„Kino” 2004, nr 10

Ludzie z Łodzi

Malwina Grochowska


Przez rok Piotr Szczepański towarzyszył z kamerą przeklinającej i dowcipkującej grupce kumpli, którzy tworzą  „Cool Kids of Death”. Ten niszowy punkowy zespół z Łodzi nagle został dostrzeżony przez wytwórnię fonograficzną i spektakularnie zaistniał w show-biznesie. Chciałoby się powiedzieć: zaistniał z całą swoją bezkompromisowością. Ale wiadomo, że sukces zmienia każdego niezależnego twórcę, nawet jeśli (z pozoru?) zachowuje on swoją niezależność. Takie historie znamy z kina. W „Generacji C.K.O.D.” obserwujemy, jak po serii garażowych koncertów, na których młodzież szalała pod sceną, chłopcy stają przed medialną śmietanką w teatrze, a wokalista Krzysztof Ostrowski ryczy do megafonu:

Panie decydencie z agencji

                                     reklamowej,

hej, panie menagerze, z MTV

                                   prezenterze,

słynna dziennikarko,

 mamy butelki z benzyną

                                   i kamienie

 wymierzone w ciebie...

W tej świetnej scenie kamera rejestruje reakcje – co tu dużo mówić: w znacznej mierze obłudne – zaskoczonych widzów. Czy C.K.O.D. burzą zastany porządek, czy wpisują się jedynie ze swoim buntem w określony nurt? Nie wyrzucono ich przecież wtedy z sali, tylko coraz częściej zapraszano na salony. Czy oni coś zmienili czy tylko ich zmieniono? plastikowe uśmiechy wokół, uczestnictwo w plastikowych galach nie mogły pozostać bez wpływu na buntowników.

Szczepański rozpoczynając zdjęcia zamierzał jedynie utrwalić historię mało znanego zespołu, w którym śpiewał jego przyjaciel z dzieciństwa, tymczasem niespodziewanie zyskał dodatkowe szanse: ukazania zaplecza medialnej przemiany chłopaków i włączenia się do dyskusji na temat tzw. generacji nic. Obie szanse w pełni wykorzystał.

Owa generacja nic jest w filmie powracającym tematem – tak swoje pokolenie, czyli dzisiejszych 30-latków, określił basista i współtwórca tekstów piosenek, Kuba Wandachowicz. W głośnym artykule w „Gazecie Wyborczej” opisał swoich rówieśników jako bezideowców, nierealizujących twórczych aspiracji, niepotrafiących ze sobą rozmawiać. Media podchwyciły temat i każdy dziennikarz przeprowadzający wywiad z C.K.O.D. czuł się w obowiązku poruszyć tezy artykułu, co film pokazuje z perspektywy coraz bardziej znudzonych odpowiadaniem na pytania muzyków.

Inteligenta ironia, spontaniczny dowcip są mocną stroną filmowych dialogów i niemal równoważą negatywny efekt, jaki wywołują bezsensownie nagromadzone przekleństwa. Duży dystans do samych siebie ratuje młodych artystów przed kompletnym zanurzeniem się w świecie show-biznesu, staniem się takimi, jak ci, z których się wyśmiewają. Gorzej, gdy dystans tracą, zaczynają traktować siebie poważnie: jak Kuba, który popularność opisuje jako przekleństwo, ponieważ wcześniej frustrował się tylko prywatnie, a teraz dodatkowo frustruje się medialnie. Zapytany o powód frustracji stwierdza, że to zbyt osobiste pytanie. W tym momencie myśl, że bunt „Cool Kidsów” stał się trochę fasadowy, nasuwa się sama. Ciepłych uczuć nie wzbudzają też pijąc na umór, nawet gdy spowodowane jest to „frustracją medialną” po niezdobyciu jakiejś nagrody. I tylko menedżer raz spokojnie zauważa: – Chłopaki, mózgi sobie w końcu rozwodnicie.

By jeszcze lepiej wpasować się w stereotyp gwiazdy, zespół nie pogardził starciami z ochroniarzami, z obsługą hotelową. One mogłyby wyznaczać dramatyczną oś dokumentu, ale reżyser poszedł innym, ambitniejszym tropem. Pokazuje konflikty wewnątrz zespołu – te sensowne: o to, jak grać, czy podpisać umowę z wytwórnią – i te pijacko-bełkotliwe. Nie ma tu wygładzania wizerunku bohaterów. Ciągłe starcia unaoczniają też ich zaletę: nie stali się obojętnymi kukiełkami, wciąż im na czymś zależy, mają w sobie jakieś zadry, niepokoje.

Bohaterem zarówno pierwszej, jak i ostatniej sceny jest Kuba jawiący się w filmie jako mózg C.K.O.D. Na samym początku prezentuje swoją biografię (bardzo dobry student, absolwent filozofii etc.). Ktoś poleca przysłonić okno, by uzyskać lepsze światło... W epilogu nie ma już miejsca na inscenizację, pozostaje naga prawda: zespół upojony alkoholem słania się po scenie, Kuba nie jest w stanie dalej grać, trzeba przerwać koncert. To smutny obrazek, który dobitnie pointuje wokalista: – Proszę nam wybaczyć – jesteśmy wielkimi gwiazdami, nam po prostu odpierdoliło. Postacie pozostają wieloznaczne, widz sam musi zdecydować, gdzie ulokować swoje sympatie. Reżyser pozostawia sprawę otwartą, nie opowiada się po żadnej stronie.

Osobno należy przyjrzeć się relacji autor-bohaterowie. Należą do tego samego pokolenia, dzięki czemu wyczuwa się, że reżyser opowiada o problemie sobie znanym i bliskim: o dylemacie niezależność-komercja, o tym, że tak naprawdę granica między jednym a drugim jest nieuchwytna. Wyczuwa się także, że zaprzyjaźnił się z członkami zespołu, zyskując w ten sposób ich naturalne zachowanie przed kamerą. Uwidacznia się to szczególnie w zestawieniu z fragmentami wywiadów telewizyjnych: tam, wbijani w sztuczne role reagują „dzieckiem”. Szczepański robił swój film kierując się zasadą: 

To jest życie i jeżeli coś nam umyka  niech umyka bezpowrotnie 

(„Kino” 7-8/2004).

Ani żadnej sceny nie inscenizował, ani nie chciał udawać, że realizatora nie ma.

Co różni twórcę od jego bohaterów? On godzi ideologicznie pracę w agencji reklamowej i kręcenie offowych filmów. Natomiast dla Wandachowicza i jego kolegów „służba” agencji pozostaje symbolem sprzedania się rynkowi. 

Dzisiaj ci, którzy teoretycznie powinni dbać o intelektualne i duchowe zaplecze, jawnie uczestniczą w nachalnym urabianiu najniższych społecznych gustów, bo tylko w ten sposób mogą jakoś zarobić na życie 

– to z artykułu „Generacja nic”. Zabrakło rozmowy reżysera z jego bohaterami na ten temat, mogła wypaść interesująco.

To, co oglądamy na ekranie to materiał surowy, chropowaty. Takie było autorskie założenie: na pierwszym miejscu autentyzm, niedociągnięciami technicznymi będziemy martwić się później. Chwilami nie słychać wygłaszanych kwestii (wtedy pojawiają się napisy), czasem duża część kadru pozostaje niedoświetlona. „Generację” nakręcono dwoma kamerami: cyfrową reżyser oddawał do dyspozycji muzykom i te fragmenty, jako czarno-białe, wplótł potem w swoją opowieść. Rozdygotana kamera, dziwne ujęcia to integralna część tego dokumentu (więcej technicznych przekształceń powstało na etapie montażu: chociażby to, że często naraz są pokazywane dwa kadry). Szczepański ukończył wydział operatorski łódzkiej filmówki i ma za sobą realizację malarsko dopracowanych obrazów filmowych. Wielbi Bergmana i sam jeszcze w szkole tworzył kadry przesycone symboliką, wymagające skupionego odbioru. Lecz dziś zdaje sobie sprawę, że w świecie zdominowanym przez bylejakość kamery cyfrowej tradycyjny język obrazu filmowego, jakiego go uczono, to anachronizm. I przyznaje, że wybór formy „Generacji” został podyktowany brakiem złudzeń, a nie upodobaniem do tego stylu.

Niedbała, niby niedoskonała forma – doskonale koresponduje z treścią. Przecież nie sposób wyobrazić sobie filmu o punku, o buncie nakręconego w innej estetyce.


Generacja C.K.O.D.

Reżyseria i zdjęcia Piotr Szczepański.

Muzyka Cool Kids of Death.

Produkcja Anagram Film Anna Pachnicka.

Polska 2004.

Czas 55 min.