„Film” 2000, nr 3, s. 119

Groteska dokumentalna

Piotr Wojciechowski


Mój wybór na przykładzie dwóch filmów

Są filmy, w których pozornie nie ma nic, a okazuje się, że jest wszystko. Są filmy, w których jest niby wszystko, a właściwie nie ma nic. I rzadko przytrafiają się filmy, w których jest wszystko i to naprawdę zna­czy wszystko.

Pierwszy przypadek - to „Muzykanci” Kazimierza Karabasza.

Trzeci - „Tango” Zbigniewa Rybczyńskie­go. Drugi - to tzw. średnia, którą oglądamy w TV Oglądałem „Muzykantów” po raz pierwszy, kiedy miałem 20 lat i miałem dziwne uczu­cie, że zobaczyłem coś, czego na ekranie w ogóle nie było. Zobaczyłem tych ludzi z orkiestry tramwajarskiej w ich domach i dokładnie widziałem ich żony, słyszałem o czym mówią, czym się martwią, z czego się śmieją. Widziałem ich mieszkania, ślepe ku­chenki, pierzaste łóżka, widziałem, jakie ob­razki wiszą na ścianach, widziałem wnuki odrabiające lekcje, widziałem niedzielne obiady. Słyszałem nawet odgłosy sąsiadów. Potem wiele razy jeszcze widziałem „Muzy­kantów” - i to uczucie zostało. Zawsze wi­działem i słyszałem dużo więcej niż napraw­dę było na ekranie. Bo przecież na ekranie była tylko próba orkiestry i tylko twarze. Nic więcej. Ale to było to nic, które znaczyło dla mnie wszystko. I tak zostało do dzisiaj. Podobnie kiedy oglądałem film mojego sy­na Pawła – „Siostry”. Po prostu dwie star­sze panie siedzą na ławce warszawskiego podwórka i rozmawiają, zdawałoby się o ni­czym, o deszczu, który pewnie zaraz spad­nie, o jedzeniu, o chorobach - jak u Cze­chowa. I tylko jedna z sióstr każe drugiej przespacerować się wokół trawnika, bo tak kazał lekarz. Nic więcej. Nie ma żadnego podglądactwa, żadnego naruszania prywat­ności, włażenia w intymność. A ja znowu miałem to samo wrażenie, że wszystko o tych kobietach wiem, że mogę sobie wy­obrazić całe ich życie.

W „Tangu" - przeciwnie: od razu jest wszystko. Od narodzin poprzez trywialność zwykłych zdarzeń do śmierci. Chłopak gra w piłkę, złodziej zwija jakąś paczkę, kobie­ta karmi niemowlę, babcia szykuje obiad, młodzi pospiesznie się kochają, ktoś wkrę­ca żarówkę i pada rażony prądem, babcia wstaje z tapczanu itp.

Suma takich banalnych „nic", czyli wszyst­ko - tyle że z genialnym pomysłem skom­prymowania czasu. Wszystko dzieje się naraz, jak to w życiu.

Co łączy te filmy?

Chyba niezwykła intensywność autorskiego widzenia, głębia i mądrość w rozglądaniu się wokół i bardzo rzadka umiejętność bez­błędnego przeniesienia tego, co ma się w środku, na taśmę filmową.

Marzy mi się film pt. „Muzykanci grają tan­go”. Kto go zrobi?