„Film” 1971, nr 26

Autorytet

Rafał Marszałek

Szkoła jest nie tylko instytucją wy­chowawczą, nie tylko miejscem, gdzie starsi nauczają młodych. Szkoła to miniaturowa społeczność. Mechanizmy rządzące życiem szkolnym są bardzo podobne do tych, które stanowią o ży­ciu dojrzałym; uczniów formuje zarów­no szkolny regulamin i zakres obo­wiązków, jak świadomość, że uczest­niczy się w pewnej wspólnocie. 


W fil­mie Tomasza Zygadły „Szkoła pod­stawowa“ (zrealizowanym pod opieką artystyczną Krystyny Gryczełowskiej), oglądamy szkołę sprawnie funkcjo­nującą jako instytucja, klasę, która ma miano klasy wzorowej i nau­czycielkę, której obowiązkowości uchybić nie sposób. A przecież obraz tej szkoły niepokoi, zasmuca, skłania do sprzeciwu.

Niby beznamiętna kamera wprowa­dza nas na scenę szkolnego „sądu sko­rupkowego“, zorganizowanego w ra­mach zajęć wychowawczych. W kącie klasy stoi grubas, który wykroczył przeciw regulaminowi - naprzeciw ma kolegów i koleżanki, którzy wypo­minają mu te wykroczenia, ujawniają inne, proponują wystawienie takiego, a nie innego stopnia ze sprawowania. Milusińscy przypominają trochę refe­rentów podatkowych, a trochę ławni­ków sądowych. Prześcigają się w za­rzutach, licytują się w projektach wy­roku; wszyscy mają obywatelską słu­szność przeciw samotnemu grubasowi, który srodze przewinił. W którymś momencie z ostatniej ławki podnosi się jakiś milczący dotąd malec i po­wiada, że winowajcę trzeba by jakoś rozgrzeszyć, bo to nie jego wina, że porusza się tak ciężko i niezręcznie. Ale nie czas na głupstwa: pani nau­czycielka przychyla się do głosów oskarżycielskich, pogłębia ich surowość i stwierdza, że przez jednego takiego gagatka cała milusińska klasa traci swą dobrą opinię: gagatka trzeba więc zbiorowo i surowo potępić. I na tym kończy się ta lekcja wychowania obywatelskiego.

Pani nauczycielka jest kobietą mło­dą, energiczną; z twarzy jej bije zde­cydowanie i samozadowolenie, że się tak dobrze zadanie wychowawcze speł­niło. Tymczasem jest dokładnie na od­wrót. Egzekucja zbiorowa przyszła na miejsce rozmowy z winowajcą, hasło integracji zamieniono straszakiem izo­lacji, samotnego (ponoć) łobuziaka na­piętnowano, jako „innego i gorsze­go“, ze skarżypyt i lizusów klasowych uczyniono rzeczników cnoty sprawie­dliwości. Za kilka lat rozpozna pani nauczycielka te skarżypyty w dojrza­łym życiu społecznym i będzie się im dziwić niepomiernie.

Po lekcji wychowawczej, gdzie swa­wolnego Dyzia skazano na psychiczną banicj i po innej rozmowie z nauczy­cielką, która udowadnia, wbrew wła­snym przekonaniom, że grudniowe czarne jest białe - dzieci wychodzą ze szkoły. I są bardziej dorosłe niżby można było przypuszczać. Dzięki te­lewizji i radiu, gazetom i kinu - wie­dza to, czego nie wiedzieli ich rodzice; szkoła uczy ich tak zwanej elastycz­ności - cnoty nader dojrzałej. Są to dzieci gazetowo poinformowane i te­chnicznie przysposobione do życia. Nie wiadomo tylko czy dla nich mądrość, dobroć i wrażliwość będą wartościami. Mówi się często o kryzysie szkolnic­twa jako instytucji. Skromny, krótkometrażowy film Tomasza Zygadły o czymś innym powiada: o potrzebie wypracowania pedagogicznego autory­tetu. Właśnie wypracowania! Bo au­torytet nauczyciela to coś więcej niż miejsce wysiedziane na profesorskim krześle. To człowiek, który czuje i myśli: któremu zależy, żeby inni czuli i myśleli.