"Kino" 2000, nr 1

Miej serce. O twórczości Kazimierza Kutza

Andrzej Werner

Pilni a obdarzeni pamięcią czytelnicy "Kina" nie będą mieli trudności z charakterystyką postaci Kazimierza Kutza


Z jego felietonów wyłaniał się nie tylko dość jednoznaczny obraz polskiego życia filmowego, ale i nie mniej jednoznaczny obraz autora. To pyszny śledziennik, z tak ciętym piórem, że całe środowisko drżało, żeby mu tylko nie podpaść. Odważny, jednocześnie łamiący niepisaną zasadę, że kolega kolegi nie ruszy, niemal równie rygorystyczną, jak u kolejarzy. Bardzo mi się to podobało, dopóki sam nie dostałem po kościach. I to oczywiście za niewinność, za mój łagodny charakter, który każe mi cenić nie tylko twórczość Kazimierza Kutza, ale i Andrzeja Wajdy.

Ale ja mimo wszystko zamierzam tutaj przedstawić całkowicie odmienny konterfekt Mistrza. Wykażę mianowicie, że nie śledziona ani wątroba jest najważniejszym z jego organów, ale serduszko. Właśnie tak, w zdrobnieniu, bo czuły to organ niesłychanie, tkliwy wręcz, choć nie ckliwy. Jako przedmiot dowodu zamierzam jednak przywołać nie znakomite felietony, ale filmy Kazimierza Kutza.

Na początku wszakże chciałbym oddalić trop, który może nas wprowadzić w niejaką konfuzję. Otóż w jednym z wywiadów, w którym zresztą, przed laty, byłem stroną zadającą pytania, znajdujemy takie oto wyznanie Kutza, tyczące początków jego filmowej biografii: "Nasz start był może i ułatwiony, ale i utrudniony zarazem, ponieważ nagle podniosła się poprzeczka, przez którą przyszło nam skakać. Szansa kryła się w tym, aby zmieścić się miedzy zdolnymi kolegami czymś, co byłoby własnym śladem czy tropem... Otóż rozmyślając jak zadebiutować, analizując poczynania Wajdy i Munka wydawało mi się, że oni w swej twórczości zawsze opowiadają raczej o sprawie niż o człowieku, co zresztą jest moim zdaniem jedną z podstawowych wad naszej sztuki narodowej. Zbyt często dmie ona w wielkie trąby, gubiąc najistotniejsze: konieczność mówienia o rzeczach poważnych, wielkich, poprzez los jednostki. Słowem, gdy uświadomiłem sobie istniejącą szczelinę - postanowiłem zadebiutować w wymiarze jakby skromniejszym, ukazując sprawy Polaków przez pryzmat losu jednostek".

A więc jednak mózgowiec, który to wszystko sobie wykombinował. Postawił trafną diagnozę, znalazł szczelinę, a resztę pozostało tylko zrealizować. Zresztą nie jest to jedna szczelina: wybór tematyki i sposób jej potraktowania przedstawić można jako niezmiernie konsekwentną strategię. Oni AK, ja Ludowe Wojsko, a jeśli już AK, to tak jak w "Znikąd donikąd", albo "Do piachu". Oni z poszlacheckiej tradycji, ja na ludowo. Oni Księstwo Warszawskie, ja - Śląsk Czarny. Zimna strategia albo przekora, ale gdzie tu miejsce na uczucia?

Co innego wszakże wykombinować, co innego zrobić i to zrobić dobrze. Kamera nie kłamie, spójrzmy zatem od strony rezultatów. Każda obfita twórczość bywa jakościowo nierówna, wyjątki są niezmiernie rzadkie. Twórczość Kutza do tych wyjątków nie należy. Są jednak w niej pewne enklawy tematyczne, przy których do pomyłek artystycznych nie dochodzi. W sposób oczywisty taką enklawą jest Śląsk i jego ludzie. Wśród filmów śląskich Kutza nie ma nieudanych, wszystkie, albo prawie wszystkie należą do najciekawszych. Nie miałem nigdy wątpliwości, dlaczego się tak działo. Słuchając wspaniałych anegdot Kutza o piłkarzach, o Januszu Sidle i innych śląskich osobistościach, zaśmiewając się do łez byłem jednocześnie urzeczony jego pełnym ciepła, serdecznym nastawieniem do tych ludzi. Niezależnym od całej ostrości spojrzenia. Tak, to jest gleba, z której wyrasta sztuka epickiej opowieści o ludziach i ziemi, którą zamieszkują. Stosunkowo niedawno wyświetlany był w telewizji bardzo ciekawy film Janusza Kijowskiego o Kutzu. Opierał się on na bardzo prostym a zarazem trafnym pomyśle: Kutz jest tu przewodnikiem po krainie swego dzieciństwa i młodości. Oglądając jak krząta się wokół familoków, w których urodził się i wychował, kopał piłkę i kochał w dziewczynie z sąsiedztwa, z jaką dumą objaśnia topografię, zagaduje do kobiet wychylonych z okien, rozumiemy coś więcej: źródło energii niezbędnej, aby w sztuce stworzyć coś naprawdę godnego uwagi. Pisanie książek czy kręcenie filmów to dość paskudna robota, trzeba dużego wysiłku woli, by w każdym momencie dawać z siebie to, co najlepsze. Ten wysiłek woli wyzwolić mogą tylko emocje, bez nich pozostaje co najwyżej wzorowo wykonana praca katorżnika.

Emocje płynące z krainy lat dzieciństwa mają szczególnie pożywny dla twórczości artystycznej charakter. To właśnie w dzieciństwie oglądamy świat okiem najbardziej bezinteresownym, wolnym od rutyny, przyzwyczajenia, że ludzie, natura i przedmioty są na swoim miejscu, służą nam lub zagrażają. Jesteśmy my i świat, obie strony równania niejasne, nieoswojone, tajemnicze. Nieoswojone przedmioty posiadają swój byt niezależny od nieznanych nam jeszcze funkcji, istnieją same w sobie. Tu właśnie, w na poły zapomnianym, ukrytym pod progiem świadomości świecie dzieciństwa bije źródło żywej, niezepsutej jeszcze przez edukacyjną tresurę wyobraźni.

Sceny z wycieczki Kazimierza Kutza w magiczne miejsca dzieciństwa i młodości są w filmie Kijowskiego montowane ze scenami, które autor "Soli ziemi czarnej" i "Perły w koronie" nasycił emocjami tak bardzo związanymi z krajobrazem własnej przeszłości. Montują się one lekko i łatwo, bo przecież wyrastają z tego samego wzoru mitycznego. Czas zmienia miejsca i ludzi, i jedynym ratunkiem staje się usytuowanie przeszłości poza czasem, a więc w sferze mitu. I właśnie mitotwórcze właściwości krainy utraconego czasu, tak bliskie materii wielkiej sztuki, skłaniają wielu twórców do uporczywego odwiedzania miejsc "ojczyzny swojej". W naszej powojennej literaturze, a trochę i w filmie, tym miejscem mitycznym jest najczęściej Litwa czy szerzej - Kresy. Kutz potrafił stworzyć mit pastelowego, jakby dym ze wszystkich kominów przysłoni słońce, Śląska. Najmniej entuzjastycznie ze wszystkich śląskich filmów Kutza została przyjęta "Śmierć jak kromka chleba". Myślę nawet, że z przesadną powściągliwością; moim zdaniem był to udany film. Ale rzeczywiście różnił się od innych filmów cyklu śląskiego, może było w nim mniej oczekiwanej siły. Czy nie dlatego właśnie, że tym razem Kutz nie lepił już mitu ze znanej sobie i tak mu serdecznie bliskiej rzeczywistości, ale zastał ten mit gotowy, a emocje nie były jego osobistą własnością, zakodowaną w wiernej pamięci, lecz społecznym obowiązkiem?

Pisał kiedyś George Meredith: "Sztuka jest jak fontanna, bije blisko ziemi". Im bliżej ziemi sytuuje się twórczość Kutza, tym częściej staje się fascynującą sztuką. Swojej własnej ziemi, ale przecież ten obszar rozciąga się także i poza Śląsk. Nawet w filmach nie w pełni udanych bywają u Kutza fragmenty, kiedy nagle objawia się jego siła. Niezmiernie pod tym względem charakterystyczny był "Skok". Wszystko, co w tym filmie jest "literaturą": fabularna historyjka z wątkiem kryminalnym, a nawet psychologiczne motywacje postaw bohaterów, pozostaje słabe, papierowe, jakby niezbyt interesowało samego reżysera. Za to kiedy wchodzi on z kamerą między ludzi, pokrzywdzonych, bo nigdy nie przedstawianych jako ludzie, lecz jako chłopi i to z punktu widzenia miastowego letnika, który dziwuje się wiejskiej egzotyce, wtedy oglądamy ujmujący swoją zwykłą prawdą obraz pegeerowskiej społeczności, jakiego nie widzieliśmy dotąd w polskim kinie. Przy jednoczesnej skrupulatności opisu kulturowego wskazującego na przemiany, jakim ta społeczność podległa w latach powojennych. A przekora Kutza, dzięki której Małgorzatę Braunek obsadził w roli wiejskiej dziewczyny, a do roli romansowej zatrudnił nie Daniela Olbrychskiego a Mariana Opanię, zaowocowała jedną z tak rzadkich w naszym kinie ładnych i prawdziwych scen erotycznych.

Całym filmem, w którym Kutz przyjął taką właśnie taktykę odkrywania nieznanych lądów polskiej rzeczywistości, był jego wcześniejszy od "Skoku", "Ktokolwiek wie...". Tutaj nie przeszkadzała już Kutzowi fabuła, bo skutecznie ją zdezawuował. Niby pozostawił jakiś szkielet sensacyjnej akcji, ale trochę jak u Antonioniego po to tylko, by całkowicie lekceważyć jej dramaturgiczne wymagania. I trochę jak u Antonioniego ludzka rzeczywistość, która się wyłania w miejsce zamierzonej opowieści, jest jakby niepewna swojego istnienia, bo nienazwana, zagadkowa, nie określona do końca. Tym razem jest to "Polska powiatowa" i przedmiejska, ludzie, którzy ten obszar zamieszkują. Dowiadujemy się o nich dużo, a zarazem rozpaczliwie mało. Dużo, bo wreszcie wyglądają wiarygodnie, reprezentują własne istnienie a nie przemieszaną z lękiem ciekawość inteligenta. Mało, bo się nie odsłaniają, a reżyser ogranicza poznanie do tego, co widzi i słyszy, nie wypełniając pustych miejsc pozorną wiedzą przekonanego o swojej wyższości mądrali. Najwięcej dowiadujemy się o tym, czego nie ma, czego brak rzuca się w oczy. Jakże mało śladów zostało po zaginionej dziewczynie, jak mało ci ludzie wiedzą o sobie nawzajem, jak mało ich to interesuje. Wykorzenieni ze swoich siedzib, wspólnot, które kiedyś tworzyli, pogubili gdzieś więzi społeczne egzystując w izolacji, pogłębiającej się samotności.

Jaki to jednak ma związek z założoną na wstępie tezą? Otóż całkiem zasadniczy. Niezbędnym składnikiem tak uważnego spojrzenia na innych ludzi, a już zwłaszcza ludzi bardzo odmiennych, jest pewna dyspozycja emocjonalna. Nie tylko dlatego, że Kutz wybiera środowiska pokrzywdzone w naszej kulturze, odmalowywane zazwyczaj z choćby tylko podświadomym poczuciem wyższości. Można sobie wymyślić, że stawiamy na zrozumienie pojedynczego człowieka niezależnie od wielkich spraw, które nam w historii rozciągniętej przecież i na codzienność towarzyszą. Ale nie można wymyślić, że będzie się to robiło dobrze, lepiej niż cokolwiek innego. To, co najlepsze w filmach Kutza, nie zostało zrodzone z samego pomysłu, ze starannie skalkulowanego chwytu, nie tkwi w fabule, ale w spojrzeniu na drugiego człowieka. Dopiero w połączeniu z tą dyspozycją nabiera prawdziwej siły. A do tego trzeba mieć serce.