„Polityka” 1994, nr 8

Normalni, nienormalni

Tadeusz Szczepański

"Polityka" przyznała Jackowi Bławutowi i jego „Nienormalnym” symboliczny paszport, a tymczasem już od dwóch lat film ten i jego autor podróżują po Europie, kolekcjonując liczne nagrody festiwalowe. Natomiast od września ubiegłego roku „Nienormalni” krążą po ekranach kin niemieckich, co stanowi ewenement wart bliższej uwagi.


Wiele pisze się o szansach wsparcia polskiego kina, jakie stwarza system koprodukcji z udziałem zachodniego kapitału. I rzeczywiście, w przeważającej większości polskich filmów takie szanse są skrupulatnie wykorzystywane. Mogłoby się zatem wydawać, że zagraniczni, bardzo często niemieccy producenci, angażując się w produkcję polskiego filmu będą próbowali odzyskać swoje pieniądze w tamtejszych kinach. Ale to nie takie proste. Pomijając potwierdzający regułę wyjątkowy casus twórczości Krzysztofa Kieślowskiego, filmów polskich twórców po prostu nie ma na zachodnich ekranach.

W Niemczech, choćby w samym Berlinie, polski film można czasami obejrzeć jedynie z okazji corocznego festiwalu filmowego, ale nasza kinematografia od dłuższego już czasu wyraźnie nie ma szczęścia do tej prestiżowej imprezy. Nasz film można również zobaczyć w tamtejszym Polskim Instytucie Kultury, do którego zjeżdżają polscy reżyserzy, operatorzy i aktorzy ze swoimi najnowszymi dziełami, ale organizowane przez tę placówkę pokazy trafiają do wąskiego grona zaprzyjaźnionej publiczności, przeważnie miejscowej Polonii. Pozostaje jeszcze studyjne kino „Arsenał”, związane z berlińską Filmoteką, gdzie także od czasu do czasu zdarzają się kameralne spotkania z polskim filmem i jego twórcami.

Na tym tle imponująca kariera „Nienormalnych” Bławuta budzi szczere zdumienie. Autor tego utworu, z wykształcenia operator filmowy (i to znakomity: w 1989 r. otrzymał Nagrodę im. Stanisława Wyspiańskiego za osiągnięcia w tej dziedzinie), zwrócił na siebie uwagę w drugiej połowie lat 80. oryginalnymi dokumentami, które były wnikliwymi portretami psychologicznymi ludzi z bagażem dramatycznej przeszłości, a także mistrzów sportu. Zadebiutował w 1984 r. filmem „Superciężki”, poświęconym wybitnemu zapaśnikowi Adamowi Sandurskiemu. Jednakże Bławuta mniej interesowała egzotyka zapasów, sportu skądinąd bardzo widowiskowego, lecz całą uwagę skupił na odkryciu w swoim bohaterze, olbrzymie obdarzonym niesamowitą siłą fizyczną, duszy anielskiej, delikatnego człowieka o gołębim sercu, wyzbytego wszelkiej agresji, jaką przypisuje się zwykle zapaśnikom. Już w tym pierwszym filmie Bławuta można było dostrzec, że kamera filmowa służy mu do wyświetlenia drogą cierpliwej, uważnej obserwacji ludzkiej psychiki, ukrytej przed powierzchownym, uprzedzonym spojrzeniem.

Przeciwieństwem idyllicznej wizji natury ludzkiej z „Superciężkiego” był zrealizowany w 1988 kreacyjny dokument „Byłem generałem Wehrmachtu”, którego bohaterem był Kazimierz Leski, człowiek o heroicznej biografii wojennej, poddany potwornym represjom w stalinowskim więzieniu. Jego wstrząsające opowiadanie o wojennych i więziennych przeżyciach Bławut zilustrował czarno-białymi obrazami ekspresjonistycznego, upiornego koszmaru, w których przedstawił los człowieka o nieprawdopodobnym harcie ducha, stawiającego czoło zbrodniczej podłości, sadyzmowi i patologicznemu okrucieństwu. Ten film był patetyczną parabolą o szczytach i przepaściach ludzkiej natury.
Przywołuję tylko te dwa filmy z twórczości Bławuta, ponieważ obydwa - każdy inaczej – zapowiadały i prowadziły go w stronę jego najciekawszego filmu - „Nienormalnych”. Ten pełnometrażowy, inscenizowany dokument Bławut poświęcił środowisku ludzi dotkniętych zespołem Downa, środowisku, którego przedstawiciele częstokroć spotykają się w naszym społeczeństwie z reakcjami bezmyślnego okrucieństwa, a w najlepszym przypadku obojętności lub zabobonnego lęku. Natomiast autor filmu spojrzał na nich z niebywałą czułością, dzięki czemu udało mu się pokazać w ich zachowaniach niezwykle prawdziwy i wyolbrzymiony zarazem świat ludzkich przeżyć, obdarzony ogromną intensywnością emocjonalną. Bodaj najlepszą metrykę „Nienormalnym” wystawił Andrzej Wajda, pisząc że od dawna, może od czasu „Struktury kryształu”, w Polsce nie powstał równie piękny, czysty i ludzki film. Ten niezwykły utwór był i pozostaje - nomen omen! - outsiderem w polskim kinie, które jest zdominowane, zdeformowane i wyjałowione przez politykę. Jego odległym antenatem wydaje się być „Żywot Mateusza” Witolda Leszczyńskiego, inny wspaniały i majestatyczny samotnik polskiego kina.
„Nienormalnych” wyróżniono na polskich i zagranicznych festiwalach filmowych (m.in. Nagrodą Specjalną w San Sebastian oraz Nagrodą im. von Sternberga i Fipresci w Mannheim), ale największą satysfakcję twórcom filmu przyniósł odzew publiczności. Już sam sposób rozpowszechniania tego filmu stanowi ciekawy przykład pokonania bariery niemożności, o jaką rozbijają się polskie filmy w poszukiwaniu widzów. Otóż Bławut wraz z przyjaciółmi zaangażowanymi w produkcję filmu założył - bez oglądania się na łaskę lub niełaskę dystrybutorów - firmę ,,Ekran Bis”, której podstawowym zadaniem było aktywne i pełne inwencji docieranie do potencjalnej publiczności. Głównym obszarem zręcznie prowadzonej kampanii dystrybucyjnej były nie tylko kina (z których się zresztą wkrótce wycofano z powodu zaniżanych tam wyników finansowych), ale przede wszystkim szkoły, środowiska pedagogiczne, DKF-y, domy kultury, a także zakłady specjalnej troski. Te wysiłki złożyły się na imponujący, wręcz niewiarygodny rezultat po blisko trzech latach dystrybucji „Nienormalnych” obejrzało prawie 400 tysięcy widzów! Taki wynik na polskich ekranach osiągają jedynie największe hity amerykańskie.

Jednakże realizatorom filmu, przedzierzgniętym w dystrybutorów, przyświecały nie tylko cele komercjalne. Warto podkreślić, że rozpowszechnianiu filmu dedykowanego „rodzicom i opiekunom dzieci niepełnosprawnych” towarzyszyło poczucie szczególnej misji humanitarnej, jaką ten film spełnia, uwrażliwiając różne kręgi społeczne na trudną egzystencję kalekich bliźnich. Niejednokrotnie dochód z seansu czy towarzyszącego mu spotkania z reżyserem zasilał fundusze opieki nad niepełnosprawnymi. Innym posunięciem Bławuta, wyrastającym z myślenia według wartości, było podjęcie się kłopotliwej roli wydawcy i dystrybutora „Filmu na Świecie”, co przedłużyło istnienie tego znaczącego i zasłużonego dla kultury filmowej w Polsce pisma DKF-ów.

Nie jestem pewien, czy film Bławuta i jego droga do polskiej i zagranicznej publiczności są dobrym przykładem do naśladowania dla polskich filmowców, którzy uparcie poszukują ,,trafionych” tematycznie i gatunkowo formuł. Jest to bowiem utwór bardzo osobny, poczęty z głębokich, idealistycznych uczuć i połączony niezwykle silną więzią z oryginalną osobowością swego autora. Ale kariera tego filmu po raz kolejny dowodzi starej prawdy: że w sztuce opłaca się bezinteresowność.