"Film" 1999, nr 3

Dalej płyniemy

Ernest Bryll

Oglądałem niedawno na ekranie telewizyjnym "Rejs". Tak, właśnie ten, jak to mówią "kultowy" film Piwowskiego. Mam do tego filmu szczególny stosunek choćby przez to, że gra w nim dwu moich bardzo bliskich kolegów. A więc Jasio Himilsbach, u którego ongiś nocowałem w jego kajucie na statku wiślanym, chyba "Waryńskim". No i Andrzej Dobosz, kolega z jednej grupy na polonistycznych studiach.


Ale co mnie uderzyło i czego przedtem nie pojmowałem. Otóż typ dowcipnego opowiadania, sposób budowania dowcipnej gry bohaterów w "Rejsie".

Nie trzeba powtarzać, że jest to obraz Polaków w momencie szczególnym. Właśnie, kiedy oddają się wypoczynkowi. Przez cały czas myślałem, że pewnego rodzaju kamienna twarz moich rodaków, która charakterystyczna jest dla bohaterów "Rejsu", to wynik tego właśnie socjotechnicznego zabiegu, jakiemu podlegają uczestnicy wycieczki. Coś jest niby odpoczynkiem, a przeradza się mimowolnie w obóz szkoleniowy. Wiele o tym pisano i niewątpliwie jest prawdą, że w minionym systemie wszystko, nawet zabawa, zmieniało się w zebranie, rozmowa w przemowę, spotkanie ludzkie w kurso-konferencję. Ustrój, jak Lenin z dowcipu, był z nami i dlatego musieliśmy nawet spać na trzyosobowych tapczanach małżeńskich.

Ale dziś widzę coś nowego. Owa kamienna twarz, dążenie do wypowiadania się językiem sztucznym i oficjalnym, brak wolności, luzu - to przecież i nasze dzisiaj. W jakże niby innym ustroju.

Nie umiemy znieść siebie. Musimy trzymać się w ryzach. Nie ma w nas swobody. Bo chwila luzu i popadamy w pełną nieodpowiedzialność, brak umiaru i gustu. Jesteśmy rozpaczliwie, kamiennie poważni, jak ludzie utrzymujący ostatkiem sił jakiegoś demona destrukcji. A demon ten czeka na najmniejszy błąd. Na zapomnienie przez nas, jaką rolę gramy.

Zauważcie. Nikt w "Rejsie" nie umie się śmiać z siebie. Nikt nie może zaistnieć zwyczajnie. Każdy musi grać siebie wymyślonego, bo inaczej jego osobowość rozpada się na kawałki.

Myślę o tym dzisiaj, uczestnicząc w niejednym "rejsie" nowej wolnorynkowej Polski. Bo przecież pływamy takimi "rejsami". Tylko teraz nazywa to się spotkaniem integracyjnym, szkoleniem osobowości czy jakimś tam promocyjnym bankietem.

Ach, oczywiście, jest bardziej elegancko. Jest światowo w sposób aż wymuszony. Jesteśmy w uśmiechach i na obowiązkowym luzie tych, co znają swą wartość i zasługują na coś. I mogą sobie sprawić jakąś przyjemność i akcelerować swoje walory osobiste czy coś tam... Ale uśmiech, ten uśmiech sukcesu, jest tak samo kamiennie ciężki, jak nieprzenikniona twarz bohaterów "Rejsu". Tak samo wszyscy są Wybrańcami i demonstrują to przed innymi i przed sobą. Tak samo nikt nie chce wypaść z tego Statku Wybranych.

No cóż. Nie ma kierowników kulturalno-oświatowych. Ale są menedżerowie. Nie ma niewinnych zabaw z czasów łupanego socjalizmu. Dziś są stada długonogich hostess, które starają się być miłe, choć nie bardzo wiadomo, w jakiej sprawie, bo nikt tego nie wie, nawet organizatorzy dzisiejszych "rejsów".

No, ale jest lepiej. Bo widok stadek długonogich hostess, co potykają się o swoje wspaniałe odnóża i czasami zaplątują się w nich na amen, jest jednak lepszy, niż widok zaplątującego się we własne słowa Tyma, który stworzył wspaniałą rolę ówczesnej, socjalistycznej hostessy, czyli kierownika kulturalno-oświatowego.

Więc bracia; trzymajmy uśmiech. Jesteśmy tego warci.