„Kino” 2008, nr 1

Na Pradze czas się zatrzymał

Z Łukaszem Palkowskim rozmawia Piotr Śmiałowski


– Akcja twojego debiutanckiego filmu „Rezerwat” rozgrywa się na warszawskiej Pradze. Prozaik Marek Nowakowski tak kiedyś opisał swój stosunek do tego miejsca: Ja sam jestem lewobrzeżny, a jednak pisarsko i życiowo żywiłem się Pragą. Ta część miasta była przez lata inspiracją dla ludzi, którzy zajmowali się szeroko pojętą sztuką. Dlaczego? Bo tu zostali ludzie, tu zachowały się mury. Ty także nigdy nie mieszkałeś na Pradze. Jak rodziło się twoje zainteresowanie tym miejscem? Poprzez częste wizyty po prawej stronie Wisły czy może raczej dzięki literackim lub filmowym obrazom tej dzielnicy?

– To zależało od tego, w jakim akurat byłem wieku. Pod koniec lat 80. jako nastolatek bardzo często jeździłem na Pragę. Byłem wówczas heavymetalowcem, a tam znajdowała się „Dziupla”, jedyny w Warszawie sklep, w którym można było kupić koszulki, plakaty czy naszywki tej subkultury. Praga już wtedy mnie fascynowała. Specyficzna atmosfera tego miejsca była dla mnie wyraźnie wyczuwalna – tak jakby zaraz po przekroczeniu Wisły coś spływało mi na ramiona. Oczywiście wiedziałem, w jaki świat się zanurzam. Moje wizyty w tej dzielnicy kończyły się często bijatykami przy Ząbkowskiej i utratą wszystkich pieniędzy. Nie wzbudzało to jednak we mnie nigdy niechęci ani tym bardziej strachu przed Pragą. Niebezpieczeństwo, że dostanie się w mordę, było bowiem w pewnym sensie wpisane w wyprawy do „Dziupli” i dodawało im kolorytu.

Tak się złożyło, że po tym młodzieńczym okresie prawie w ogóle nie jeździłem już na Pragę, ale mimo to poznawałem ją nadal – właśnie poprzez różnego rodzaju literaturę: teksty Stanisława Staszewskiego z obu płyt Kultu „Tata Kazika”, a jeszcze później – powieść „Dobry” Waldemara Łysiaka i dokumentalny „Niebieski syfon” Piotra Kuleszy, który zebrał i spisał opowieści o Bazarze Różyckiego. Te książki niejako utrwaliły w mojej pamięci obraz Pragi i pomogły mi w pracy nad „Rezerwatem”.

– Czy pisząc scenariusz, robiłeś rekonesans w miejscach, które miały pojawić się w filmie?

– Nie. Nie zależało mi na zbieraniu nowych obserwacji. Na Pragę – chyba po raz pierwszy po sześciu latach! – pojechałem dopiero, gdy z Pawłem Sobczykiem, moim operatorem, robiliśmy dokumentację przed zdjęciami do „Rezerwatu". Miałem jednak wrażenie, że przez ten czas prawie nic się tam nie zmieniło. Z kolei Paweł w ogóle nie znał wcześniej Pragi. Wydawało mu się, że wiele rzeczy, które opisałem w scenariuszu, to jedynie mój wymysł. Lecz pod koniec dokumentacji powiedział ze zdziwieniem: Stary, to wszystko prawda. Okazało się, że dobrze zapamiętałem, jaka jest Praga.

– Warto jednak dodać, że współautorem scenariusza jest Marcin Kwaśny, który od kilku lat mieszka po prawej stronie Wisły. To chyba także miało duży wpływ na to, że tekst tak dobrze odzwierciedla życie Pragi.

– Od pomysłu Marcina wszystko się tak naprawdę zaczęło. Gdy wprowadził się na Pragę, napisał zarys scenariusza filmu krótkometrażowego „Praskie klimaty”, który opowiadał m.in. o kręceniu pornosów na Bazarze Różyckiego. Zaczęliśmy dopracowywać szczegóły tej historii, ale Marcin akurat dużo grał w teatrze i miał coraz mniej czasu na pisanie. Zostałem więc z tym tekstem sam. Próbowałem go kończyć, ale wszystko, co dopisywałem, wydawało mi się po prostu miałkie. Wymyśliłem wówczas całkiem nową historię, zostawiłem natomiast bohaterów i wiele dialogów napisanych przez Marcina. W tych sylwetkach najbardziej czuło się bowiem jego znajomość teraźniejszego życia na Pradze; dialogi były z kolei bardzo dowcipne.

– O Pradze wielu ludzi myśli, niestety, stereotypowo, jako o przestępczej dzielnicy. Podobnie postrzega się jej mieszkańców. W „Rezerwacie” łamiesz stereotypy: bohaterowie mieszkają w jednej kamienicy i początkowo – paradoksalnie – wydaje się, te każda z tych postaci to właśnie stereotypowy mieszkaniec Pragi – przestępca czy alkoholik. Lecz w dalszej części „Rezerwatu” przyglądasz się tym ludziom bliżej i w istocie ujawniasz jak uproszczony był ich obraz z pierwszych scen filmu.

– Mam nadzieję, że dzięki temu widz będzie cały czas zainteresowany bohaterami i przemianami, które w nich zachodzą. Najpierw bowiem podąży za nimi, bo zobaczy w nich znajome – acz stereotypowe cechy, a potem będzie mógł weryfikować swoje wrażenia. Podobny sposób łamania stereotypów wywodzi się z moich wcześniejszych doświadczeń reżyserskich. Nakręciłem kiedyś wraz ze Sławkiem Naumiukiem i Andrzejem Maroszkiem dokument o bezdomnych „Giganci”, którego jednak do tej pory nie zmontowałem, bo nie potrafię znaleźć w sobie odpowiedniego dystansu (prawdopodobnie zrobi to już bez mojego udziału Piotr Szczepański). Gdy zaczynaliśmy kręcić tamten film, miałem już w głowie jakiś suchy i niesprawdzony pogląd na tę sprawę, który chciałem jedynie udowodnić. Lecz przez kolejne miesiące wizyt w obozowisku dla bezdomnych przy Ostrobramskiej mój sposób myślenia o tych ludziach zmieniał się wielokrotnie. Wówczas zdałem sobie sprawę, że najlepszym sposobem, by złamać jakieś stereotypy, jest odwołanie się do nich i wykazanie ich niedorzeczności. Z kolei realizacja krótkometrażowej „Naszej ulicy” nauczyła mnie obserwacji małych społeczności – takich jak ta w „Rezerwacie" – sposobu prowadzenia aktorów w takich sytuacjach, prowadzenia narracji.

– W twoim filmie w wielu trzecioplanowych rolach występują autentyczni mieszkańcy Pragi. Jak ich na to namówiłeś, jak zdobyłeś ich zaufanie? Bardzo często mówi się przecież, że stosunki między warszawiakami mieszkającymi po lewej i prawej stronie Wisły są bardzo chłodne.

– Tym też, niestety, rządzą stereotypy. My – jak już powiedzieliśmy - uważamy mieszkańców Pragi za podejrzane typy, a oni nas w rewanżu – za bandę krawaciarzy. Obie strony patrzą na siebie wilkiem i trudno przełamać tę barierę. Ale „Rezerwat" nie był na szczęście pierwszym filmem rozgrywającym się na Pradze, przy którym pracowałem. Zaraz po studiach asystowałem przy „Powiedz to, Gabi” Rolanda Rowińskiego. Wszyscy w ekipie ostrzegali mnie wówczas, że jakieś typki z Pragi będą nam przeszkadzać, mogą ukraść sprzęt. Gdy kręciliśmy scenę wypadku samochodowego, potrzebowaliśmy tłumu gapiów. Zatrzymywałem więc mieszkańców Pragi, którzy tamtędy przechodzili lub stali nieopodal. Zaobserwowałem wtedy pewną prostą, ale ważną prawidłowość: wszystko będzie w porządku, jeśli tych ludzi zatrudnimy i zapłacimy im jakiekolwiek pieniądze. Jeśli natomiast będą musieli stać i patrzeć jak inni pracują i zarabiają lub – co gorsza – poczują, że są wykorzystywani, zrobią jakąś burdę. Przy „Rezerwacie” wiedziałem więc już mniej więcej, jak się zachować. O dobrym kontakcie z mieszkańcami praskiej kamienicy, w której kręciliśmy film, zadecydował jednak także przypadek. Kiedy zaczęliśmy tam przyjeżdżać z kamerą i aparatami fotograficznymi, by zrobić próbki ujęć, ci ludzie oczywiście od razu zainteresowali się, co tu robimy. Gdy usłyszeli, że będziemy kręcić film, zaczęli nam opowiadać, że znalazł się właściciel kamienicy, który chce ich stąd wyrzucić i zburzyć cały budynek – stąd zresztą wziął się w filmie ten wątek, nie było go w pierwotnej wersji scenariusza. Ich opowieści zasiały w nas niepokój: znaleźliśmy świetny obiekt zdjęciowy, a ktoś chce go nam wyburzyć! Zaczęliśmy się dowiadywać, co i jak. Myślę, że mieszkańcy kamienicy zaczęli nas wówczas traktować jak sprzymierzeńców, którzy pomogą im uratować dach nad głową. Wierzyli, że nakręcimy film dokumentalny o tym budynku; jedna pani twierdziła nawet, że widziała go już w telewizji. Wkrótce potem udało nam się dotrzeć do właściciela, który okazał się bardzo miłym panem – nie miał wcale zamiaru wyburzać kamienicy, chciał ją po prostu wyremontować, ale nie mógł dojść do porozumienia z mieszkańcami... Nie wyjaśnialiśmy już jednak tej sprawy. Dla nas liczyło się przede wszystkim to, że ludzie z Pragi traktują nas jak swoich! Dzięki temu nie miałem żadnych problemów z namówieniem ich na występ przed kamerą. Chciałem, by zapełnili cały drugi i trzeci plan. Wyobrażasz sobie bardziej autentyczne postaci? Oczywiście wszystkim płaciliśmy normalne dniówki, a cała ekipa miała zapowiedziane, by traktować ich jak prawdziwych aktorów.

– W „Rezerwacie” pokazujesz Pragę oczami przybysza, który po rozstaniu z dziewczyną znajduje wolne mieszkanie w tej dzielnicy. Marcin właściwie ze wszystkimi stara się utrzymywać przyjazne stosunki, jednak stać go na takie świństwa, jak publikacja pod własnym nazwiskiem zdjęć autorstwa chłopca z tej kamienicy. Również przyjaciel Marcina, który robi w Warszawie różne interesy, nie budzi sympatii. A więc prawie wszystko, co złe w tym świecie, pochodzi od ludzi z lewego brzegu Wisły...

– Bo tak to wygląda z perspektywy mieszkańców Pragi. Chociaż sami dopuszczają się różnych niewłaściwych czynów, takie zachowania jak przypisanie sobie autorstwa cudzych zdjęć są dla nich szokujące. Świadczą o zupełnym braku zasad, a na Pradze pewien niepisany kodeks postępowania zawsze obowiązywał i wiele znaczył. Ostatnio te zasady zaczynają wprawdzie umierać, bo wszędzie panoszą się dresiarze, ale oni w dużej części także pochodzą właśnie z lewobrzeżnej Warszawy. Marcin również jest częstym przykładem człowieka z lepszego świata, który przyjeżdża na Pragę i traktuje to miejsce trochę z góry.

– Jednak trochę ze strachu a trochę z wyrachowania nie afiszuje się z tym wobec sąsiadów z kamienicy, w której mieszka, tymczasem większość warszawiaków nie ukrywa swojego lekceważącego stosunku do Pragi.

– A to wywołuje u jej mieszkańców odruchy samoobrony: skoro postrzegacie nas jako gorszych od siebie, to my wam teraz pokażemy. Jednak gdy kręciliśmy „Rezerwat” i ci ludzie trochę się przed nami otworzyli, zauważyłem, że w rzeczywistości traktują nas jak lepszych od siebie. Imponuje im wiedza niektórych osób, ich słownictwo, ubiór. Nie ma jednak co się dziwić, że jeśli właśnie taki człowiek potraktuje ich lekceważąco albo zrobi im jakieś świństwo, będą się chcieli odpłacić. Na ich szacunek trzeba sobie bowiem zasłużyć.

– „Rezerwat” pokazuje, że na Pradze czas jakby się zatrzymał. Mieszkańców kamienicy, w której kręciliście film, nazwałeś nawet smakoszami czasu. Chyba zatem każde pojawienie się kogoś spoza Pragi – również twojej ekipy – burzy ten spokój. To także może być jedna z przyczyn wrogości tych ludzi...

– Na pewno. Zwłaszcza że lewobrzeżna Warszawa bardzo ingeruje dziś w życie Pragi. Chce to miejsce zmienić, nie licząc się z opinią ludzi, którzy tam mieszkają od wielu dziesięcioleci. Mówi się, że nowoczesne budynki, puby, jakieś projekty kulturalne mają ożywić tę dzielnicę i uczynić ją atrakcyjną dla turystów. Czy widziałeś jednak, żeby którykolwiek z rdzennych mieszkańców Pragi odwiedzał te miejsca lub miał z ich istnienia jakąś korzyść? Dla nich te zmiany oznaczają w istocie powolną zagładę ich świata. Niedługo nie będą już mogli usiąść sobie przed swoją kamienicą na krześle, pogadać ze wszystkimi, którzy przechodzą. Nasza ingerencja zabija atmosferę Pragi. Ale mimo to wchodzimy tam z butami, bo to miejsce jest dla nas swoistą ciekawostką. Zachowujemy się zupełnie jak Japończycy, którzy w jednej ze scen filmu pstrykają zdjęcia z okien taksówki.

– Symbolem przemijającej Pragi jest w „Rezerwacie” postać starego fotografa, który przez wiele lat utrwalał na zdjęciach życie tej dzielnicy. Teraz wywołuje zdjęcia dla Marcina. Chłopak poprzez rozmowy z fotografem, oglądanie obrazów dawnej Pragi zaczyna wyczuwać i rozumieć prawdziwą atmosferę tej dzielnicy oraz to, że dla jej mieszkańców nie jest ona jedynie miejscem zamieszkania. Może tradycja Pragi będzie trwała właśnie dzięki takim sytuacjom?

– Chciałbym w to wierzyć. Bo w postaci Marcina ważne jest to, że Praga interesuje go pod koniec filmu nie tylko jako dzielnica, ale także miejsce, gdzie żyje pewna grupa ludzi, z którą można się zaprzyjaźnić. Ten fotograf jest z kolei jednym z tych ludzi sztuki, którzy – jak pisał Nowakowski w cytowanych przez ciebie słowach – znajdowali inspirację w atmosferze tego miejsca. Myślę, że takie osoby i ich inicjatywy są szczególnie cenne, bo utrwalają oraz przedłużają istnienie prawdziwej Pragi i potrafią tym zainteresować innych.

– W pracowni fotografa znajduje się wiele unikatowych i nieznanych zdjęć przedstawiających nie tylko Pragę, ale także inne fragmenty Warszawy i ludzi, którzy tam wówczas żyli. Skąd je wziąłeś?

– Ich rodowód jest bardzo ciekawy. Mój operator kręcił kiedyś w jakiejś opuszczonej chałupie film dokumentalny i znalazł tam album z tymi zdjęciami. Bardzo długo poszukiwał jego właścicieli, próbował ustalić kim są osoby na fotografiach. Bezskutecznie. Wiemy jedynie, że zdjęcia te zrobiono między 1953 a 1956 rokiem.

– „Rezerwat” kręciłeś przy ulicach Konopackiej, Stalowej i Środkowej. Prześledziłem historię tych ulic. Przy Konopackiej, którą nazywano przed wojną praską Marszałkowską, mieściła się na przykład pogimnazjalna Szkoła dla dziewcząt Heleny Rzeszotarskiej. To tutaj jeździły także pierwsze tramwaje. Przy Stalowej mieszkała z kolei intelektualna i finansowa elita Pragi. Po wojnie miały tu swoją siedzibę liczne instytucje – na przykład Centrala Produktów Naftowych czy Spółdzielczy Bank Kupiectwa. Twój film pokazuje, że nie ma także śladu po dawnej świetności tych miejsc.

– Konopacka i Stalowa były przez długie lata najlepszymi ulicami Pragi. Dzisiaj są swoistymi slumsami. Zostały niejako wyrzucone poza nawias, bo nikt ważny w praskiej hierarchii tu nie mieszka, nikt nie chce tym rządzić. Kamienica, w której kręciliśmy „Rezerwat", ma 117 lat, a jeszcze chyba nigdy nie była remontowana. Nie ma elewacji, ostatnie piętro jest od wielu lat zamknięte, bo nie ma pieniędzy na położenie dachu. Konopacka i Stalowa chyba najwyraźniej pokazują upadek Pragi. Okres wojenny i powojenny, o którym wspomniałeś, był rzeczywiście jednym z ważniejszych momentów tego procesu – całą dzielnicę zasiedlano dosyć przypadkowymi ludźmi, wielu szabrowników wprowadzało się do najlepszych kamienic – ale mnie się wydaje, że początek powolnego upadku Pragi to już 1915 rok, gdy wycofujący się z Warszawy Rosjanie wysadzili mosty na Wiśle. Dosyć długo komunikacja między lewobrzeżną a prawobrzeżną Warszawą była wówczas bardzo utrudniona, a policja nie miała tym samym pełnej kontroli nad Pragą. Znacznie wzrosła tam przestępczość, zawiązały się pierwsze gangi. Gdy odbudowano mosty, nie udało się już zlikwidować swoistej atmosfery bezprawia, która zapanowała na Pradze.

– Pokazywałeś „Rezerwat” na wielu festiwalach, m.in. w Tarnowie, w Koszalinie, w Zwierzyńcu czy Kazimierzu. Jak festiwalowa publiczność reagowała na obraz Pragi w twoim filmie?

– Ku mojemu zdziwieniu – entuzjastycznie. Bardzo się bałem pierwszych pokazów. Nie byłem pewien czy „Rezerwat” to udany film i czy – ze względu na tak specyficzne miejsce akcji – będzie zrozumiały poza Warszawą. W Tarnowie i Koszalinie musiałem sobie nawet dodać odwagi alkoholem. Ale widzowie dostrzegli w moim spojrzeniu na Pragę więcej niż się spodziewałem. Niektórzy potraktowali je bowiem jako uniwersalny obraz miejsca zapomnianego i umierającego. Spotkałem także ludzi, którzy przeżyli podobne sytuacje, jak ja w dzieciństwie. Jakiś mężczyzna przybił mi ostatnio piątkę mówiąc: Ja nigdy nie dostałem tam w mordę, ale też jeździłem do „Dziupli" i wiem, że tak tam jest. Coraz bardziej zaczynam więc wierzyć, że udało mi się pokazać prawdę.

– Czy nakręcisz zatem jeszcze kiedyś film na Pradze?

– Mam zarys ogromnej epickiej opowieści o doliniarzach z Bazaru Różyckiego, która rozgrywałaby się od końca lat 20. aż po lata 60. Realizacja podobnego filmu wiąże się jednak z wielkimi kosztami. Będę musiał poszukać pieniędzy za granicą. Czuję jednak, że warto.