"Gazeta Wyborcza" z 27.05.1996

Gry filmowe

Jacek Szczerba

W „Grach ulicznych” Krzysztof Krauze opowiada o morderstwie politycznym sprzed lat. To interesująca próba, choć nie w pełni udana.


Stanisław Pyjas, student polonistyki na UJ, współpracownik KOR-u, został zamordowany w Krakowie w maju 1977 roku. Jego ciało znaleziono w bramie przy ul. Szewskiej. Sprawcy zabójstwa, prawdopodobnie ubecy, nie są znani do dziś. Bohaterowie „Gier ulicznych” rozgrywających się w roku 1995: pracujący w prywatnej telewizji dziennikarz Janek (Redbad Klijstra) i operator Witek (Robert Gonera) dostają kasetę wideo z nagraniem sugerującym, że za śmierć Pyjasa odpowiedzialny jest znany polityk, senator zabiegający o wysokie urzędy. Przed laty był przyjacielem Pyjasa, ale ponoć także konfidentem UB o pseudonimie „Ketman”. Janek i Witek próbują dociec prawdy, prowadzą śledztwo niczym postaci „Obywatela Kane'a” czy „Człowieka z marmuru”.

Brama, gdzie znaleziono zwłoki Pyjasa, pojawiła się niedawno w „Spisie cudzołożnic” Jerzego Stuhra. Bohater filmu przywiódł tam skandynawskiego naukowca, którego oprowadzał po Krakowie. Stuhr użył jednak tego tragicznego motywu cokolwiek ironicznie; to jeden z przykładów niezrozumiałego dla świata polskiego „zaplątania”: zapatrzenia w przeszłość, upodobania do martyrologii i nie zaleczonych kompleksów.

Formalna dbałość

Scenarzyści „Gier ulicznych”, Jerzy Morawski i Krzysztof Krauze, postąpili inaczej. Sprawę Pyjasa uczynili kanwą filmu sensacyjnego z wyrazistymi odniesieniami do współczesności. Zadbali zwłaszcza o jego formę, bliską gustom młodych widzów. Operator Łukasz Kośmicki zamienił „Gry uliczne” w kolaż w stylu Olivera Stone'a. Taśmę filmową poklejono tu z taśmą wideo. Dołączono wstawki animowane i dokumentalne – np. gdy uopowcy częstują Janka czekoladkami, na ekranie oglądamy krótki reportaż z zakładów Wedla (dawniej 22 Lipca): ptasie mleczko pędzi po taśmie produkcyjnej, zaś fabrykę odwiedza tow. Gierek.

Kośmicki ładnie „podgląda” świat kamerą, ustawia ją w zaskakujących miejscach, odkrywa urodę drobiazgów, na które zwykle nie zwracamy uwagi, jak choćby kurz opadający ze schodów.

Stone używa montażowych wariacji (z różnym zresztą skutkiem), by lepiej scharakteryzować swych bohaterów i oddać atmosferę przedstawianej epoki. Krauze nie jest w tym tak finezyjny, choć umie poprawnie opowiadać.

Zastanawiam się tylko, jaki cel przyświecał realizacji „Gier ulicznych”. Najpewniej autorzy pragnęli przybliżyć młodym widzom „mroki PRL-u”. Wiele zła z tamtej epoki ostało się przecież do dziś. Naiwnością jest sądzić, że jesteśmy od niej wolni. Większość byłych ubeków, z którymi rozmawiają bohaterowie filmu, świetnie się urządziła w nowej rzeczywistości, z partiami postkomunistycznymi u władzy.

Nie bez znaczenia jest fakt, iż Janek, zresztą tak jak i grający go aktor, to w połowie Holender. Rodzina czeka na niego w Amsterdamie. Chłopak zawsze może wyjechać, oderwać się od męczącej „polskości”. A jednak tego nie robi. Wiedza wynikająca z przeszłości zmienia go. Podobnie może stać się z odbiorcami filmu.

Kilka pytań

W „Grach ulicznych” brakuje kilku rzeczy. Opozycja sprzed lat scharakteryzowana jest nazbyt pobieżnie: ot, idealiści opierający się złej, narzuconej siłą władzy, przyjmują egzystencjalne pozy, czytają „Grę w klasy” Cortazara etc. Reżyser nie poświęca też dużo miejsca „Ketmanowi”, a to chyba ciekawa figura. Inteligent, wtyczka, który znał zakazany wówczas „Zniewolony umysł” Miłosza. Po pseudonimie, jaki wybrał, można przypuszczać, że prowadził perwersyjną grę z samym sobą.

Inna sprawa to filmowy wizerunek współczesnych młodych. Janek i Witek są spryciarzami żądnymi przygód. Umieją podejść swych rozmówców, gdy trzeba, nawet oszukać. Długo liczy się dla nich głównie ekscytujący materiał do filmowego reportażu. I ten ich styl życia. Zachodni samochód, duże niedbale urządzone mieszkanie czy może raczej strych, picie, trawka, panienki, odbieranie telefonu ze szczoteczką do zębów w ustach. To nie rzeczywistość, tylko wyobrażenie o niej rodem z amerykańskich seriali. Młodzi nad Wisłą nie są tacy, choć pewnie niektórzy chcieliby być.

I to jest właśnie główny mankament „Gier ulicznych”. Wpisując się w konwencję filmu sensacyjnego Krauze powiela zbyt wiele klisz. Oglądając film prędko układamy listę ewentualnych zakończeń: 1. Janek i Witek narobią dużo hałasu w mediach, złapią parę „płotek”, ale głównych winowajców nie dosięgną. 2. Będą nazbyt dociekliwi i jak Ikar, któremu słońce roztopiło wosk na skrzydłach, bo pofrunął za wysoko, runą w dół. 3. Zrezygnują pojąwszy, że prawda nikogo już dziś nie obchodzi, że ludzie gotowi są przymknąć oko na zło, jeśli tylko pozwoli się im normalnie żyć. Pomyłka w przewidywaniach raczej nie wchodzi w grę.

Nie dziwią też w „Grach ulicznych” modne dziś w kinie cytaty z innych filmów, znaczące odniesienia do klasyki. Kto chce, będzie mógł zastanowić się, skąd np. Krauze „pożyczył” gęsi nad rzeką i jakie dzieło Antonioniego przyświecało ostatniej scenie filmu.

Zawiedli mnie w „Grach ulicznych” aktorzy, zwłaszcza grający dwójkę bohaterów. Sprawiają wrażenie „puszczonych” przez reżysera. Mieli być zapewne swobodni i naturalni. Są niestety zagubieni i za często źle sprzedają, po amerykańsku luźne, dialogi.

Trudno przewidzieć, czy młodzi „kupią” film Krauzego, tak jak wcześniej zaakceptowali „Młode wilki”, a odrzucili „Słodko gorzkiego”. Ciekawe też, czy okaże się on filmem interwencyjnym, tzn. przyczyni się do wyjaśnienia, jak to naprawdę było ze śmiercią Pyjasa, o co opinia publiczna zabiega bezskutecznie od lat.