyglądających się z bliska zwykłemu człowiekowi z taką sympatią, uwznioślających codzienność, opowiadających o niej bez filozoficznego zadęcia i sentymentalizmu, ale też bez przesadnego dystansu. A przede wszystkim mało jest filmów optymistycznych i krzepiących, które nie grzeszą przy tym naiwnością. Film Doroty Kędzierzawskiej wypełnia tę lukę.