„Gazeta Krakowska” z 21-22 III 1987, nr 68

Antonisz

Andrzej Kossakowski

Miał dopiero 45 lat, gdy przed dwoma miesiącami śmierć położyła kres twórczości jednego z najbardziej oryginalnych postaci polskiego filmu animowanego. Julian Antoniszczak, popularny Antonisz, cierpliwie i konsekwentnie przez dwadzieścia lat wypracował i umacniał swą szczególną pozycję. Za wcześnie jeszcze na próby naukowo-krytycznego podsumowania jego bogatego dorobku – z pewnością stanie się on przedmiotem poważnych prac monograficznych, co mu się bezspornie należy. Tymczasem spróbujmy zanotować szereg myśli o zmarłym reżyserze, przybliżyć jego sylwetkę Czytelnikowi, który z pewnością nieraz miał okazję zatknąć się z jedynymi w swoim rodzaju filmami Antoniszczaka.


 Jego droga do filmu wiodła przez studia muzyczne, chemiczne, plastyczne. Nie były to kierunki obierane przypadkowo. Antoniszczak rzeczywiście interesował się tymi dziedzinami, ich echa pobrzmiewają zresztą wyraźnie w jego filmowej twórczości. Pracownia Rysunku Filmowego w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych była w latach sześćdziesiątych kuźnią nowych talentów. Pod kierunkiem zagorzałego eksperymentatora, Kazimierza Urbańskiego, kilku młodych ludzi uczyło się myślenia filmowego, a także posługiwania się warsztatem, wykorzystywania go w najrozmaitszy sposób. Debiut Antoniszczaka, film „Fobia” (1967) dowodził, że z nauk tych wyciągnął on właściwe wnioski. Wprawdzie w tym pierwszym filmie widać było wyraźnie wpływy myślenia nauczyciela, jest to jednak zjawisko dosyć częste, zwłaszcza gdy nauczyciel umie zafascynować swoją osobowością. Istotne jest wyzwolenie się od tych wpływów.

U Antoniszczaka proces tego wyzwalania się jest bardzo szybki. Kolejne jego filmy są etapami rozwoju własnej osobowości. A więc zarysowują się te cechy, które w późniejszej twórczości artysty będą się szczególnie eksponowały: humor zarówno w warstwie obrazowej jak i słownej, lekkość w wynajdywaniu zaskakujących nieraz, a zawsze pełnych dowcipu pomysłów, wreszcie – zainteresowanie techniką. Przypomnijmy tę pierwszą grupę filmów z lat 1970-1971: „Jak to się dzieje”, „Jak nauka wyszła z lasu”, „Jak działa jamniczek” – ich wspólnym mianownikiem jest popularno-naukowy zamysł, chęć przekazania dziecięcemu widzowi pewnej sumy wiadomości o świecie, ale tak, żeby nie nudzić, a przeciwnie – zabawić, pobudzić wyobraźnię, wykorzystać poczucie humoru. Oddajmy głos reżyserowi:

Pomyślałem, że przecież można robić filmy dla dzieci bez tych Babinek, gąsek i wilków. Wybrałem fabuły związane z techniką, bo to naprawdę mnie pasjonuje. (…) Jest to rodzaj filmów popularyzujących naukę na poziomie dostępnym najmłodszym widzom, z ambicją posłużenia się ładną, artystyczną formą.

Niedługo jednak dziecko pozostanie adresatem filmów Antoniszczaka. W dalszym ciągu zainteresowany w jakimś sensie problematyką popularnonaukową, artysta wydaje się przesuwać punkt ciężkości swych działań z rzetelności wykładu na warstwę humoru i na sprawy warsztatu realizatorskiego. W 1973 r. powstaje filmowy pokaz szkodliwości nikotyny dla dróg oddechowych człowieka – „Te wspaniałe bąbelki w pulsujących limfocytach”. Temat aż prosił się o niebanalne rozwiązanie. Naszpikowany niby-naukowymi terminami tekst, wspaniale czytany przez Kazimierza Opalińskiego, komentuje zjawiska dziejące się na ekranie. A są to po prostu obrazy powstające w rezultacie chemicznego, a głównie termicznego oddziaływania na taśmę filmową. Motywy przemian kolorystycznych i destrukcji tkanki płucnej palacza. Temat poważny, wręcz dramatyczny, a jednak i tu Antoniszczak znajduje pole do żartobliwego fantazjowania. Kontynuację groteskowych rozważań o życiu i zdrowiu człowieka widzimy w filmie „Kilka praktycznych sposobów na przedłużenie sobie życia”. Mamy tu do czynienia ze świetnie zmontowaną kombinacją różnych technik filmowych, w tym również animowanych. W eksplikacji reżyserskiej dla Studia Filmów Animowanych Antoniszczak pisał: 

Ma to być film dla dorosłych, wyjaśniający w sposób pseudonaukowy i gagowy trapiące od tysiącleci ludzkość pytaniedlaczego, jak człowiek jest malutkim dzidziusiem, to czas płynie bardzo wolno, a jak człowiek jest starym dziadygą, to czas płynie mu bardzo szybko i nim się człowiek obejrzy już jest wieczór.

Jeżeli wspomniane dwa filmy uznamy za parodię filmów oświatowych, to o parodiowaniu innych gatunków krótkiego metrażu możemy mówić w odniesieniu do większości filmów Antoniszczaka. Bo np. „Film o sztuce biurowej” to karykatura klasycznego filmu o sztuce, „Film grozy” – typowego horroru, „Dokument animowany non-camera czyli reżyser Krzysztof Gradowski o sobie” – dokumentalnego zapisu filmowego „gadającej głowy”, czy wreszcie sławna „Polska kronika non-camerowa”, której źródło inspiracji jest zawarte w samym tytule.

I oto dochodzimy do sprawy kamery filmowej. Marzeniem każdego twórcy jest takie podporządkowanie sobie techniki, aby jak najwierniej służyła realizacji zamierzonego przedsięwzięcia. Czasem – i tak właśnie było w przypadku Antoniszczaka – marzenie to bywa przyczyną narastania wstrętu do wieloosobowego procesu powstawania filmu przy użyciu różnorakich środków technicznych i budzenia się tęsknoty za może staromodnym, ale za to bardzo osobistym trybem pracy w pojedynkę, samemu oko w oko z powstającym filmem. Na pewnym etapie swej twórczości Julian Antoniszczak dochodzi od rezygnacji z pośrednictwa kamery, z całego technicznego procesu realizacji filmu, przeciwstawiając mu chałupniczą niejako metodę działania bezpośrednio na taśmę filmową, poprzez osobiste opracowywanie jej – klatka po klatce. Nie jest w tej dziedzinie nowatorem. Pamiętamy, że pierwsze w dziejach kinematografii filmy animowane Emila Reynaud były tworzone w podobny sposób. W późniejszych, naszych już czasach, bezpośrednio na taśmie tworzył m.in. sławny Norman McLaren… W swoim manifeście artystycznym non-camera z 1977 r. Antoniszczak pisze: 

Ciekawą, nową i bardzo obiecującą metodą realizacji filmów czysto graficznych (ruchowych grafik) jest odbijanie kadrów, obrazów, bezpośrednio na czystej taśmie filmowej nitrocelulozowej 35 mm, z małoformatowej płyty cynkowej, drzeworytu, linorytu, miedziorytu, kamienia litograficznego, sita, itd. Metoda ta umożliwia szybką (…) realizację filmów dających interesujące graficzne efekty ekranowe nieosiągalne innymi metodami, przy czym odpada deformujący zawsze oryginał graficzny balast kamer filmowych, sprzętu, reflektorów, laboratoryjnej obróbki taśmy i innych kosztownych a kapryśnych technik fotograficznych, kopii, negatywów, pozytywów, dających w efekcie jedynie katalogową reprodukcję grafiki, która w tym momencie przestaje być autentyczna i oryginalna, lecz staje się żałosną fotokopią.

Mamy więc autorskie wyjaśnienie charakteru przyjętej metody realizacyjnej i przesłanek, które nim powodowały przy przechodzeniu na nią. Dodać trzeba koniecznie, że aby osiągnąć pełnię autorstwa – Antoniszczak tworzy również warstwę dźwiękową filmów, bez pomocy jakichkolwiek instrumentów, rysując jedynie zapis na ścieżce dźwiękowej.

Tak więc drugie dziesięciolecie twórczości Antoniszczaka to okres powstawania filmów non-camerowych. Jest ich ponad dwadzieścia, a listę otwiera w 1977 r., film „Słońce”. W kolejnych latach reżyser tworzy, m.in. „Co widzimy po zamknięciu oczu i zatkaniu uszu”, „Dziadowski blues czyli nogami do przodu”, wreszcie „Ostry film zaangażowany”. Zatrzymajmy się przy nim na chwilę, gdyż wydaje się on bardzo typowy dla twórczości Antoniszczaka. Przedmiotem filmu (a może tylko pretekstem do jego powstania?) jest rozgoryczenie spowodowane likwidacją w Krakowie zabytkowych kiosków, pełniących równocześnie funkcję słupów ogłoszeniowych. Groteskowemu obrazowi towarzyszy tu komentarz, stylizowany na naiwno-dziadowską opowieść. Oto jego próbka:

Kiedyś na każdym rogu ulicy

          stały kioski zabytkowe

  Na nich przyklejano plakaty

                              kolorowe

  Jak było radośnie, jak było

                                 wesoło

Człowiek sobie popatrzył

    i wiedział co grają w kinie

Lub w teatrze wkoło.

Ciekawie wygląda połączenie gawędziarskiego stylu narracji z dynamiką form wizualnych, rodzących się, przemieszczających i zanikających na ekranie. To bardzo charakterystyczne dla autora. Polubiwszy ten sposób budowania widowiska, Antoniszczak posługuje się nim następnie – z pewnymi modyfikacjami – przy realizacji dwunastu wydań „Polskiej kroniki non-camerowej” (1981-1987). Nieopuszczające go poczucie humoru każe w codziennym życiu wynajdywać i eksponować momenty zabawne, warte śmiechu, niejednokrotnie zaprawionego porcją goryczy i sarkazmu. Bogata wyobraźnia podsuwa równocześnie przedziwne, często zaskakujące pomysły, bazowane na czystym nonsensie, radujące widza swoją absurdalnością a równocześnie odniesieniem do realiów.

Nim jednak poświęci się „Kronikom”, Antoniszczak zrealizuje jeszcze jeden szczególny film – „Pan Tadeusz – Księga I – Gospodarstwo”. Pisze o nim Marcin Giżycki: 

O przedsięwzięciu tym pisano z należytym tematowi namaszczeniem. Oczywiście dziennikarze nieznający twórczości autora „Ostrego filmu zaangażowanego” dali się nabrać. Zamiast dzieła dostojnego, jakiego z pewnością oczekiwali, otrzymali wersję czytaną przez dziecko i zilustrowaną migotliwą techniką non-camerową. Nie jest to jednak kpina z narodowej świętości, już prędzej z naszych przyzwyczajeń, w filmie nie ma bowiem żadnych wulgaryzmów, jest po prostu bardzo osobiste spojrzenie na temat wieszcza.

Film animowany z Polsce ma bogate tradycje w dziedzinie żartu, satyry, groteski, czarnego humoru. Wielu spośród jego twórców zajmowało się i zajmuje przedstawieniem świata w krzywym zwierciadle, ośmieszaniem ludzkich przywar i działań, sprowadzaniem różnych spraw do absurdu. A jednak twórczość Juliana Antoniszczaka była zjawiskiem zupełnie osobliwym – samorodna i bez naśladowców, pełna zarówno ciekawości świata, jak jego krytycznej interpretacji. Sądzę, że radość tworzenia była tu adekwatna do przyjemności, jaką jego filmy dają widzom.