„Kino” 2000, nr 6, s. 7-9

Nie można udawać, że wszystko jest pięknie

Z Marcinem Koszałką, autorem dokumentalnego filmu „Takiego pięknego syna urodziłam” rozmawia Remigiusz Grzela


— Czy spodziewał się pan takich re­akcji, emocji, dyskusji? Tym bar­dziej, że jest to pański debiut...

— Mój film musiał wywołać kon­trowersje. W Polsce dużo się mó­wi o wartości rodziny, ukrywając jej patologie. Operuje się raczej stereotypem niż prawdziwym pojęciem „rodzina”. W dużej mie­rze za ten stan odpowiedzialny jest Kościół, choć nie chciałbym wyjść na antyklerykała. Zresztą nie o moje przekonania tu chodzi...

— Ale chyba nie boi się pan ataków?

— Nie boję się. Powiem więcej: to mój film jest atakiem przeciwko zakłamaniu. I wie pan, co chyba najbardziej zabolało prze­ciwników filmu? Ze pokazałem rodzinę z warstwy średniej,  a nie z jakiegoś pato­logicznego środowiska. Nie można uda­wać, że wszystko jest piękne. Przez ścianę słyszę sąsiadów kłócących się całą noc. Ra­no wychodzą do sklepu, są piękni  i uśmiechnięci, jakby nic się nie stało. A przecież stało się. Przecież ta noc była ich dramatem.

— Ale ludzie mówią, że brudy należy prać we własnym domu. Nie zgadza się pan  z tym?

— A dlaczego ukrywać prawdę? Jeżeli uda­ję, że nic się nie stało, zaczynam kłamać. Ludzie atakują mnie z perspektywy czwar­tego przykazania. Krzyczą: czcij ojca swego i matkę swoją. A przecież ten film opowia­da o czym innym: bardzo trudnej miłości wykrzyczanej przez moją mamę.

— Umiał pan wytłumaczyć mamie, że to jest film o uczuciu?

— Od zakończenia filmu do emisji w telewi­zji minął prawie rok. Ale ten film cały czas był obecny w życiu mojej rodziny. Dużo na ten temat rozmawialiśmy. Oczywiście to, w jaki sposób mama zobaczyła siebie, było dla niej bolesne. Ten film na pewno był przełomem  w jej życiu. W końcu zapytałem: Mamo, czy ty mnie nienawidzisz, czy ko­chasz? Oboje zrozumieliśmy, że tu chodzi o miłość. Mama zdała sobie sprawę, jak bar­dzo była dla mnie okrutna. Dziś wiem, że chciała mnie chronić przed niebezpieczeń­stwami świata. Mam nadzieję, że ten film dotyka również innych ważnych dla mnie spraw. To jest bez wątpienia dokument o polskiej rzeczywistości, o życiu młodego twórcy, który skazany jest na mieszkanie z rodzicami. Mój ojciec jest inżynierem. Ma­ma studiowała prawo. Nie mogli zrozumieć, dlaczego ich syn wybrał zawód operatora. Lepiej, żebym był inżynierem, lekarzem - to jest konkretna robota. A tak: podejrza­ne towarzystwo, podejrzane sytuacje.

— Czyli jeśli młodzi ludzie mieszkają przez pół życia ze swoimi rodzicami, coś musi wybuchnąć?

— Jeden z moich profesorów powiedział, że to, co pokazałem, to typowa sytuacja ludzi zdegradowanych przez PRL. Nie dano im żadnych szans. Mój ojciec latanii pracował za marne grosze i nic z tego nie ma. I tak deptaliśmy sobie po piętach, na tych 50 m2 mama, tata i ja. Dopiero rok temu wypro­wadziłem się z domu.

— Forma tego filmu odbiega od klasycznej. Pan podgląda rodziców jakby przez dziur­kę od klucza. Czy to nie demonizuje jesz­cze bardziej tej sytuacji?

— Jerzy Pilch napisał, że miał ojca, który na cztery dni znikał z domu, ale zawsze starał się pisać o nim jak najlepiej. Mitologizował go. Filmy też kręci się piękniejsze niż życie. Mnie   w szkole w Katowicach uczono czego innego. Zawsze interesował mnie kontakt   z prawdziwym życiem, a ono często jest okrutne. Mogłem ładnie zmontować swój film, zrobić piękne zdjęcia. Ale nie o to mi chodziło. Forma tego filmu bliska jest Dogmy: kadrowanie, światło, montaż są dru­gorzędne, najważniejsze są emocje. I myślę, że podobnie może wyglądać kino dokumen­talne nowej ery. Dokumenty będą powsta­wały bez ekipy, bez jakichkolwiek zobo­wiązań produkcyjnych. Po prostu facet z mi­krofonem i małą kamerą cyfrową, który może wejść wszędzie i którego nikt nie zauważa. 

— I będzie można go jeszcze nazywać filmowcem?

— Dlaczego nie? Czy filmowcem jest tylko ten, kto chodzi z ciężką kamerą? Filmowcem jest ktoś, kto potrafi zauważyć ciekawy temat, kto zaintryguje widza.

— Na przykład życiem własnej rodziny?

— Jednym z nowych nurtów psychologii ro­dziny jest rejestrowanie zachowań po to, by móc spojrzeć na siebie z dystansu, ale to nie znaczy, że każdy taki film może być poka­zany publicznie.

— Pański film też jest rodzajem psychotera­pii?

— Dzięki temu filmowi stosunki w mojej ro­dzinie się zmieniły. Ale nazywanie tego psychoterapią jest dorabianiem ideologii.

— Myśli pan, że mama chciała zagrać w tym filmie? Zachowywała się przecież tak, jak­by stale mówiła do kamery...

— To jeszcze dziś jest dla mnie tajemnicze. Wydaje mi się, że mama grała - i to rewelacynie. Zagrała samą siebie. Mówi do kamery, ale i mówi do syna. Ten film jest wielką życiową rolą mojej mamy. Ujawniła w nim swój talent dramatyczny. Kamera zmienia ludzi, przed kamerą zaczynają za­chowywać się nienaturalnie. A mama pozo­stała sobą.

— A może między panem a mamą wywiąza­ła się jakaś gra?

— Raczej prowokacja. Prowokacją jest ka­mera. Gdy włączam kamerę, mama zaczy­na atakować. Pomysł tego filmu polega na prowokacji. Każda sytuacja była przeze mnie sprowokowana. Specjalnie wracałem późno do domu, specjalnie mówiłem coś, co prowokowało mamę, specjalnie zepsu­łem kran i światło. W dodatku leżałem na kanapie  i milczałem. Gdybym zaczął roz­mawiać z rodzicami, polemizować, zaczął­by się bełkot. Nikt nie obejrzałby takiego filmu.

— A kiedy podjął pan decyzję, że sfilmuje ro­dziców?

— Na II roku studiów nie miałem pomysłu na zaliczenie montażu. W domu bawiłem się kamerą. Zauważyłem, że rodzice zacho­wują się w sposób, który czyni z nich dobre postacie dokumentu. Kręciłem trzy dni i to ustawiło całą koncepcję. Pokazałem ten krótki film Fidykowi. Powiedział, że to jest bardzo dobry materiał.

— A kiedy doszedł pan do wniosku, że ma­ma musi się usprawiedliwić? W ostatniej scenie pańska mama - już po obejrzeniu nakręconego materiału - komentuje swoje zachowanie.

— Wiedziałem, że bez tego zakończenia film będzie do niczego. No i pokazałem mamie swój film. Zapytałem: - Co o tym sądzisz? Mama powiedziała, że dopiero teraz widzi, jak źle postępowała. Po latach wojen usłyszałem: - Synu, jak ja cię skrzywdziłam. Trudniej było namówić mamę, by wyraziła zgodę na wyemitowanie tego materiału w telewizji. Tłumaczyłem, że film ma mieć głębszy sens. Zresztą nadal mam wątpliwości, czy dobrze zrobiłem, pozostała we mnie jakaś rysa. Ktoś w dyskusji po filmie zarzucił mi, że nie nastą­piło katharsis. Ale co ten człowiek wie. Nie żyje z nami w jednej rodzinie.

— Oglądałem pański film w towarzystwie kil­ku osób. I o ile na początku pana mama nas przerażała, to później zaczynaliśmy się za­stanawiać czy nie ma racji. To raczej pan budził antypatię, to pan bezczynnie leżał na kanapie...

— Cieszę się, że pan tak to odebrał. Niektó­rzy zarzucali mi, że film jest obsesyjny. No ale ta obsesyjna sytuacja trwa latami. Ma­ma atakuje, ale ja może jestem trochę taki, jak w tym filmie. Gdybym inaczej pokazał siebie, byłbym facetem, który stoi za kame­rą i sprzedaje rodziców.

— Dla kogo ten film by! bardziej bolesny - dla pana czy dla rodziców?

— Sądzę, że najbardziej ten film przeżyła mama. Ojciec lubi spokój. Ten film go nie zaszokował. Może zastanawiał się, co o nim powiedzą sąsiedzi. Ale nie przejął się tym. Ważniejsze było dla niego, że jakoś zaistnia­łem.

— Sprzedając swoje życie?

— Sprzedałem siebie - to prawda. Ale to nie jest film o mnie czy o Koszałkach. To film  o Nowakach, Pilchach, Piotrowskich...

— Czy myśli już pan o nowym filmie?

— Tak, ale wybrałem bardzo trudny temat. Chcę zapytać, czy człowiek ma prawo decy­dować o swoim ciele po śmierci. I nie my­ślę o transplantacjach, tylko że kiedy się umiera, można swoje ciało wykorzystać w celu korzystnym społecznie. Nic więcej nie mogę na razie powiedzieć.

— Nie boi się pan pójść za daleko?

— Byłem w prosektoriach, w umieralniach. Młody człowiek, widząc tak wiele strasznych rzeczy, zaczyna inaczej patrzeć na swoje ży­cie. Dziś już wiem, co to śmierć.

— Nie cofnął się pan, nie przeraził?

— Przez siedem lat uprawiałem alpinizm, który nauczył mnie walki z własną słabością. Nie sprawdzasz się - odpadasz. Tak samo jest z filmem. Udało mi się kiedyś zrobić zdjęcia na sali sekcyjnej. Te zdjęcia są pięk­ne. Jest śmierć, ale jest i piękno. Bogdan Dziworski, mój profesor ze szkoły w Kato­wicach, dal mi za nie piątkę. Gdybym posu­nął się za daleko, na tych zdjęciach byłyby jedynie zwłoki.

 Swój film zatytułował pan słowami mamy, może jedynymi słowami pochwały w sto­sunku do pana w tym filmie: „Takiego pięk­nego syna urodziłam”. Jaka jest pańska mama?

— Wrażliwa. Dzięki niej nie jestem degene­ratem.