„Kino” 1996, nr 11

Outsider Skolimowski

Tadeusz Sobolewski

 Małgorzata Furdal – italianistka, koneserka kina, ciekawa ludzi nie mniej niż filmów – od dziesięciu lat przygotowuje na zamówienie włoskich festiwali (głównie Turynu) retrospektywy polskiego kina. Robiła już szkołę polską. Był Kieślowski, Marczewski.
Teraz przyszła kolej na przypomnienie Skolimowskiego, o którym ostatnio mało się słyszy.


Z każdej z takich imprez pozostaje ilustrowane wydawnictwo na kredowym papierze: przygotowana przez Małgorzatę antologia dawnych i nowych tekstów krytycznych, specjalnie robione wywiady-rzeki.

Nie zapomnę autokaru, wypełnionego twórcami szkoły polskiej, którym nas wieziono z Turynu do zamku San Michele: Stawiński, Wójcik, Kutz, Morgenstern. Osobny, milczący Has. Bolesław Michałek i Rafał Marszałek. Oraz Roberto Turigliatto i Małgorzata Furdal jako gospodarze festiwalu. Brakowało tylko Wajdy. Pamiętam Kutza, pięknie opowiadającego włoskiej publiczności, ujęcie po ujęciu, scenę miłosną z „Nikt nie woła”, którą mu bezpowrotnie zniszczyła ówczesna cenzura. Później, w hotelowym hallu, opowiedział nam kilka scen z istniejącej dopiero w wyobrażeniu „Śmierci jak kromka chleba”. Wydawało się wtedy, w 1987, że to będzie wielki film.

Kino polskie widziane z Turynu wydawało się tworem indywidualnym jak poezja. Dobrze znane filmy oglądałem jak gdyby gołym okiem. Były wyłączone z całego dwuznacznego kontekstu społeczno-politycznego, pozbawione tej nieznośnej, pedagogicznej, radzieckiej otoczki, która towarzyszyła u nas dziennikarskiemu pisaniu o rodzimym kinie. Bo też w Peerelu kinem zajmowały się osoby o temperamencie działaczy, surowych belfrów (zresztą cały system przypominał szkołę). W „Miazdze” Andrzejewskiego, a właściwie w dołączonym do niej dzienniku pisarza z początku lat 70., znajduje się taka oto karykatura; Redakcja tygodnika filmowego (pismo ma charakter popularny), w której liczny (jak wszędzie) zespól redakcyjny składa się prawie wyłącznie z ludzi niemających z filmem nic wspólnego, a skierowanych do tej pracy, gdy w różnych latach i z różnych powodów, zawsze jednak politycznych, byli usuwani z wyższych stanowisk i przestawiani na tzw. boczny tor. Dawny ubek, naukowiec-socjolog usunięty z Partii za rewizjonizm, wybitny w swoim czasie (w okresie Października) aktywista partyjny, wykolejony politycznie działacz młodzieżowy, podstarzały arystokrata zaplątany w jakieś źle widziane kontakty z zachodnimi dziennikarzami, były cenzor, były instruktor rolniczy i z ostatniej fali „czystek": wieloletnia na odpowiedzialnym stanowisku pracowniczka Filmu Polskiego...

W jednej z etiud szkolnych Skolimowskiego – balladzie pod tytułem „Hamleś” – szemrane, artystyczne towarzystwo w warszawskich ruinach, czyli tak zwanym „pekinie”, odgrywa sobie a Muzom tragedię Hamleta. Nagle do akcji wkracza, „chwiejąc się”, Fortynbras. Trzyma w ręku organ Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej „Przyjaźń". On tu najwyższym jest prasy cenzorem! – śpiewa patetycznie narrator. Tak oto reakcyjny, prywatny dramat indywiduów zostaje wpuszczony w inną sytuację i zakończony przymusowym happy endem. W krótkim, śmiesznym filmiku z 1962 roku mimochodem zawarły się losy szkoły polskiej, której pesymizm został ukrócony przez władze.

Oglądam po latach pierwsze fabuły Skolimowskiego. Są dziś wspaniałym, nieskażonym koniunkturą, lirycznym portretem Peerelu, robionym od wewnątrz, okiem młodego człowieka wchodzącego w życie – który zresztą wcale w to życie wejść nie pragnie. Bohater „Walkowera”, mimo skończonej trzydziestki, wciąż chce stawać do bokserskiego „pierwszego kroku”. Czy niczego się po życiu nie spodziewa? Czy właśnie spodziewa się zbyt wiele?! I wie, że można walczyć „o byle co”, i że w fałszywym układzie ówczesnym „byle co” może właśnie być tym najważniejszym? Wypominano bohaterowi Skolimowskiego „niedojrzałość”. A on po gombrowiczowsku ją w sobie kultywował. Był admiratorem Teatru Osobnego – wypowiadał się kiedyś o nim w „Dialogu". Może on też, jak Białoszewski, na pytanie czy długo jeszcze będzie się „bawił w teatr”, mógłby odpowiedzieć: – A bo ja wiem? Mam dopiero 37 lat. Gdy dorosnę, przestanę się bawić.

Kiedy Skolimowski debiutował, mieliśmy po 18 lat. I też nie spieszyło nam się do dojrzałości. Nie wiązaliśmy z nią specjalnych nadziei. Na tym polegał peerelowski „zen”. Życie chwilą. Taki „zen” uprawia Andrzej Leszczyc. Pamiętacie scenę, kiedy bohater „Rysopisu” przechodzi koło tartaku (a za nim goni Czyżewska, przykładna studentka ichtiologii)? Lubię patrzeć, jak pracują! – mówi Leszczyc. – Fajnie tu jest, ładnie tu pachnie! Bumelant? Bikiniarz? Outsider? Tamten kraj, tamten ustrój, wielu z nas czynił outsiderami. A przez to pozwalał niejednemu odnaleźć siebie. Tylko trzeba było umieć wytrwać w stanie niewinności. Jeśli nie, groziła frustracja, jak w „Barierze”, jak w „Rękach do góry”. W połowie lat 60. Skolimowski był naszym idolem. Czuło się, że nie jest to człowiek „kupiony”. Zwłaszcza „Rysopis” i „Walkower” były robione z perspektywy całkowicie prywatnej, oddolnej, undergroundowej. Tadeusz Lubelski pisał po latach, że „Rysopis” był pierwszym w polskim kinie (może jedynym) wprowadzeniem postaci autentycznego outsidera.

Outsider? A może po prostu dumna jednostka, która nie chce skorzystać z szans, jakie jej daje społeczeństwo, ale też nie stawia oporu. Dryfuje. Trochę jak Heyst z Conradowskiego „Zwycięstwa”? To dawny, niespełniony projekt Skolimowskiego.

– Dam się unieść prądowi postanowił Heyst z rozwagą... Rozumiał to dosłownie: postanowił powierzyć się prądowi, ciałem i duszą, na wzór liścia, niesionego wiatrem... postanowił płynąć, nigdy się niczego nie czepiając.  To będzie moja obrona przed życiem.