„Film” 1997, nr 6

Outsider

Z Jackiem Bławutem rozmawia Irena Stanisławska


— Niemal przed rokiem w "Filmie" napisano: "Bławut zwycięża w Toronto". Od tego czasu usiłuję się z panem umówić na wywiad. Słyszałam ciągle: "Jest w Japonii. Wyjechał do Niemiec"...
—  Od sześciu lat robię filmy za granicą. Mam tyle szczęścia, że mogę realizować własne projekty i, co ważne - większość na taśmie filmowej. Jestem związany ze stacją niemiecką ARD i francuską - ARTE. Od czasu do czasu pracuję również w Polsce. Niedawno zrobiłem zdjęcia do filmu Pawła Łozińskiego pt. "Kratka". Było to odświeżenie zawodu operatora, od którego uciekłem pod koniec lat 80., kiedy po filmach "Życie wewnętrzne", "Łuk Erosa" i "Dekalog X" otworzyła się szansa na tak zwaną karierę. Wybrałem jednak własne realizacje, zwłaszcza że byłem zaangażowany w "Nienormalnych". Właściwie zawsze bardziej pociągały mnie własne filmy niż zdjęcia do fabuł (chociaż od czasu do czasu za nimi tęsknię).
— Domyślam się, że to nie Paszport "Polityki" ułatwił panu wejście na rynek niemiecki.
— Nagroda ta ma raczej zwrócić uwagę na dokonania artystyczne, niż załatwić posadę. Swój status w Niemczech zawdzięczam przede wszystkim filmowi "Nienormalni", który został tam dobrze przyjęty. Teraz robię dla niemieckiej widowni filmy, które są pewną kontynuacją tej mojej ciekawości człowieka. Zrealizowałem dokument o schizofrenikach, którzy po wielu latach odosobnienia postanowili pojechać na wycieczkę do Tunezji. Niedawno zakończyłem montaż do filmu o starości, wykorzystując do tych rozmyślań trzy domy - pierwszy dla milionerów, drugi dla osób chcących w ciszy i spokoju odejść oraz miejski - dla tych najbiedniejszych. W tej chwili przygotowuję się do filmu fabularnego pt. "Lili" dla ZDF w koprodukcji z TVP. Nie chciałbym jednak ujawniać szczegółów, aby nie zapeszyć.
— Czy w Niemczech jest większe prawdopodobieństwo, że po udanym debiucie znajdą się ludzie, którzy wyłożą pieniądze na następny film? U nas reżyserzy narzekają, że nawet jeśli debiut jest dobrze przyjęty, przy następnym scenariuszu napotykają bariery.
— Myślę, że tak jak i u nas, udany debiut nie jest wystarczający, żeby otworzyły się drzwi następnej realizacji. O wszystkim decydują ludzie i pieniądze i to coś, co jest więcej niż udanym debiutem. Osobiście nie mam żadnego doświadczenia w tej sprawie - dopiero teraz po raz pierwszy nawiązałem kontakt z naszą telewizją.
Indolencja, o której pani mówi, może wynikać z tego, że o wiele łatwiej, bezpieczniej, zatwierdzać projekty przeciętne, za którymi stoi mniejsza odpowiedzialność. Doprowadza to jednak do tego, że wrażliwość widza zanika i z czasem trzeba będzie robić coraz głupsze programy, filmy, żeby osiągnąć odpowiednią oglądalność.
— Oglądając pana ostatni film "Miałem przyjaciela", odniosłam wrażenie, że nie jest to kino dokumentalne, jakie robiono kiedyś w Polsce - które dotyczyło "naszych problemów". Zresztą nigdy, tak naprawdę, nie robił pan typowego dokumentu.
— Czasy się zmieniły i filmy zmieniają się również. Wielu tęskni za tymi latami, kiedy przeciwnik sam pchał się na widelec i jeszcze za to płacił. Świadomie nie uczestniczyłem wtedy w tej grze, chociaż również wykorzystałem sytuację. Bawiłem się za te pieniądze w kino, początkowo realizując tematy związane ze sportem. Później trochę nie wytrzymałem i zrobiłem film pt. "Cyrk Skalskiego" oraz "Byłem Generałem Werhmachtu". Były to portrety osób, które zaraz po wojnie musiały się wykazać niespotykanym hartem ducha, żeby przetrwać te bezwzględne czasy. Były to tematy, które koncentrowały się wyłącznie na kondycji psychicznej człowieka i woli przetrwania. Nie pokazałem tylko jednego - oprawców i systemu. Moi bohaterowie z godnością i wyrozumiałością przyjęli to, co dało im życie. Na zakończenie filmu "Byłem Generałem Werhmachtu" pan Kazimierz Leski - piękna postać przerastająca wszelkie wyobrażenia - mówi jedno zdanie: Żal mi tych dziesięciu lat, kiedy nic nie mogłem zrobić dla ojczyzny. I nie tylko moich dziesięciu lat. Największą wartością było to, że udało się zapisać te historie na celuloidzie. Później na moment wróciłem do tematu sportowego i zrealizowałem film pt. "Kostka cukru". Był to film o koniach, o ich bezsensownej śmierci na torze wyścigowym. W nim, po raz jedyny, człowiek stał się dla mnie celem.
— Czym się pan kieruje realizując film dokumentalny?
— W pracy najważniejsza jest dla mnie szczerość, co filmowi dokumentalnemu jest raczej obce. Zaprzyjaźniam się bardzo ze swoimi bohaterami, co wyklucza agresywność, przebiegłość, a to również można uznać za minus. Najważniejsza jest dla mnie osoba, którą filmuję. Próbuję dotrzeć do tego, co jest w niej tam w środku. Na tym polu dokumentalna metoda pracy również zawodzi - jest skostniała. Staram się tworzyć film wspólnie z jego bohaterem - przede wszystkim muszę zyskać jego pełne zaufanie. Problem jest tylko jak opowiadać, żeby nie naruszyć intymności człowieka, jego godności. Trzeba uważać na tę granicę, której za żadną cenę nie można przekroczyć. Przez szacunek, uczucie jakim obdarza się postać, można poruszyć naszą wrażliwość. Im lepiej pozna się bohatera, tym bliższy staje się on widzowi. Ten sposób pracy wymaga bardzo długiego okresu przygotowawczego, bycia razem. Później już nikt nie zauważa obecności kamery. Mówiąc to, myślę o Mariuszu - bohaterze filmu "Miałem przyjaciela". Tyle bólu, goryczy i wściekłości nagromadzonej w człowieku nie spotyka się często. Myślę, że najpiękniejsza rzecz, jaką otrzymaliśmy od życia, to cierpienie. W nim tkwi cała mądrość.
— Lubi pan samotność?
— Lubię, choć mam przyjaciół, z którymi od czasu do czasu chętnie spędzam czas. Może moja niechęć do wspólnot, organizacji, po prostu tłoku, bierze się stąd, że przez część życia pozbawiony byłem kontaktu z ludźmi, nie mówiąc o rówieśnikach. Moi rodzice w latach 50. podjęli pracę na średniowiecznym zamku w Zagórzu Śląskim w Sudetach. Tam spędzili młodość, a ja dzieciństwo.
— Znam ten zamek i myślę, że mieszkając w nim można całkowicie odciąć się od otoczenia i żyć w swoim bajkowym, wyimaginowanym świecie. Udało się panu jednak z niego wydostać. Co było dalej?
— Dalej był przypadek, który spowodował, że przez wiele lat przebywałem w świecie równie ciekawym, jak zwariowanym, to znaczy grałem w filmach, w których wykorzystywano bardziej moją nieśmiałość, niż zdolności aktorskie. W ten oto sposób stałem się filmowcem mimo woli. Później był bilet do "czerwonych beretów" - wymigałem się wstępując do studium górniczego, bilet do marynarki wojennej - studium włókiennicze, bilet do intendentury - tu odnotowałem postęp! - studium socjalne. A później szkoła filmowa i praca w WFO.
— Jest pan trochę takim outsiderem...
— Dla mnie outsider ma kilka znaczeń: to osoba izolująca się od środowiska, osoba nie uznawana przez jakąś grupę, funkcjonująca na własną rękę, lub ktoś, kto nie jest faworytem - taki po prostu zawsze ostatni. Nie czuję się pokrzywdzony ani zaniedbywany przez krytykę, wręcz odwrotnie - mam wrażenie, że bardzo mi sprzyja. Moja nikła obecność bierze się stąd, że może nie zrobiłem jeszcze niczego nadzwyczajnego. Ale ciągle mam na to ochotę - zwłaszcza z pozycji outsidera.
— Przeglądałam ostatnio "Leksykon polskich filmów fabularnych" pod redakcją Jana Słodowskiego, wydany w 96 r. i Jacek Bławut tam nie figuruje, a co za tym idzie, nie figuruje również pana film "Nienormalni".
— Film ten obejrzało w Polsce grubo ponad pół miliona młodych ludzi. Cztery lata poświęciłem mu jeżdżąc, spotykając się z widownią, dla której było to, jak i dla mnie, wyjątkowe przeżycie. Wielu ludziom ten film zmienił w jakiś sposób spojrzenie na swoje życie, a świat ludzi upośledzonych nauczył lepiej rozumieć tzw. innych. Czy brak notatki w leksykonie na temat "Nienormalnych" ma jakieś większe znaczenie? Trudno mi to ocenić.
— Na koniec krótkie pytanie: co dalej?
— Chciałbym zrozumieć i zaakceptować starzenie się, zwłaszcza swoje, bo z innymi już nie mam problemu. Chciałbym odpowiednio przygotować się na odejście bliskich mi osób i zrobić coś, żeby ten ostatni akt w życiu zaakceptować. Chciałbym być świadkiem i uczestnikiem wszystkich radości, jakich przysporzą mi moje dzieci. Chciałbym jeszcze zrobić parę pięknych filmów wraz z moimi przyjaciółmi.