Wyspa - Kwartalnik Literacki nr 3/08

Noncamerowe gwiazdy filmowe

Rozmowa ze Zbigniewem Ugielskim, autorem animacji do "Gier ulicznych". Dorota Suwalska


Zbigniew Ugielski, Zbonek

Reżyser filmów animowanych i teledysków prezentowanych na pokazach w kraju i za granicą. Laureat Grand Prix za film „Bo & Lo” na Festiwalu Alternative 4, Tigru Mures, Rumunia (1996); nagrody drewnianego i srebrnego Yacha dla wideoklipów; Apteka pt. „Menda” i Mikrofony Kaniony pt. „Pengo” oraz 2-giej nagrody za film „Train”, Promax, Amsterdam, Światowy Przegląd Małych Form telewizyjnych (2001). Malarz i grafik. Lider nieistniejącego już zespołu Mikrofony Kaniony, który w pamięci wdzięcznych fanów zachował się jako „najdziwaczniejszy, a przez to chyba najbardziej oryginalny polski zespół, jaki zadebiutował w jarocińskim kotle”, tudzież „paranoidalny mix punka, nowej fali i jazzu.”

Urodził się w 1966 r. w Lubinie – polskim zagłębiu miedziowym jako obywatel, który zrównał liczbę mieszkańców miast i wsi, co zostało zresztą odnotowane w szerzącej komunistyczną propagandę Polskiej Kronice Filmowej. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż fakt ten ukształtował jego dadaistyczne poczucie humoru.

W roku 1986 wystąpił ze swoim zespołem w Jarocinie dostając się do „Złotej Dziesiątki” (Zbonek śpiewał, grał na basie i pisał najbardziej chyba absurdalne w historii polskiego rocka teksty).

W tym samym roku ukończył lubińskie Technikum Górnicze i za pierwszym podejściem (wyczyn dość rzadki) dostał się na wydział grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, gdzie w Pracowni Animacji Filmowej Daniela Szczechury zrealizował pierwsze animacje noncamerowe. Swój „dyplom” („Bo&Lo”) również nakręcił bez kamery.

W 1991 r. wraz z kolegą ze studiów Konradem Kuczem (obecnie kompozytorem muzyki elektronicznej, znanym głównie z „Futra”) wydał kasetę „Prond”, na której znalazła się niewielka część materiału przygotowanego na potrzeby Eufemii, muzycznej knajpy w warszawskiej ASP. Ten muzyczno-wizualny duet działa do dziś.

Na początku lat dziewięćdziesiątych współpracował z programem „Alternativi” (oprawa plastyczna), w którym można było zobaczyć noncamerowe clipy Mikrofonów jego autorstwa. Później była również współpraca z innymi telewizjami i programami. Do dziś współpracuje z CANAL +.

Obecnie prowadzi studio animacji, pracuje nad własnym serialem pt. „Gagatki” i remontuje motor OSA.


Czas i miejsce akcji

lipiec, wirtualna przestrzeń Internetu, po której przemieszczał się „wehikułem słów” (zwanym potocznie e-mailem) przenosząc fragmenty zreAnimowanej pamięci między Nadarzynem i Czachówkiem.

— Rubryka, w której ukaże się ten wywiad poświęcona jest publikacjom (książki, płyty, filmy itp.), mówiąc najoględniej, trudno dostępnym dla przeciętnego (a nawet nieprzeciętnego) odbiorcy. Tym razem postanowiłam posunąć się do ostateczności i zrecenzować film, którego, być może, nikt już nie zobaczy. Właściwie nie tyle zrecenzować, co porozmawiać o nim...

— Chodzi o film „Jak zostać gwiazdą filmu nonkamerowego”. Ale ja go prawie nie pamiętam...

— Na szczęście ja pamiętam. Zwłaszcza, że oglądałam całkiem niedawno. Trochę przesadziłam pisząc, że nikt już go nie zobaczy. Powinnam była napisać: nikt prócz mnie. Wiem, że oryginał zaginął, ale kopię znalazłam u siebie w domu, na kasecie VHS z animacjami zrealizowanymi w warszawskiej ASP. Jakość fatalna, ale, mam nadzieję, wystarczy, by spróbować zreAnimować animację za pomocą słów. Przy okazji może uda się zreAnimować także twoją pamięć.;)

Tak więc „włączam” „projektor słów” i na „papierowym ekranie” pojawia się:

CZOŁÓWKA
Na czarny ekran „wjeżdżają” białe litery ułożone w napis:
Zbigniew Ugielski
„ciągnąc” za sobą filmowy portret autora – długowłosy młodzieniec uśmiecha się do kamery.
Portret „usadawia się” w górnej części ekranu. Wygląda to tak jakby ktoś w czerń tła wkleił fragment nagranej taśmy. Pod portretem pojawia się czerwony napis:
prezentuje
Na białym tle rysowany bezpośrednio na taśmie tekst:
film pt.
Pod spodem (również noncamerowy) brzeg taśmy filmowej z perforacjami.
Zbliżenie na perforacje, które przekształcają się w małe wędrujące ludziki.


— Wykorzystujesz motyw usterki (widz ma wrażenie, że taśma przesunęła się w projektorze, może wręcz zerwała), by ostatecznie zaprezentować ją jako walor. Ludziki-perforacje wprowadzają nas w dalszą część filmu. Usterki – niedoskonałość rysunku, rozedrganie obrazu to jednocześnie cechy, które stanowią największy atut filmów „kręconych bez kamery”. Noncamerowi animatorzy zdają się w tych nieporadnościach znajdować szczególne upodobanie...

— „Kamerowi” także. Symulują choroby taśmy: otarcia, zadrapania, zapalenia, a nawet drgawki.W noncamerze takie efekty są niezamierzone i stanowią jej istotę. Poza tym usterkę masz już w tytule. Film noncamerowy to epitet sprzeczny, tak więc gwiazdą jego może zostać np. wspaniały nieudacznik.

SCENA I
Trzeba wielu wyrzeczeń. 
Widzimy przekreśloną (zamaszyste kreski wydrapane na taśmie) scenę z jakiejś imprezy – dwie tańczące postacie, kobieta i mężczyzna (częściowo rysowane na taśmie, częściowo sfilmowani aktorzy). Facet jest wyraźnie goły. No, może nie całkiem. W każdym razie bez spodni.

— Czy rzeczywiście trzeba tylu wyrzeczeń, by „nakręcić filmy bez kamery” – zero imprez, zero sexu, zero rockandrolla..., nie wspominając o innych atrakcjach?;)

— Jasne, i jeszcze się modlić. Szczerze mówiąc miałem kilka fajnych scen, a potem myślałem jak je „opatrzyć”. Więc zamiast „trzeba wielu wyrzeczeń” równie dobrze mogłem napisać „...zalać taśmę winem”.

SCENA II
Trzeba dużo pracować
Na ciemnym tle kontur przedstawiający tors muskularnego mężczyzny walącego w coś wielkim młotem.

— Animacja noncamerowa to pracochłonne zajęcie, może nawet nieco monotonne (jak owo jednostajne walenie młotem). Rysowanie poszczególnych faz ruchu na taśmie 35, a zwłaszcza 16 mm (24 rysunki na sekundę) wymaga cierpliwości i samozaparcia. Nasza wspólna koleżanka Ela Wąsik nabawiła się choroby oczu przygotowując noncamerową czołówkę.
Julian Antoniszczak uniknął podobnych problemów dzięki wynalazkowi, który pomagał mu przenosić rysunki na taśmę. Czy również miałeś jakieś patenty;) aby ułatwić sobie pracę? 
— Kolegów, „maszynki” równie przydatne, co paliwożłopne. Dorabiałem wtedy jako tapicer. Miałem kasę, więc miałem czym je „tankować”.
Wykonałem też kopię podświetlanego stolika Normana McLarena, na którym zrobiłem straszną ilość animacji, jakieś 35 minut póki się pulpit nie rozleciał.

SCENA III
Trzeba wyczuwać tempo
Tańcząca para (częściowo wydrapywana na taśmie, częściowo filmowana).

— Jako basista raczej nie powinieneś mieć problemów z wyczuwaniem tempa. Nawiasem mówiąc owa zdolność (bardzo przydatna w pracy reżysera) wydaje się odgrywać szczególną rolę w animacji noncamerowej. Wystarczy wspomnieć muzyczno-wizualne eksperymenty Normana McLarena, czy twórczość Antoniszczaka, który przed studiami na krakowskiej ASP ukończył średnią szkołę muzyczną, sam komponował muzykę do swoich filmów i zdarzało mu się wydrapywać dźwięk bezpośrednio na ścieżce dźwiękowej. Powiedz, jak te wizualno-muzyczne przygody wyglądały u ciebie?

— Przerysowałem kiedyś pisakiem minutę ścieżki dźwiękowej filmu „Wielka Majówka”. Słychać bas, perkusję, mniej gitarę i tekst, ale Maanam był rozpoznawalny.

Zaklejałem owady i rośliny skoczem na taśmie 35mm. Stworzenia rozkładając się puszczały soki. Z każdym kopiowaniem film dojrzewał. Obiekty wykraczając poza kadr (np. żyłki liści, skrzydeł) również zostawiały swój ślad na ścieżce dźwiękowej.

Zawsze słuchałem Briana Eno. Moim marzeniem było zobrazowanie jakiegoś ambientu. Niedawno oglądałem film „The Jacket” (w Polsce znany jako „Obłęd”), a w „tyłówce” muzyka Briana Eno oraz identycznie przyklejone na taśmę rośliny!?

SCENA IV
Trzeba układać niekiepskie fabułki
Seria zmieniających się w zawrotnym tempie kolorowych obrazów, napisów, rycin...

— Kiedy przeanalizowałam tę sekwencję (to może trafniejsze określenie) okazało się, że jest to seria jednoklatkowych scenek (trudno ci zarzucić, że zanudzasz widza długimi ujęciami. ;)) Wszystkie przedstawiają fragmenty tekstów i ilustracje „Trzech muszkieterów”. Każda klatka stanowi namalowany precyzyjnie kolorowy obraz. Niekiedy na obraz nakłada się tekst. „Trzej muszkieterowie” to dość klasyczna inspiracja jeśli chodzi o tworzenie filmowych fabułek. Przyznam jednak, że twoje filmy przypominają mi raczej mniej klasyczne, absurdalne teksty, które pisałeś dla Mikforonów Kanionów. Animacja noncamerowa w ogóle kojarzy się z żartem, groteską... Tymczasem o filmie fabularnym, do którego przygotowywałeś animowane wstawki, wiele można powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest komedią.

— Chodzi o „Gry uliczne” Krzysztofa Krauze? Co pewien czas powracający temat zabójstwa Pyjasa?

Dostałem scenariusz. W kilku epizodach znalazłem miejsce dla wyklepanych z kolorowej folii noncamerowych wstawek. Okazało się, że reżyser (wtedy też eksperymentował) zaznaczył te same miejsca. Tak więc dołożyłem kilka minut do filmu.

Odnośnie fabuły... Zapomnij o „musztardzielach”. Zabrałem dziecku kilka bajek do projektora, jakich dawniej było wiele. Wkleiłem, a „bułki” same się ułożyły.

SCENA V
Trzeba mieć dryg
Narysowane na taśmie, podrygujące ;) kobiece nogi w butach na wysokich obcasach. „Kamera” wędruje w górę pokazując, że tancerka jest naga i ponętna. Kiedy dociera do głowy rysunek zamienia się w obraz filmowy. Widzimy fragment twarzy i włosy aktorki.

— Drygu nie można ci odmówić. Realizując tę króciutką animację użyłeś nieomal wszystkich technik noncamerowych (no może oprócz wypalania lub drzeworytów odbijanych na taśmie filmowej, co praktykował Julian Antoniszczak). Było więc wydrapywanie na taśmie z emulsją, rysowanie na taśmie bez emulsji, malowanie... i, co najbardziej mnie interesuje, „obróbka” taśmy z gotowym materiałem filmowym. Momentami wygląda to tak, jakbyś usuwał część emulsji, obrysowując uprzednio kontury sfilmowanych postaci i zostawiając nieprzetworzone fragmenty obrazu. Chwilami miałam wrażenie, że wklejasz taśmę filmową w taśmę filmową – taki animowany kolaż lub filmowe samplowanie...

— Tak, to prosta technika. Wklejanie „ósemki” w 16-tkę, bądź 16-tki w 35-tkę to betka. Niekiepsko by było wkleić je wszystkie w 70-cio milimetrową taśmę typu Imax. Wyobrażasz sobie? Ludzie przychodzą na film, siadają, zakładają okulary, a tu zamiast trójwymiarowych dinozaurów rozpłaszczone komary!

Trudniejsze jest napryskiwanie sprejem na oklejoną miniszablonami i rozłożoną na 30 metrach taśmę (efekt zbliżony do akwatinty) lub przepuszczanie jej przez maszyny obróbki skóry i futra.

W pierwszym przypadku efekt przypomina akwatintę, a farba tworzy „ziarno” tak wielkie, że sam Jim Jarmusch by pozazdrościł (J.J. kręcił ósemką, kopiował na 16-tkę, a tę, w miarę jak stawał się sławny, na 35-tkę).

Drugi sposób nadaje się do poniewierania cudzych filmów. 90% polskiej produkcji fabularnej powinno się poddać temu zabiegowi. To odświeżający peeling, niewiele, prócz perforacji zostaje z oryginału.

— Wróćmy do techniki, która więcej pozostawia z oryginału niż perforacje. W kolejnej noncamerce również jej użyłeś. Tym razem wykorzystałeś relację z zawodów sportowych. Usunąłeś fragmenty emulsji, podmalowałeś na czerwono. Dało to dość niezwykły efekt...

— Film szkoleniowy dla narciarzy z lat 70-tych dał mi prof. Daniel Szczechura, z zamiłowania sportowiec. Powiedział, że mogę go przerobić.

„Zapaliłem” więc narciarzom głowy, bo jeździli tak jakoś niemrawo, przydusiłem, wywróciłem, podeptałem i obsikałem, by pozbyć się żółtej emulsji. Konrad Kucz wyspawał przemysłową muzę a la Nitzer Ebb i tak powstał film „Zapaleni narciarze” oraz mój i Konrada, do dziś sprawnie działający, duet weselno-pogrzebowy.

— Obróbka taśmy poprzez sikanie? Tego jeszcze nie było. Chyba już nigdy nie spojrzę na „Narciarzy” tak jak wcześniej ;)

Powiedz jakie niespodzianki pojawiły się przy okazji kolejnych noncamerek „Bo&Lo” oraz w animacjach realizowanych dla programu „Alternativi” i późniejszych?

— Noncamerowy western „Bo&Lo”, parodia znanej bajki, zdobył grand prix za animację na transylwańskim festiwalu filmów offowych „ Alternative 4” (coś jak Alternatywy 4 lub Alternativi – przypadkowa zbieżność nazw).

Siedząc w festiwalowym kinie pierwszy raz zdałem sobie sprawę, że kreski mogą mieć półmetrowe drgania i tak działać na ludzi, że potrafią oni tłumnie śmiać się (bez przerwy na popkorn) całe 7 minut.

Film jest dość radykalny również za sprawą fonii, którą w całości, na własnych strunach głosowych stworzył poeta i dźwiękonaśladowca Adam Zakrzewski. Jest też uniwersalny. Można go puszczać z dowolną prędkością (jak we wspomnianym programie Alternativi) i zawsze śmieszy.

Bo oprócz wszystkich wymienionych tutaj „trzeba” nie widzę w omawianym filmie tego, co chyba najistotniejsze w animacji – poczucia humoru.

Co do programu Altrenativi to robiłem tam jedyną w swoim rodzaju noncamerową oprawę graficzną, takie też dżingle i teledyski. Dziś to niemożliwe. Wszechmogący 3D-bajzel rządzi. „Wałęsa się i szwenda pierdolona menda” za słowami Andrzeja Kodymowskiego z teleklipu Apteki, który kiedyś zrobiłem, a którego nikt nie widział oprócz drewnianego Yacha.

SCENA VI czyli WIELKI FINAŁ
Trzeba się starać, żeby zostać gwiazdą
W centrum kadru pojawia się tajemnicza rysa, która „otwierając” ekran zamienia się w twarz Marilyn Monroe (jak u Andy'ego Warhola)
filmu
Powracają ludziki-perforacje z czołówki
Non-Kamerowego

— Gwiazdy noncamery nie są może tak sławne jak Marilyn Monroe. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że ich życie, prócz trudów, posiada jednak pewne uroki. Choćby ten siedmiominutowy śmiech na transylwańskiej Alternatywy 4 ;) Czemu więc zrezygnowałeś z animacji noncamerowej?

— Zwykła kolej rzeczy. Od 10-ciu lat mam własne studio animacji Yellow Moon. Mniej więcej tyle samo trwa moja współpraca z Canal +. Przez ten czas przerobiłem niemal wszystkie techniki, ale zawsze najlepiej wyrażałem się w tej jednej – animacji noncamerowej.