„Kino” 2006, nr 10

Ani dobrzy, ani źli

Z Joanną Kos-Krauze i Krzysztofem Krauze rozmawia Piotr Śmiałowski


– Pierwsze pytanie jest chyba oczywiste: choć jesteście małżeństwem i współpracujcie ze sobą już od kilku lat – nakręciliście wspólnie „Mojego Nikifora” – dopiero w czołówce filmu „Plac Zbawiciela” na planszy reżyseria obok nazwiska Krzysztofa Krauze pojawia się nazwisko Joanny Kos-Krauze...

KRZYSZTOF KRAUZE: Jestem starszy, wcześniej robiłem filmy samodzielnie, więc uwaga widzów i dziennikarzy była dotąd skierowana bardziej w moją stronę. Ale już przy „Moim Nikiforze" Joanna wykonała ogromną pracę reżyserską. Przy „Placu Zbawiciela” jej udział w budowaniu portretów głównych postaci był większy niż mój, więc niesprawiedliwością byłoby, gdybym podpisał się pod tym filmem sam. Nie ukrywam, że współreżyserowanie filmu było dla mnie nową sytuacją. Musiałem podzielić się polem tworzenia, które dotąd było wyłącznie moje.

JOANNA KOS-KRAUZE: Dla mnie była to jedynie formalność polegająca na tym, że moje nazwisko pojawiło się teraz w ważniejszej części czołówki. Moja praca przy „Placu Zbawiciela” polegała w rzeczywistości na tym samym, co przy „Moim Nikiforze”.

 „Plac Zbawiciela” zaczyna się podobnie jak „Dług” –  od wyrwanej z kontekstu sceny, która jest jednym z późniejszych kulminacyjnych momentów historii. Widzimy zrozpaczoną kobietę, która dowiedziała się o tragicznym losie swoich wnuków i synowej. Dopiero po cięciu następuje właściwy początek filmu. Podobny chwyt ma zwrócić uwagę widza przede wszystkim na przyczyny takiego rozwoju wypadków. Czy jednak tylko dlatego zdecydowaliście się na taki początek?

K.K.: Chcieliśmy także, aby pełna napięcia pierwsza scena filmu pomogła widzowi i nam znieść banalność towarzyszącą następującym zaraz potem codziennym sytuacjom z życia bohaterów. Przypominają one stylistycznie – to celowy zabieg – telenowelę. Ale tylko pierwsze 10-15 minut – do zawiązania akcji. Telenowela posługuje się bardzo sentymentalnymi rozwiązaniami, a my w tym filmie konsekwentnie unikaliśmy sentymentalizmu.

–  Dostrzegam jeszcze inny powód zastosowania wspomnianego chwytu w pierwszej scenie, „Plac Zbawiciela” opowiada o dramacie młodego małżeństwa z dwójką dzieci, które z konieczności musi zamieszkać u matki. Między domownikami –  także między mężem i żoną –  narasta konflikt podsycany codziennie ostrymi słowami, próbami bezwarunkowego narzucenia swojej woli. Matka wydaje się początkowo uosobieniem apodyktyczności. Ale domyślamy się, że sprawy okażą się bardziej skomplikowane, pamiętając jej rozpacz ze sceny wstępnej.

J.K.K.: „Plac Zbawiciela" był od początku pomyślany jako film bez żadnej tezy. Zależało nam na znalezieniu klucza do takiego ukazania bohaterów, które nie narzucałoby podziału na dobrych i złych, na winnych i niewinnych. Scena wstępna to pierwszy sygnał dla widza, informujący go o złożoności tej dramatycznej sytuacji, którą każda strona na swój sposób przeżywa, próbuje coś w niej zmienić.

  Fabułę filmu oparliście na wątkach autentycznych zdarzeń, które rozegrały się kilka lat temu na Woli w Warszawie. Na ich opis natknęliście się przeglądając roczniki „Super Expressu”. Dlaczego wybraliście akurat tę historię?

K.K.: Przejrzeliśmy sześć roczników, kartka po kartce. Skserowaliśmy początkowo 1.000 tekstów. Na koniec wybraliśmy dwanaście, wśród nich przyszły „Plac Zbawiciela”. Napisaliśmy krótkie streszczenia. Planowaliśmy bowiem realizację serii opartych na faktach filmów telewizyjnych, które byłyby próbą stworzenia podwalin dla praktycznie nieistniejącego w Polsce kina społecznego. Projektem zainteresowała się telewizja publiczna. Zobowiązaliśmy się wyreżyserować jeden z filmów, a pomysły na pozostałe mieliby zrealizować inni reżyserzy. Ci jednak nie chcieli słyszeć o   realizacji cudzego projektu. Jedynie Robert Gliński napisał scenariusz z Jarkiem Sokołem.

J.K.K.: Największe wrażenie w tej historii zrobiła na nas ostateczna decyzja męża głównej bohaterki. Gdyby nie ten finał, nie zdecydowalibyśmy się na realizację „Placu Zbawiciela’’. Nie chcieliśmy, by nasz film nie pozostawiał żadnej nadziei. Przecież oprócz informacji zaczerpniętych z artykułu, które stały się szkieletem scenariusza, zawarliśmy w nim także nasze doświadczenia rodzinne i próbę rozliczenia się z nimi.

– Wrócę jeszcze do waszej chęci zachowania bezstronności w sposobie opowiadania; czy byliście w stanie obiektywnie oceniać ich uczestników, gdy po raz pierwszy przeczytaliście o tych zdarzeniach?

K.K.: Na początku myśleliśmy o tych ludziach w kategoriach prostego podziału na kata i ofiarę. Ofiarą była żona, a katem – jej otoczenie. W kolejnych wersjach scenariusza, a było ich dziesięć – pogłębiliśmy psychologię, rozbudowaliśmy życiorysy, wprowadziliśmy poboczne wątki. Kiedy film wreszcie się „zorkiestrował”, wtedy jak w życiu, wszystko się skomplikowało. Życie i dobry film organicznie odrzuca tezy.

J.K.K.: Mieliśmy na szczęście czas, by nabrać dystansu do naszego tekstu. Pracę nad nim zaczęliśmy jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć do „Mojego Nikifora". Gdy wróciliśmy po przerwie do pisania „Placu Zbawiciela”, myśleliśmy nawet przez chwilę, by opowiedzieć tę historię z trzech punktów widzenia, co pozwoliłoby nam zachować jeszcze większy dystans.

W ostatniej wersji scenariusza, tej którą filmowaliśmy, coraz większe obawy budziły w nas także wątki przesłuchań sprzed rozprawy sądowej, które miały być równolegle przeplatane z teraźniejszą historią.

K.K.: Ten zabieg był asekuracją na wypadek, gdyby coś zawiodło. Opowieść, aktorzy, dzieci. Ale okazało się, że aktorzy pracując na planie rozbudowali swoje role do tego stopnia, że żadne dopełnienia nie były już potrzebne. W ostatecznej wersji „Placu Zbawiciela” został jednak ślad po naszym pierwotnym pomyśle. Joanna pojawia się w epizodzie jako pani prokurator. Ta rola miała być dużo większa, bo to właśnie ta postać prowadziłaby przesłuchania

– Aktorzy prawie zawsze dostają scenariusz na krótko przed realizacją filmu. Wy konsultowaliście kolejne wersje tekstu z odtwórcami głównych ról – Jowitą Budnik, Ewą Wencel i Arkadiuszem Janiczkiem. Czy chcieliście w ten sposób poznać jak najwięcej punktów widzenia na tę sprawę, czy raczej dać aktorom możliwość, by wystarczająco wcześnie mogli wczuć się w swoje role?

J.K.K.: Chcieliśmy, żeby jak najlepiej poznali swoje postaci. Nie chodziło jednak o konfrontowanie ich z pierwowzorami bohaterów. Nikt z nas nigdy nie poznał tych ludzi. Zależało nam, by odtwórcy głównych ról postarali się przede wszystkim zrozumieć ich postępowanie, przemyśleć każdy moment tego konfliktu. Na to potrzeba czasu. Znani aktorzy zwykle nie chcą i nie mogą go poświęcić. Dlatego zaangażowaliśmy mało znanych aktorów, którzy zainwestowali w ten projekt dużo więcej niż kilkanaście dni na planie zdjęciowym.

 Zaangażowaliście aktorów zanim nakreśliliście dokładne sylwetki głównych postaci. Skąd mieliście pewność, że dokonaliście słusznego wyboru?

K.K.: Mieliśmy ogólny zamysł filmu i postanowiliśmy zaufać ich talentowi. Z Jowitą Budnik współpracowaliśmy już wcześniej. Od wielu lat chcieliśmy napisać tekst specjalnie dla niej, była więc jedyną kandydatką do roli żony. Pod jej kątem wybraliśmy aktorów do ról męża i teściowej. Zaczęliśmy spotykać się w piątkę, czasami dołączał operator – Wojtek Staroń. Przegadaliśmy kilkadziesiąt godzin, wszystko nagrywaliśmy. Potem zamknęliśmy się z Joanną i taśmami magnetofonowymi na wsi. Powstała pierwsza wersja scenariusza. Daliśmy ją do czytania aktorom, operatorowi. Napisaliśmy następną, tę przeczytali już producenci. I tak do ostatniej. Po dokumentacji pokazaliśmy aktorom ich filmowe mieszkania, po obsadzeniu drugiego planu poznaliśmy ich z filmowymi rodzinami. Na koniec poprosiliśmy, żeby przynieśli do filmowego mieszkania swoje własne przedmioty, pamiątki. Arek przez dwa tygodnie pracował w firmie montującej klimatyzację, by poznać zawód, który wykonuje jego bohater. Opiekował się nawet razem z Jowitą przez krótki czas swoimi filmowymi dziećmi. Tutaj także chodziło o zebranie potrzebnych doświadczeń. Oboje nie są bowiem jeszcze rodzicami.

J.K.K.: Ze znalezieniem dwóch chłopców, którzy mogliby zagrać ich synów, mieliśmy zresztą duży problem. Założyliśmy na początku, że szukamy wyłącznie biologicznego rodzeństwa. Znalazłam sześć odpowiadających naszym wymaganiom par. Rodzicami czterech z nich byli aktorzy, co także ułatwia współpracę, bo nie trzeba im wszystkiego tłumaczyć –  wiedzą, na czym polega występ przed kamerą. Jednak wszyscy po przeczytaniu scenariusza nie zgodzili się, by ich dzieci wystąpiły w naszym filmie Zapewniali nas o poparciu dla projektu, nie chcieli jednak, by ich dzieci nawet w umowny sposób były świadkami tak dramatycznych wydarzeń. Po kolejnym etapie poszukiwań na udział swoich synów w „Placu Zbawiciela” zgodzili się państwo Gudejkowie.

 W waszym filmie dwie kobiety – matka i żona – walczą między sobą o wpływ na mężczyznę, który nie potrafi się w tej sytuacji odnaleźć. Podejmuje czasami próby wyzwolenia się z tej zależności, ale kończą się one jeszcze większym uwikłaniem w konflikt dwóch bliskich mu kobiet.

J.K.K.: To rodzi w nim poczucie bezradności, bo każdy jego wybór wydaje się zły. Życie postawiło przed nim problemy, do których jeszcze nie dojrzał. Za wcześnie urodziło mu się pierwsze dziecko, za wcześnie założył rodzinę.

K.K.: Poczucie odpowiedzialności każe mu jednak pracować na utrzymanie rodziny, chociaż praca, którą wykonuje, jest poniżej jego wykształcenia i możliwości. Te cechy pozwalają spojrzeć na niego przychylnym okiem.

 Lecz inne jego działania można traktować jako skutek pewnego sposobu wychowania, które uzależniło go od matki. Choć chciałby być samodzielny – wczesny ślub mógł być chęcią zamanifestowania swojej niezależności – matka jest dla niego ciągle jedyną gwarancją bezpieczeństwa. Prawie przy każdej kłótni czuje się więc zobowiązany, by stanąć po jej stronie, a jeżeli stara się bronić żony, robi to bez przekonania.

K.K.: Sposób wychowania rzeczywiście rzutuje na jego chwilami zbyt podległą postawę wobec matki. Ale jej samej nie można za to w pełni winić. Kiedyś wyszła za mąż za mężczyznę, który okazał się alkoholikiem. Nie chcąc, by ich syn musiał patrzeć na to, co się dzieje w domu, odesłała go do dziadków. Po latach rozłąki starała się zmniejszyć dystans uczuciowy, który między nimi powstał, zrekompensować mu swoją nieobecność. Usuwała mu więc z drogi wszystkie przeszkody, nieświadomie go krzywdząc. Dopiero po latach zda sobie sprawę, że z małych, pojedynczych problemów, z którymi jej syn nie nauczył się radzić sobie w dzieciństwie, powstał w jego dorosłym życiu mur, którego nie umie przeskoczyć. Matka nie może go zostawić samego.

– Jednak pomaga mu i trwa przy nim kosztem jego relacji z żoną. Jest w „Placu Zbawiciela” scena, w której bezpośrednio po kolejnej kłótni widzimy mężczyznę siedzącego przy czyimś łóżku. Początkowo nie wiemy, czy to łóżko żony czy matki. Za chwilę widzimy matkę, która się do niego uśmiecha z wdzięcznością. Ta sytuacja każe wyciągnąć ważne wnioski: matka nie może pogodzić się z tym, że w życiu jej syna jest już inna kobieta. Przyjście syna do jej pokoju traktuje jako swój chwilowy triumf. My jednak wiemy już, że on żyjąc w tym trójkącie, nigdy nie odważy się jej sprzeciwić.

K.K.: Taki sprzeciw musiałby w jego przypadku iść w parze z zerwaniem na jakiś czas kontaktów z matką. On podejmuje taką próbę, ale zamiast naprawiać relację z żoną ucieka do kochanki. Jego romans doprowadzi do tragedii. Okazuje się jednak, że potrafi ponieść konsekwencje swoich czynów. Podczas rozmowy sądowej, na której niesłusznie jest oskarżona jego żona  bierze ostatecznie całą winę na siebie.

 Grozi mu za to nawet do piętnastu lat więzienia. Czy to możliwe, że polskie prawo może karać za winę tylko moralną?

J.K.K.: Jest paragraf w kodeksie karnym, który mówi, że za doprowadzenie swoimi czynami do próby czyjegoś samobójstwa grozi więzienie. W „Placu Zbawiciela" pozbawiona środków do życia i zdradzona żona próbowała zabić dzieci i siebie. Była wówczas w głębokiej depresji i nikt z rodziny jej nie pomógł. Dlatego po zeznaniach męża, w których obciążył samego siebie, sąd mógł ją uniewinnić, a jego skazać. Nie wiemy jednak czy taki był rzeczywisty wyrok. Zwykle przemoc psychiczna jest trudna do udowodnienia i dlatego rzadko słyszymy o jakiejś karze z tym związanej. A nie jest to niestety zjawisko marginalne. W trakcie przygotowań do realizacji „Placu Zbawiciela” rozmawialiśmy wielokrotnie z kobietami z Centrum Praw Kobiet. Okazuje się, że większość przypadków przemocy w rodzinie nie polega na fizycznym, lecz właśnie na psychicznym znęcaniu się nad ofiarą.

K.K.: Często trwa to całe lata.

 Poprzez podzielenie filmu na sekwencje kończące się zaciemnieniem ekranu, pokazaliście wyraźnie towarzyszące temu zjawisku emocje. Każda z tych sekwencji kończy się bowiem obrazem jednego z bohaterów, w którym w tym właśnie momencie rodzi się lub gaśnie jakieś uczucie, zachodzi kolejny etap przemiany.

K.K.: Te momenty pozwalają widzowi identyfikować się z kolejnymi postaciami i nie stawać jednocześnie po żadnej ze stron. Podobną rolę odgrywa muzyka. Wykorzystaliśmy kilkanaście razy podobny fragment tego samego utworu, który – mam nadzieję – wprowadza widza w specyficzny nastrój: chociaż słyszy ciągle prawie te same takty, każde kolejne wejście tej muzyki wywołuje inne, coraz głębsze emocje.

  Nie można wykluczyć, że „Płac Zbawiciela” obejrzą osoby, które były pierwowzorami waszych bohaterów. Czy myśleliście o tym, że może to mieć wpływ na ich postępowanie?

K.K.: Kto wie, ale chyba już na to za późno.

J.K.K.: Oni są już pewnie na kolejnym etapie życia, układają je sobie od nowa. Dla nas liczy się ewentualna dyskusja w mediach i na korytarzach sądu, którą może wywołać „Plac Zbawiciela”.

Rozmawiał Piotr Śmiałowski