„Film” 2000, nr 5, s. 14

Czas na szok

Mateusz Werner

Nie czuję się ani epatowany, ani obrażany przez Marcina Koszałkę. Jego ekshibicjonizm jest potrzebny.


Trzeba mocno niedowidzieć, albo, co gorsza, być zaślepionym, by do jedne­go nieświeżego wora wrzucać tak odmien­ne zjawiska, jak nudny choć efekciarski film Ewy Borzęckiej pt. „Oni" i elektryzują­cy debiut Marcina Koszałki „Takiego pięk­nego syna urodziłam", który mimo iż nosi znamiona dzieła młodzieńczego, jest fil­mem poważnym  i odkrywczym. Ten wspólny wór zwie się „brutalna prawda o świecie", a potrząsnął nim ja­kiś czas temu Tadeusz Sobolew­ski, nawołując do „bezintere­sownej obserwacji żyda", prze­ciwstawionej królującemu po­noć do niedawna w polskim dokumencie „mentorstwu".

Pozornie wszystko się zgadza. W obydwu filmach wi­dzimy rzeczy drastyczne i przy­trafiające się ludziom z krwi i kości, a nie telewizyjnym fan­tomom. By ujawniła się między nimi radykalna różnica, wystarczy jednak obydwa utwory postawić wobec pytania, zadawanego kiedyś studentom reżyserii przez Krzysztofa Kieślowskiego, skądinąd znanego moralistę, którego Sobolewski jest zagorzałym egzegetą. Pytanie brzmi: „Po co włączyłeś kamerę?" Otóż film Borzęckiej, wbrew swemu tytułowi, nie jest utworem, który miał nas poruszyć losem kolejnej grupy „wykluczonych", brak w nim bo­wiem najskromniejszej choćby analizy spo­łecznego kontekstu bezdomności. Przy ca­łym swym demonstracyjnym antyestetyczmie nie jest to także film „szokerski", co trzeba autorce skatologicznej „Arizony" policzyć na plus, kręcenie bowiem po raz tysiączny „pieskiego świata", tym razem     w podwarszawskich dekoracjach, byłoby aktem monstrualnego wyjałowienia. „Oni" przywodzą raczej na myśl bohatera „Monizy Clavier" Mrożka, który czepiając się na­potkanych przechodniów, skowyczał: „Wy­bili, panie, wybili", pokazując przy tym swe braki w uzębieniu. Borzęcka, kolekcjonując przed kamerą brudne zmarszczki, zaropiałe oczy i tłuste włosy, okraszone pijackim zawodzeniem i bełkotliwym monologiem, dokonuje w istocie tego samego zabiegu, co Mrożkowy nieszczęśnik - podtyka kikut przed oczy  i mamle: patrzcie, jakie to brzydkie i powąchajcie, jak nieładnie pach­nie! Być może jestem odosobniony, ale ten rodzaj apelu wywołuje we mnie skutek przeciwny od zamierzonego.

A Koszałka? Mimo agresji wylewa­jącej się z jego świadectwa, mimo drastycz­ności obrazu wynikającej z kontrastu mię­dzy intymnością opisanych relacji a ich gwałtowną bezwzględnością - nie czuję się ani epatowany, ani obrażany. Ten ekshibi­cjonizm jest potrzebny. Służy ostatniej sce­nie, która pozwala zrozumieć sadomasochistyczny mechanizm rządzący rodzin­nym bestiarium, a więc i stwarza szansę wyjścia z sytuacji. Dzięki tej poincie film Koszałki przestaje być zlepkiem okropności (jak u Borzęckiej) i staje się narracją. Nato­miast fakt, iż autor pokazał własną rodzinę sam pojawił się przed kamerą, dowodzi odwagi. Ale nie tej taniej odwagi wywleka­nia prywatnych brudów. On ma odwagę rozmawiania ze światem, mówienia o sobie w swoim imieniu. O ile łatwiej schować się za gardą obiektywu  i być „rzecznikiem nę­dzy" albo „piewcą obrzydliwości". Cu­dzych, rzecz jasna, cudzych.