„KINO” 1991, nr 7, s. 18-19

O nieistnieniu indywidualnym Korczaka i indywidualnym istnieniu praczki

Jarosław Mikos

"Korczak” Andrzeja Wajdy zrobił na mnie spore wrażenie. Jak to bywa u Wajdy  - umiejętnie budowana atmosfera, tutaj zgęszczonego, duszącego świata getta, pozwalała   w pełni poddać się sile iluzji. Az do finałowej sceny ten silny, emocjonalny ton brzmiał prawie bezbłędnie. A jednak, gdy już ochłonąłem, odetchnąłem żywym powietrzem, sam żywy, poczułem żal, po­czułem, że czegoś mi w tym filmie brakuje. 


Brakowało mi Korczaka. Smaczny, niczym prawdziwy dziewiętnastowieczny doktor (choć bez dziewiętnastowiecznej brody), chwilami naprawdę świetny Pszoniak, był jakby ciągle bardziej świetnym Pszonia­kiem, niż Korczakiem. Poczułem, że mimo wielu scen, dialogów, całej charakterystyki postaci, ten film nie jest o Korczaku, że Korczak me zmaterializował się na ekranie, że jakoś z góry wszystko o nim wiedziałem jakby był postacią z komiksu. Nie o Kor­czaku - więc  o czym? Im bardziej „Kor­czak" odpływał ode mnie - w czasie - tym bardziej wydawało mi się, że jest to film o czymś ogólnym, ponadjednostkowym, o czymś takim, w czym Korczak, jego indywi­dualny los, jego życie, jest tylko jednym z wielu tonów, jedną nutą, jednym ujęciem. Bezpośrednio po filmie sądziłem, że to o losie zbiorowym Żydów i o tym, jak wobec tego losu, los jednostki, Korczaka, stawał się niczym. Korczak nie mógł więc zaist­nieć na ekranie, myślałem, bo wszystkie jego indywidualne poczynania były i tak wyznaczone przez los zbiorowy. Istotą fil­mu, myślałem dalej, filmu-iluzji, jest zawsze próba wizji jakiegoś konkretnego ludzkie­go losu, a gdy jej nie ma, gdy - jak u Wajdy - autorzy nie ryzykują zmierzenia się z ta­kim losem, siedząc w kinie poddajemy się czemuś innemu, bardziej ulotnemu, jak uczuciowa atmosfera, czy popis techniki, fil­mowej aranżacji.

W tym filmie nie było więc iluzji. To byt niby-dokument aranżowany przez czarno­białą taśmę wstawek autentycznych doku­mentów z getta. I w tym niby-dokumencie prawdziwy Korczak mignął może gdzieś w tłumie, a na ekranie oglądaliśmy Pszoniaka wypełniającego sobą puste miejsca po po­staci, która nie zaistniała.

A może jednak poza tą opcją - Korczak w getcie, w tłumie, w tłumie skazanych na śmierć zbiorową, nie indywidualną - cho­dziło też o pokazanie próby obrony włas­nego indywidualnego losu? Tytko na mo­ment wewnętrznego dialogu, gdy Korczak opowiada sobie - nam? - o martwym ka­narku. który był Żydem. Korczak nie jest u Wajdy mitem   Korczaka-Doktora - ratujące­go dzieci. Jest kimś jeszcze. Niestety wszystko w tej postaci było tu z góry przesądzone, więc z dramatu został mit. Pocz­tówka z Piekła na potrzeby Nieba Byłem rozczarowany po nie-zaistniałym spotkaniu z Korczakiem i przygnębiony po kolejnym spotkaniu z losem Żydów.

Po czym, za jakiś czas, poszedłem na film Jana Łomnickiego „Jeszcze tylko ten las". Film kameralny w porównaniu z symfonicz­nym (jednak!) zamysłem Wajdy. Film o zu­pełnie innej przestrzeni - otwartej; jeśli to możliwe - całkowicie otwartej. U Wajdy to było zamknięcie, tłum, mury, osaczenie, tu - wszechobecne letnie słońce, otwierające każdą gęstniejącą sytuację. Oczywiście, to jest film o ucieczce. Film Wajdy był o braku wyjścia. Ten film jest ruchem, nieustannie się toczy (bo to droga) gdy tamten byt sta­tyczny, stężony, osadzony w miejscu. Film Łomnickiego nie przytłacza więc swą mate­rialną warstwą, nie pochłania symfonicz­nym forte, jest jedynie zaproszeniem. I gdy wyszedłem z kina w niezbyt przejrzyste świeże powietrze i jakoś osamotniony wró­ciłem do domu. przypomniał mi się film Wajdy. Zrozumiałem wtedy dlaczego tam­ten film tak szybko odpłynął ode mnie, od­dalił się. Film Wajdy jest zrobiony z dystan­su. Od końca. Od końca historii która już się zamknęła, skończyła. Z dystansu, z któ­rego widać pewną całość. Której już nie ma - i której w istocie nigdy nie było. Całość- mit. Ta całość nazywa się Żydzi. Robiąc kolejny film o Żydach Wajda nie mógł jednocześnie zrobić filmu o Korczaku.

Żałuję, ze postać Korczaka nie mignęła gdzieś u Łomnickiego — wiedziałbym, że to on. Albowiem Łomnicki poważył się na i iluzję,  zrobił film o jednej praczce i małej dziewczynce, i jeszcze jej matce, i o córce praczki, i ludziach z pociągu, ludziach na ulicach getta i jednym Niemcu, i drugim, i nawet o zającu, choć go nie było widać - nie wszystkich wymieniłem. Ale, jest to film swoiście Breughelowski, gdzie każdy, choćby zupełnie mały skrawek płótna zaj­mował, jest odrębną żywą istotą.

Łomnicki spróbował opowiedzieć los jed­nej praczki i małej dziewczynki, o tym jak praczka wyprowadziła ją z getta - choć nie było to zajęcie najbezpieczniejsze i nie bar­dzo pasowało do Wzoru, wzoru ówczes­nych zachowań, ale też — w świecie przed­stawionym    w filmie Łomnickiego nie rządzi ludzkimi poczynaniami żaden Wzór losu, ta historia jest     w każdym momencie otwarta. I dlatego jest to opowieść pasjonująca i dlatego porusza, nie wiemy co się wydarzy. A ieśli wiemy? Jeśli zdarzenia gęstnieją, za­stygają w jakąś formułę, jednoznaczny obraz?

Jeśli wiemy, to znaczy, że ktoś wybrał Wzór – tak jak wybrali wzór – obraz Żyda ludzie z pociągu, Polacy patrzący na Żydówkę i jak wybrał Niemiec, który zobaczył Żydów na fotografii, jak wybierało wielu innych. Wyszedłem z kina na ulicę i jakoś bardziej skórą niż umysłem czułem, że mijają mnie ludzie z pociągu. Bo przecież Wzór-obraz Żyda wisi tu wciąż w powietrzu, przeżył wszystko. Zwłaszcza Zagładę. I poczułem złość na Wajdę, że nakręcił film, który na­karmił raz jeszcze naszą podświadomość, gdzie wciąż panują rządy Wzorów. Ze zrobił film o Żydach, tych jakichś dalekich, ob­cych, nieznanych, z którymi nie mamy nic wspólnego, zwłaszcza że dawno nie żyją, a nie zrobił filmu o Januszu Korczaku.   I po­czułem wielką wdzięczność dla Łomnickie­go i Strońskiej, za film, w którym nie chodzi jednak o Polaków i Żydów, tylko o ludzi zmagających się - jak główne bohaterki, bądź bez wysiłku posługujący się - jak po­zostali - Wzorami Żyda i Polaka.

Bo nie dzięki dokumentowi o Żydach, foto­grafii, ale dzięki takiemu filmowi jak ten, możemy zobaczyć jak bezdenna i straszna jest różnica między otwartością niepewne­go losu praczki Kulgawcowej i Rutki, a lo­sem ludzi uwięzionych w piekle wzoru, get­cie Wzoru, również losem ludzi z pociągu. I tu już nie mamy wyboru - czy chcemy czy nie, jest to film   o nas i dla nas, uwikłanych i dziś w tę samą drogę zmagania się bądź ulegania Wzorom   - i z tym samym poten­cjalnym finałem jakim jest „banalność zła".

Niby dokument Wajdy jest więc wyrazem bezradności, podwójnej: i wobec indywi­dualnego losu Korczaka i wobec potęgi Wzoru (stereotypu, schematu, ponadjednostkowej abstrakcji) w nawykach polskie­go myślenia. Ta sprawa wykracza już dale­ko poza obszar filmu, sztuki - to idzie o całość polskiej mentalności, myślenia teraz (gdy praktycznie nie ma w Polsce Żydów) już zwłaszcza o sobie samych. Bo przecież ludzie z pociągu patrzący na dziewczynkę a widzący Żyda, czyli Wzór-obraz, patrzą na nią jako Nie-Żydzi, Polacy, i tym samym gestem którym zabijają w niej człowieka zabijają go w sobie. Ci Anty-Żydzi stają się de facto Anty-Polakami. Nic dziwnego więc, że w dzisiejszej Polsce, Polak Polaka mianuje Żydem, którego sobie stworzył na obraz i podobieństwo swoje. I ta obcość, niechęć, nieufność, nienawiść, wrogość, to przecież stosunek ludzi z pociągu do sie­bie nawzajem, ludzi zamienionych w wampira-Polaka. Ten romantyczny wampir wciąż rządzi podświadomością (i pół- i nad-) polskiej sztuki i myślenia w ogóle.

Nie chodzi mi więc o intencje Wajdy - rozu­miem jak najlepsze - ale o skutki. Ta pod­świadomość to jest piekło - i my w nim dziś żyjemy i dziś mordujemy siebie sa­mych rękami tego upiora (Wzoru Polaka, Żyda) mordujemy moralnie i politycznie, umysłowo i artystycznie. Po całości. W sobie właściwy namiętny, gwałtowny, ale i sym­boliczny sposób usiłował wampira-Polaka uchwycić Andrzej Żuławski w filmie „Dia­beł". Świetnym, niepokojącym, bezlitos­nym jak wiwisekcja. Niestety, zwolniony z półek 4 lata temu „Diabeł" trafił w próżnię. Był nie na temat, przepadł bez echa. Wam­pir jak wiadomo nie ma odbicia, nie znalazł się więc w zwierciadle podsuwanym przez Żuławskiego. Film Łomnickiego jest jeszcze bardziej nie na temat - jest o ludziach.