„Kino” 2006, nr 4

Generacja NICponi

Łukasz Kłuskiewicz


O nieobecności postaw buntowniczych w najmłodszym kinie polskim


Poważyłem się na badanie filmowych obrazów polskiego pokolenia transformacji oraz mało wyrazistych na razie, ale już dostrzegalnych przejawów nowej świadomości w dokonaniach najmłodszych polskich reżyserów, uznając wartość i przydatność ich spojrzenia i zmysłu obserwacji oraz zakładając, że tylko w ten sposób możliwe będzie wskazanie przyczyn nieobecności postaw buntowniczych w najmłodszym kinie polskim. 


Każdy z nas – choćby nieświadomie – dokonuje opisu świata, w którym funkcjonuje, włączając się w proces samookreślenia jednostek składających się na grupę nazywaną umownie pokoleniem. W szczególności dotyczy to twórców, którzy – jako wyraziciele poprzedzonej obserwacją i przemyśleniami refleksji – przemieniają intuicje czy spostrzeżenia w artystyczną kreację. W moim mniemaniu grupie młodych reżyserów udało się uchwycić nerw czasu i wyartykułować – choćby i mimowolnie, gdzieś na marginesie właściwych zamierzeń – jakąś prawdę o dzieciach dekady transformacji ustrojowej.

Podejmując podobny temat nie sposób nie odnieść się do prowadzonej swego czasu na łamach „Gazety Wyborczej” dyskusji o kondycji polskiej młodzieży. Chciałbym wystąpić w obronie tych, którym zbyt szybko przysporzono wątpliwej sławy etykietą generacji NIC, oskarżając ich o bezideowość i brak pomysłu na świat, indyferentyzm, konformizm bezrefleksyjność i wyzbycie się krytycyzmu koniecznego do funkcjonowania w świecie zdominowanym przez media. Generację NIC nazwałbym raczej generacją NICponi, i to sprytnych, bo łączących w sobie antynomie potrafiących odnaleźć się w świecie paradoksów. Z jednej strony diabelsko przebiegli, gotowi poświęcić siebie i swoje przekonania w imię osiągnięcia obranego celu, z drugiej zaś – pewni własnych przekonań, deklarujący przywiązanie do norm etycznych, ambitni i dynamiczni, konsekwentni w obranej drodze, mocno przywiązani do zapisanego w ich pamięci kulturowej obrazu rzeczywistości, ale i dogłębnie odczuwający amorficzność i nieuporządkowanie świata, który dopiero co się zaczął.

Formułując swoje oskarżenia, autor tamtego głośnego artykułu, Kuba Wandachowicz, nie był precyzyjny. Po pierwsze, zapomniał o pokoleniowej akceleracji (którą zauważyła i nazwała Hanna Arendt), sprawiającej, że kolejne pokolenia następują po sobie coraz szybciej, a ludzie nieznacznie różniący się wiekiem żyją i wzrastają w zupełnie odmiennych warunkach społeczno-ekonomicznych. Po drugie, Wandachowicz nie zauważył, że stosowane dotychczas definicje pokolenia, jeśli nawet słusznie uciekały od kryterium metrykalnego, nigdy nie pozbyły się istotnego pierwiastka wspólnotowości. Jaką postać przybiera to zjawisko w sytuacji, gdy rzeczywistość społeczno-polityczno-kulturowa stwarza warunki, w których młode jednostki skupiają się głównie na losie własnym i nie mają zamiaru występować pod wspólnym szyldem? Wszak obecna konstrukcja polskiego mikroświata wymusza raczej egotyczny indywidualizm niż stwarza warunki konstytuowania się poczucia więzi społecznej w pokoleniowym rozumieniu. Młodzi widzą raczej własną drogę, własne problemy, perspektywy i trudności niż problemy wspólne. I nic w tym złego. Tylko czy mamy jeszcze do czynienia z pokoleniem?

Trudno nie zgodzić się z tezą socjologa, prof. Hanny Świdy-Ziemby, która uważa, że skoro każdy młody idzie/ma możliwość iść własną drogą, to właśnie owo poszukiwanie odmiennej drogi jest wspólną cechą grupy, przesądzającą dodatkowo o jej wewnętrznym zróżnicowaniu. W komentarzach do przeprowadzonych wśród studentów i licealistów ankiet badaczka dostrzega elementy spajające spory odsetek obecnej populacji. Są to: podobna dla grupy rówieśniczej i zasadniczo odmienna niż poprzednio sytuacja społeczna, nowa i wspólna w wielu punktach wiedza o społeczeństwie, podobieństwo sposobu myślenia i horyzontu światopoglądowego oraz istnienie osi poglądów bezpośrednio wiążących się z samookreśleniem. Mielibyśmy zatem do czynienia z pokoleniem, które mimo tych cech wspólnych bynajmniej nie uznaje przynależności do grupy za podstawę swojej tożsamości społecznej.

Taką świadomość przejawiają bohaterowie polskiego młodego kina. Romek z „Mojego miejsca" (2004) Leszka Dawida przekonuje się, że na wsparcie rówieśników nie może liczyć, nie szuka więc u nich otuchy czy porady. Pozostaje sam, ale zdobywa się na odwagę, by żyć życiem własnym. Zamiast płakać nad nierównymi szansami i fatalną sytuacją społeczno-ekonomiczną, przekracza granicę zniechęcenia i bezsilności. W finale filmu wsiada do pociągu i spotyka dziewczynę podobną do siebie, startującą z tego samego pułapu. W ten sposób zarysowana zostaje pierwsza, prawdopodobnie konstytutywna cecha pokolenia potransformacyjnego, pozornie jedynie ujawniająca się jako sprzeczność. Radykalny indywidualizm i ochrona suwerenności jednostki nie przeczą wzajemnej serdeczności oraz tworzeniu surogatów czegoś, co wcześniejsze generacje określały mianem wspólnotowości.

Podobnie zdaje się patrzeć na tę kwestię Jacek Nagłowski. Sportretowani w „Katatonii” (2004) młodzi ludzie – owszem – spotykają się, rozmawiają, dzielą się swoimi radościami i smutkami, spędzają w gronie koleżeńskim dużo czasu, ale ani razu nie udzielają sobie wsparcia. Mimo wszystko koncentrują się na losie własnym.

Michał, bohater „Portretu podwójnego” (2001) Mariusza Fronta, nazywa rzecz po imieniu. Szukający szansy debiutu reżyser spotyka się z niezrozumieniem i niechęcią decydentów: jego scenariuszowi zarzuca się brak spójności i myśli przewodniej. Potencjalni producenci wypominają chłopakowi, że planowany film nie mówi nic o pokoleniu Michała. Nie ma żadnego pokolenia. Ja mówię sam za siebie – wykrzykuje młody człowiek, stając w obronie suwerenności jednostki. Wpływu na kształt scenariusza nie mają też koledzy Michała ze studiów; nie mógłby się zgodzić na nic, co uznałby za gwałt na bardzo intymnym świecie przekonań i wartości. Michał pozwala zbliżyć się do siebie tylko swojej narzeczonej i tylko z jej uwagami się liczy, choć i to przychodzi mu z trudem.

Indywidualizm Michała odczytywać można jako dobrowolną samotność w gronie rówieśników. Na podobne życie decyduje się główny bohater „Mojego miasta" (2002) Marka Lechkiego. Goździk nie marzy o tym samym, co inni, gdyż zbyt mocno ceni swoją wypracowywaną przez lata odmienność. Do życia zgodnego z własnym wyobrażeniem nie potrzebuje dodającego odwagi towarzystwa kolegów. Nie utrzymuje kontaktów z tymi, z którymi powinien, ale z tymi, w których odnalazł jakąś wartość lub których pragnie otoczyć opieką. Ważniejsza niż wszystko inne okazuje się dla lekko zagubionego młodzieńca relacja z rodzicami, wobec których pozostaje niezmiennie lojalny i wierny. Kontakty z matką skażone zostały wprawdzie pretensjami z jej strony, ale nawet wobec uszczypliwych uwag syn pozostaje niewzruszony. W tym matczyno-synowskim układzie można się doszukiwać wyraźnej zależności materialnej, bo rzeczywiście – mimo ukończenia nauki i osiągnięcia pełnoletności – Goździk pozostaje na garnuszku rodziców, czyli de facto matki. Łatwiej wszak uwierzyć, że tym, co każe mu zachować spokój, wcale nie jest chłodna kalkulacja i wyrachowanie, ale szczera wdzięczność, zrozumienie trudnej sytuacji, w jakiej znaleźli się wszyscy razem i – po prostu – miłość. Nie inaczej zachowuje się wobec ojca, który właściwie zajmuje się tylko jednym: próbą złowienia ryby, której prawdopodobnie – tam, gdzie ojciec jej szuka – nie ma. I jeśli wymarzony karp wreszcie się pojawi – stanie się tak za przyczyną Goździka, bo syn nie marnuje nawet najbardziej szalonej, najdrobniejszej okazji, by dotrzeć do ojca, przełamać jego zobojętnienie i przywrócić go rodzinie. W tym układzie syn bez ojca istnieć nie może.               

Zarysowana tak sytuacja rodzinna potwierdza diagnozę amerykańskiej antropolog Margaret Mead, która jest zdania, że wymiana doświadczeń i życiowej mądrości między seniorami i juniorami przebiega jeszcze dwukierunkowo, ale ze wskazaniem na tych drugich, bowiem to dzieci stają się coraz częściej przewodnikami rodziców po świecie. W ten sposób relacje rodzinne zyskują na znaczeniu i przesunięte zostają w sferę aksjologii. Tak można wytłumaczyć fakt, że w niemal każdym rozpatrywanym tu filmie można znaleźć swoistą apologię rodziny. Goździk z filmu Marka Lechkiego robi wszystko dla swoich rodziców, a w chwili próby nie odtrąca nawet wuja złodzieja. Przekonanie o nierozerwalności pewnych więzi akcentuje również Leszek Dawid. W „Moim miejscu” rodzina trzyma się razem, choć nie oznacza to, że jej członkowie muszą przymykać oczy na wzajemne pretensje. W chwilach najcięższych główny bohater może liczyć na ojca, siostra Romka wspomaga brata finansowo i gwarantuje mu środki na kolejny wyjazd do Warszawy. Organizowaniu swojej przestrzeni poświęcą się też bohaterowie „Portretu podwójnego", którzy do założenia rodziny dopiero się szykują, ale jak się zdaje są swojej decyzji pewni. Bardzo deklaratywnie wypowiedziała się Małgorzata Szumowska w „Onym” (2004), stając się bodaj największą wśród młodych reżyserów orędowniczką rodziny i obrończynią życia.

Rodzina jako grupa osób sprawdzonych i zaufanych, podobnie myślących i odbierających rzeczywistość, hołdujących tym samym wartościom, pozwala się wyłączyć ze społeczności. Rodzina staje się też gwarantem zachowania suwerenności jednostki, na czym młodym zależy najbardziej. System społeczno-kulturowy, świat, w którym nie występuje ewidentna struktura normatywna czy system nacisków, wpływają na młodych ludzi tak, że nie wykreślają oni pojęcia niezależności ze swojej wiedzy społecznej, ale wtłaczają w nie nową treść. Niezależność rozumiana jest obecnie – co wcześniej sygnalizowałem – jako prawo do odmienności i wytyczenia własnej drogi.

Sporo miejsca poświęcam Goździkowi z „Mojego miasta” Marka Lechkiego, ale na jego przykładzie można wskazywać stosowane przez buntowników nowej ery mechanizmy izolowania się od świata. W ocenie rzeczywistości i w relacjach z nią stosuje Goździk specyficzną perspektywę, skoncentrowaną na teraźniejszości, czyli implikującą zaniechanie myślenia o tym, co się dopiero wydarzy, a zatem redukującą chęć walki o zmianę w skali globalnej. Bohater koncentruje się tylko na tym, co go bezpośrednio dotyczy i co ma dla niego znaczenie, bowiem dojrzał na tyle, by wiedzieć, że nic nie jest pewne i niezmienne. Mimo przywiązania do swojego miasta prowadzi bohater filmu Lechkiego życie w gruncie rzeczy nomadyczne. Wystrzega się zacieśnienia więzi z otaczającymi go ludźmi, jakby przeczuwając, że już wkrótce przyjdzie mu przystosować się do nowych warunków. W finale „Mojego miasta” cała rodzina przenosi się na wieś, a Goździk spokojnie pakuje rzeczy. Zabiera ze sobą to, co dla niego swoiste i najważniejsze, to, co przynależy wyłącznie do niego i pozwala mu się samookreślić. W nowym miejscu zrekonstruuje swój świat. Już bez tych samych ludzi, ale z nim takim samym. Aklimatyzacja dla Goździka nie będzie tak bolesna jak dla rodziców. Stojąc z boku, na własnej pozycji, może tę pozycję zmieniać, a raczej wkomponowywać ją w dowolne miejsce. Bo tytułowe moje miasto bohater nosi w sobie. Gorzej z jego rodzicami. Dla nich sąsiedzi byli bliscy niczym rodzina. Odwiedzali się wzajemnie, udzielali sobie porad, zwierzali z kłopotów i trudności, razem świętowali odwiedziny wujka, nie szczędzili sobie serdeczności, nie bali zwracać się do siebie nawzajem o pomoc, słowem – żyli we wspólnocie. To chyba najbardziej dziś wyraźna i najbogatsza w konsekwencje różnica między pokoleniem rodziców i dzieci.

Bezlitosnej, niemającej względu na osoby prawdy o rzeczywistości uczą się bohaterowie „Ody do radości” (2005). I choć każde z nich znajduje się w nieco innym momencie dorastania, bez trudu można znaleźć dla nich wspólny mianownik: mimo przeciwności losu nie poddają się i nie wyrzekają się samych siebie. Agnieszka, bohaterka pierwszej noweli, inwestuje zarobione w Anglii pieniądze w zakład fryzjerski. Wbrew zdrowemu rozsądkowi podejmuje próbę zorganizowania sobie życia w Polsce. Motywuje ją do tego dająca pierwsze symptomy choroba psychiczna matki, dla której jedynie praca może być ratunkiem. Bohater drugiej opowieści również nie zgadza się na beznadzieję i szuka własnej szansy. Jest przy tym niezwykle wymagający. Wie jednak, że jak nam się nie będzie chciało, to nic nie będziemy mieli. Nie oznacza to bynajmniej, że Michał gotów jest poświęcić wszystko, zwłaszcza zaś zapisane niezwykle głęboko zasady. Lecz wkrótce zgadza się na ustępstwa i przyjmuje propozycję pracy w firmie ojca swojej dziewczyny. Próba ta kończy się dla niego fatalnie, burząc porządek świata, w który Michał wierzył. Nie ma takiego samego świata dla wszystkich. Nie ma szansy zachowania czystości – i jednoczesnego wspinania się po szczeblach tak czy inaczej pojętej kariery. Zawsze natomiast jest czas na podjęcie decyzji zgodnej z własnym sumieniem, jak to robi bohater trzeciej noweli, Wiktor, który w finale przeciwstawia się nieuczciwemu szefowi. W tym samym momencie traci jednak pracę. Ale nie jest przegrany. Poznał własną słabość i pokonał ją. Nie utracił zaufania i szacunku do samego siebie. Skoro w polskiej rzeczywistości nie ma dla niego miejsca, bogatszy o bolesne doświadczenie decyduje się na wyjazd do Londynu. W autobusie towarzyszą mu inni szlachetni mimo wszystko.

Przypadek „Ody do radości” jest szczególny i może być traktowany jako ewidentne potwierdzenie wysnuwanych w niniejszym tekście wniosków. Troje młodych reżyserów decyduje się na wspólny projekt (nie film), ale każdemu z nich udaje się zachować autonomiczność i mówić we własnym imieniu. Nie aspirują do roli rzeczników grupy rówieśniczej (bo musieliby mówić o pokoleniu, które samo przeczy własnej pokoleniowości), skupiając się na silnie zindywidualizowanych postaciach. W sposób prosty i przekonujący chcą opowiadać na interesujący ich temat, ujawniając przy tym własne problemy, bolączki, lęki i obawy. Dlatego też realizują trzy nowele filmowe, które łączy wieńcząca film scena oraz wypowiedziana dość ostrożnie deklaracja. Skonstruowane przez nich postacie wpisują się w potwierdzony badaniami socjologicznymi paradygmat zachowań młodych Polaków: choć gotowi do poświęceń i łasi na sukces, znają granice upokorzenia i ustępstw, na jakie mogą sobie pozwolić, bronią swej autonomii. Na własną rękę poszukują drogi życiowej, mają odwagę, by żyć niezależnie od zniewalających układów, samodzielnie i dla siebie. Biorą odpowiedzialność za swoich najbliższych, dostrzegają brak stabilności tego, co ich otacza i potrafią się przystosować do zmiennych warunków.

Na bazie przewijających się w omawianych filmach obserwacji reżyserskich oraz spostrzeżeń poczynionych przez Hannę Świdę-Ziembę stwierdzić można, że członkowie najmłodszego pokolenia (a wraz z nimi filmowi bohaterowie) nie potrafią, ale też nie muszą udzielać sobie wsparcia, bowiem nie stają do walki z tym samym wrogiem. Każdy z nich prowadzi swój własny bój i robi to dostępnymi sobie środkami, niechętnie korzystając z pomocy z zewnątrz. Nie ma wspólnego wroga, żadnego systemu opresyjnego, bestii czyhającej na młodych i naiwnych, przeciw której można by wspólnym wysiłkiem wytoczyć najcięższe działa. Z tego powodu traci na znaczeniu i przydatności ekstrawertyczny kierunek poszukiwania możliwości odmiany losu, tak samo jak zaciera się pierwotny sens hasła w jedności siła. Zanika zatem potrzeba buntu, który dokonuje własnej ekspresji. Wytłumaczeniem tego faktu może być także wzrost znaczenia opcji introwertycznej. Stykająca się ze światem dorosłych młodzież bardzo szybko przyjmuje postawę sceptyczną. Nie tylko przestaje wierzyć w możliwość likwidacji układów koteryjnych, ale przede wszystkim – chcąc ocalić czystość sumienia – zaczyna hodować szczątkowo zachowaną niewinność. Młodzi dezerterzy wcale nie rezygnują ze starań o urządzenie się w przyszłości. Dążą jedynie, by robić to w zgodzie z własnymi przekonaniami, wyrzekając się nie wszelkich, a wyłącznie chorobliwych ambicji. Romek z „Mojego miejsca", Gosia z „Onego", a nade wszystko Goździk z „Mojego miasta" i bohaterowie „Ody do radości" wewnątrz siebie, z dala od nieczystości i brudu otoczenia, zaczynają pielęgnować „ja" prawdziwe, naturalne i – to chyba najważniejsze – od nikogo i niczego niezależne. Desperacko szukają świata bielszego niż ten, w którym przyszło im funkcjonować i do którego wcześniej czy później będą musieli się dostosować. 

Ta dynamiczna, aktywna na różnych polach, dążąca do sukcesu młodzież w swej przytłaczającej większości wysoko ceni jako wartość spokój  tak wewnętrzny, jak zewnętrzny. (...) Preferencja wewnętrznego spokoju u młodzieży drugiej potowy lat 90. nie ma nic wspólnego z nastawieniem eskapistyczno-ochronnym. Niemal powszechną potrzebę spokoju wewnętrznego można raczej uznać za kompensacyjną reakcję na stres, przed którym młodzież nie tylko nie ucieka, ale świadomie włącza się w okoliczności, które są takiego stresu źródłem.

W świetle tej diagnozy Hanny Świdy-Ziemby nowego znaczenia nabiera zabieg Małgorzaty Szumowskiej, zastosowany w filmie „Ono" (2004). Dobór interlokutora rozmów prowadzonych przez bohaterkę (a jest nim nienarodzone jeszcze dziecko) oraz symboliczne jego umiejscowienie zarówno sugeruje wspomniane już wcześniej ukierunkowanie introwertyczne, jak również w sposób oczywisty implikuje odrodzenie i powołanie nowego życia.

Młodych Polaków, podobnych do Małgosi z „Onego” czy do Goździka z „Mojego miasta", oskarżać można o eskapizm i izolowanie się od istotnych problemów, ucieczkę przed konfrontacją z rzeczywistością i zamykanie się w hermetycznych ścianach własnego ja. Można zarzucać im konformizm, ale wbrew pozorom, współcześni dwudziestolatkowie nie wyrzekli się idealizmu, nie stłumili wewnętrznego pragnienia odmieniania świata. Potencjalność rewolty wcale nie zmalała, a młodzi nie zrezygnowali z postawy krytycznej, z której rodzi się bunt. To tylko romantyczne rozumienie buntu wydaje się w obecnej sytuacji przebrzmiałe, nieadekwatne i – tak samo jak pokolenie – wymaga ponownego zdefiniowania. Bunt coraz częściej przyjmuje bowiem postać zakamuflowanego krytycyzmu i skrywanej niezgody; tak postawione zasieki skutecznie utrudniają dostęp każdemu wrogowi.

Wraz z tym, jak prawa regulujące nową rzeczywistość akceptowane są coraz powszechniej, stając się częścią świadomości społecznej rodziców, te same prawa uznane zostają przez dzieci za naturalne, społecznie zakorzenione, czyli – de facto – nieodwracalne. Czy w tej sytuacji można jeszcze otwarcie się buntować? Ci, którzy chcą żyć po swojemu, nie tak, jak powinni w odczuciu znaczących Innych (rodziców, ogółu społeczeństwa, czasem nawet grupy rówieśniczej), a jednocześnie nie zgadzają się na bunt i nie mają zamiaru składać ofiary z własnego życia na ołtarzu idei, przyjmują strategię dezercji, która okazuje się kontestacją na miarę czasu: pracować tylko tyle, ile potrzeba, nie wysługiwać się dużym korporacjom, mało kupować, ograniczać potrzeby, myśleć samodzielnie, według własnego uznania dokonywać wyborów i ponosić ich konsekwencje, unikać jak ognia marketingowej maszyny do prania mózgów, zdać się na siebie, rozpoznać własne możliwości i wykorzystać je z pożytkiem, mieć dużo wolnego czasu i spędzać go z wybranymi ludźmi. To właśnie nowa strategia oporu wobec tego, czego nie można zaakceptować, ale nie sposób też samodzielnie zmienić.

Jako kropkę nad i przywołam cytat z eseju Jana Sowy: 

Dezercja idzie nieodzownie w parze z wycofaniem w prywatność i rezygnacją z dążenia do aktywnego kształtowania świata wokół siebie. 

Ale bynajmniej nie oznacza złożenia broni...